fot. Alex Mazurov 
Jestem fanką zapisywania myśli i wspomnień. Na papierze wydają się mieć jeszcze większe znaczenie i przeciwstawiają się ulotności pamięci. Na papierze mogę ubrać je w słowa o wiele staranniej, niż zrobiłabym to podczas rozmowy.

 

Od lat spisywałam więc to, co uroiło mi się w głowie, albo wydarzyło w rzeczywistości, w różnych zeszytach, pamiętnikach i notesach. Jeden z nich wycelowany był specjalnie w młodzieńczy weltschmerz, który swego czasu był moim stałym towarzyszem (na tyle bliskim, że dziś bez niego jakoś tak…  dziwnie). Nazwałam go Zeszytem Dobrych Wspomnień. Jak wskazuje nazwa, zawierał on wyłącznie pozytywne chwile i wydarzenia z mojego życia. Dziś nie ma po nim śladu, ale Gosia z bloga Alchemia Kobiecości namówiła mnie do tego, żeby choć kilka z nich sobie przypomnieć. To rodzaj blogowego taga – pozytywnego jak chyba żaden do tej pory.Mam nadzieję, że kiedy ujawnię Wam moje wspomnienia, złapiecie tego wirusa i pomyślicie o swoich, a one… ogrzeją Was od środka.

*** 

Drugi rok studiów. Maj. Wiosna dotarła ze swoim rozkwitem nawet do centrum miasta i już całe powietrze było przesiąknięte tą specyficzną atmosferą – nadziei, emocji, nowych możliwości. To wtedy akurat śpiewał Rogucki:  „Pierwszy podmuch wiosny budzi lęk / porcja ciepłych złudzeń przenika do serc (…) Obezwładniająca siła dnia, / siła, z jaką w miastach odradza się maj / chciałoby się zacząć jeszcze raz / Chciałoby odnaleźć zmarnowany czas, utracony blask.”. Czy może być lepszy moment na nowy początek? Zwłaszcza gdy ma się zaledwie dwadzieścia lat, a rany goją się tak szybko, jak już nigdy później. Z beztroskim uśmiechem zakładałam więc sukienkę w groszki, którą pierwotnie miał ujrzeć ktoś inny, i próbowałam ujarzmić fale na wyjątkowo długich jak na mnie włosach.

Parę godzin później, siedziałam na ławkach kieleckiego Amfiteatru ramię w ramię z obcym, ale jednocześnie całkiem bliskim człowiekiem, i patrzyłam jak zachodzące słońce zabarwia skały na pomarańczowo, a w końcu na różowo. Kiedy przyszedł zmierzch, przenieśliśmy się na alejki u podnóża Kadzielni, gdzie było cicho i pusto, a mrok rozjaśniały tylko stare lampy, dające mleczne, rozproszone światło. Nie wiadomo jak z 19, potem 21, zrobiło się blisko 23 – byliśmy zdziwieni oboje, a on otworzył plecak mówiąc, że jeszcze zdążymy świętować moje imieniny (bo był to dokładnie 24 maja). Po chwili wyjął stamtąd białe wino, korkociąg i… kryształowe kieliszki. I tak, na starej, zmurszałej ławce, łamiąc prawa dotyczące zachowania w miejscach publicznych, wznosiliśmy toast za toastem. A kiedy dopijaliśmy ostatnie krople, nagle rozległ się huk wystrzału, który sprawił, że oboje prawie podskoczyliśmy. Niebo pojaśniało i pojawiły się na nim kolorowe wykwity. Fajerwerki! – westchnęliśmy oboje, nieco zawstydzeni, że zareagowaliśmy tak, jakby ktoś nas na czymś przyłapał. Przez chwilę oglądaliśmy pokaz, aż przyszło mi do głowy, by sprawdzić czas. Północ minęła zapewne w chwili pierwszego wystrzału, a ja miałam wrócić przed tą godziną, jeśli chciałam bez problemu dostać się na stancję (wynajmowałam wtedy pokój w wielkiej willi należącej do starszej pani, która miała swoje zasady). Czułam się zupełnie jak Kopciuszek, kiedy szybkim, nieco chwiejnym krokiem wracaliśmy pod moją furtkę. Na szczęście po drodze nie zgubiłam buta i nie spałam tego dnia w ogródku.

Kto jeszcze mówił, że nie powinnyśmy oglądać bajek Disneya?

***

 

Filip

Zupełnie nie wiem, ile miałam wtedy lat i o czym myślałam. Wiem tylko, że było bardzo ciepłe, ale nie upalne lato, a ja spędzałam je w swojej rodzinnej miejscowości. Codziennie biegałam po lesie, bezskutecznie próbując się przekonać, że ten sport może być przyjemny. Czasem sama, czasem z owczarkiem Filipem przy nodze, który najpierw trzymał się obok, później wybierał się w sobie tylko znanym kierunku, by wracać na krótko przed tym, gdy i ja decydowałam się powrót. Zupełnie jakbyśmy byli połączeni telepatyczną nitką. Na tych wyprawach czułam się niemal jak „biegnąca z wilkami”. Z jednym wilkiem.

Za każdym razem mój trening kończył się tak samo – zasapana, rezygnowałam z dalszego biegu i zaczynałam maszerować przed siebie, kierując się w miejsca, w których wcześniej nie byłam. Docierałam do zakątków, w których można było zapomnieć o cywilizacji – na przykład zapomnianej łąki i kolejnego lasu, który swoją dzikością bardziej przypominał puszczę. Wokół, jak okiem sięgnąć, żadnych słupów energetycznych, żadnego hałasu, jedynie most i spiętrzenie na małej rzece w pobliżu przypominały, że ludzie czasem tam bywają.

W jeden z takich dni, kiedy przepełniała mnie niczym nie zmącona radość i wdzięczność za to, że mam blisko takie piękne, ciche i puste miejsce, zatrzymałam się na dłużej właśnie przy ‚wodospadzie’ na rzece. Mimo skromnych rozmiarów, szumiał dość wyraźnie, zwłaszcza gdy siedziałam tuż obok. Ten dźwięk na tyle mnie hipnotyzował, że właściwie nie myślałam już o niczym innym, byłam ‚tu i teraz’, skupiając się wyłącznie na tym, że słońce nagrzewa mi skórę (uwielbiam zapach rozgrzanej skóry!), niebo jest nieskończenie błękitne, a wokół cykają owady. Lato w pełnym rozkwicie, tylko przyroda i ja. Nie zważając na mrówki, pasikoniki czy ostre źdźbła, położyłam się w trawie z zamkniętymi oczami i poddałam temu szczęściu. A było ono na tyle obezwładniające, że obudziłam się jakieś półtora godziny później, lizana przez Filipa po twarzy.

Niby nie wydarzyło się wtedy nic wyjątkowego, ale jednak każdy składnik tego wspomnienia sprawia, że robi mi się ciepło na sercu, a jednocześnie mam ochotę uciec gdzieś daleko od cywilizacji i poczuć się jak bohater „Lata Leśnych Ludzi”.

***

 

Zaczynając pisać tego posta jeszcze nie wiedziałam, jakie historie do niego wybiorę. A teraz, jak to powiedział ktoś w mojej  ulubionej powieści:  „Jestem pijana. Od wina tylko trochę. Najbardziej od wspomnień.”
 
Gosiu, dziękuję Ci za nominację i za to, że mogłam sobie to wszystko przypomnieć i uśmiechnąć się do tych obrazów.
 
Teraz Wasza kolej:

 


podejmiecie wyzwanie opisania pozytywnych wspomnień?


A może ktoś z czytających podzieli się takim w komentarzu?