Tegoroczni maturzyści drżą, bo już wkrótce wyniki matur (w tym roku 5 lipca). I zaraz ruszy cała machina z rekrutacjami na studia.

Jeszcze niedawno była studniówka, potem przeglądaliście nerwowo maturalne karty pracy, później zakwitły kasztany i… Teoretycznie powinniście już wiedzieć, co teraz  ze sobą zrobicie, ale praktyka pokazuje, że bywa różnie i możecie skończyć tak jak ja, na dość przypadkowym kierunku. Jeśli ciągle jeszcze macie wątpliwości, to przeczytajcie, jakimi czynnikami NIE kierować się wybierając miejsce i specjalizację swoich studiów. A osoby które już mają mgr przed nazwiskiem, mogą dodać w komentarzach coś od siebie, ku pokrzepieniu 18-letnich serc.

Nie wiem jaki odsetek tegorocznych maturzystów ma dokładny plan na swoje życie i jest w pełni świadomy tego, co chce z nim zrobić… lub co powinien, biorąc pod uwagę swoje uzdolnienia i predyspozycje. Co za ponury absurd, by o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem. Ja sama mając 18 lat, po 3 latach liceum profilowanego, miałam w głowie jedynie wielki kłębek splątanych myśli. Podsumowywałam swoje zainteresowania i talenty, oceniając szanse: psychologia? anglistyka? a może hinduistyka? na malarstwo się nie dostanę… co mogę studiować w Częstochowie albo Kielcach?

 

Nie oceniałam zbyt realnie możliwości, nie zrobiłam researchu wśród znajomych studentów, swoją wiedzę na temat różnych kierunków studiów czerpałam głównie z opasłego „Informatora Maturzysty” i sugestii rodziców. Moi rówieśnicy też nie byli zbyt zdecydowani i ogarnięci w temacie. Ciekawe, że pod koniec naszej wspólnej drogi rozmawialiśmy bardziej o maturach, niż o studiach – do tej pory nie wiem co – i czy w ogóle – studiowali niektórzy z nich. Dziwny to był czas i dziwni my.
Ostateczna decyzja zapadła, kiedy dostałam do rąk wyniki. Jeszcze tego samego albo następnego dnia pojechałam do Kielc, złożyć papiery na resocjalizację ze specjalnością profilaktyka społeczna, a później do Częstochowy – na filologię angielską, specjalność język biznesu. Tylko te dwa kierunki, taki optymistyczny wariant, że na któryś na pewno się dostanę. I jednocześnie duże ograniczenie, bo tym samym odrzuciłam wiele dziedzin, które interesowały mnie bardziej niż wspomniane. Tłumaczyłam sobie wtedy to mniej więcej tak: 


– BO TO BLISKO DOMU –

Moi rodzice starali się mocno wybić mi z głowy studiowanie gdzieś daleko – np. we Wrocławiu (już wtedy mnie tu ciągnęło). Ponieważ w grę wchodziły w zasadzie dwa ośrodki akademickie, w promieniu ok. 70 km od mojego domu, odrzuciłam też myśli o psychologii, której nie było ani w Kielcach, ani w Częstochowie. Przeglądałam zatem ofertę państwowych uczelni w obu tych miejscach i robiłam eliminację dostępnych na nich kierunków, aż do wyboru teoretycznie najmniejszego zła.

Nie miałam na tyle samozaparcia i wiary w swoje możliwości, żeby uprzeć się na wyjazd gdzieś dalej. Dziś myślę, że na pewno przeforsowałabym swoje zdanie i przekonała do niego rodziców, gdybym tylko sama była do niego w 100% przekonana. A tak wolałam udawać dziecko zależne całkowicie od woli dorosłych – zawsze było na kogo zrzucić brak próby spełniania swoich marzeń… Jak to mówił ex-prezydent: nie idźcie tą drogą.

– BO NIE BĘDĘ MIAŁA PIENIĘDZY – 

Ten punkt łączy się u mnie z pierwszym. Wymienione wcześniej miasta wchodziły w grę ze względu na stosunkowo niskie koszty wynajmu mieszkań i utrzymania. Im dalej, tym więcej trzeba było płacić za możliwość pobierania bezpłatnej nauki… Poddałam się więc temu, że będę studiować w tanich miastach i odrzuciłam myśli o tych droższych, choć miały znacznie szerszą ofertę ciekawych dla mnie kierunków i lepsze perspektywy późniejszego rozwoju. Uznałam, że skoro rodzice nie dadzą mi więcej pieniędzy, ja tym bardziej nie będę ich miała.
Dziś mówię – to też nie jest przeszkoda! Wystarczy spojrzeć na wszystko z kalkulatorem w ręku, oceniając na chłodno możliwości i ograniczenia. Mówiąc o możliwościach, mam na myśli szansę zdobywania stypendium (zarówno socjalnego, jak i za wyniki w nauce), którego nie brałam wtedy pod uwagę, czy ostatecznie kredyt studencki – tańszego kredytu już nigdy w życiu nie dostaniecie. No i podjęcie pracy – okazuje się (no szok normalnie!), że można dorabiać sobie już od pierwszego roku, mimo nieznajomości nowego miejsca i ogólnego zagubienia. Trzeba tylko być świadomym celu, na jaki te pieniądze zostaną przeznaczone. Jeśli chcemy, nie ma siły, żeby nie dać rady.

– BO RODZICE / ZNAJOMI MNIE NAKŁANIAJĄ – 

O wpływie rodziców powiedziałam już wystarczająco, spotkałam się jednak też z przypadkami, gdy jakieś pary przyjaciółek wybierały się na tą samą uczelnię. I któraś z nich zwykle bez większego przekonania, ale z myślą, że skoro ta druga idzie, to razem będzie raźniej. Łączyło się to często z planem wspólnego zamieszkania w akademiku/wynajęcia mieszkania.
A ja mówię, że pod wpływem koleżanki można wybrać najwyżej sukienkę lub lakier do paznokci, a nie wstęp do swojej kariery zawodowej! Dodam też, że w takich sytuacjach powiedzenie „chcesz kogoś znienawidzić, to z nim zamieszkaj” wydaje się bardzo trafione (u mnie sprawdziło się idealnie). Jeśli nie masz przekonania do jakiegoś kierunku, albo nawet do jakiegokolwiek kierunku, nie poddawaj się presji, niczyim namowom, nie ma nic gorszego niż osoba tłumacząca swoją decyzję o studiach tym, że…

– BO MUSZĘ STUDIOWAĆ COKOLWIEK / NIE MOGĘ STRACIĆ ROKU – 

Z tym też się spotkałam. Pokutuje w nas ciągle jeszcze dziwne przekonanie, że aby osiągnąć w życiu sukces KONIECZNIE musimy skończyć studia. Jakiekolwiek. I że lepiej jest wybrać się na byle jaki kierunek, niż stracić po maturze rok. Tak więc absolwenci, którym źle poszła matura obniżają często swoje standardy i lądują na studiach, które nie do końca zaspokajają ich ambicje. A później niejednokrotnie już na nich zostają – bo ciężko jest ruszyć się z miejsca…

Tymczasem zrobienie sobie roku przerwy po maturze nie jest wcale złym pomysłem, o ile ma się na niego jakąś konkretną wizję: wyjazdu za granicę do pracy, czy z nastawieniem na podróże, zrobienia w tym czasie kursu, który da praktyczną wiedzę pożądaną na rynku pracy/rozwijającą wnętrze… zarobienia na lepsze/ciekawsze studia gdzieś poza własnym rejonem… czy przygotowania się do ponownego podejścia do matury, żeby z większą liczbą punktów już na pewno dostać się na prestiżowy kierunek. Jest mnóstwo opcji i naprawdę nie widzę sensu w pchaniu się na studia, kiedy się tego w ogóle nie czuje.  To prędzej czy później skończy się porażką. Jawną lub utajoną.


– PO TYM KIERUNKU NA PEWNO JEST PRACA / NIE MA PRACY – 

Dziś niebezpiecznie jest szafować określeniami, że jakiś kierunek studiów gwarantuje dobrą pracę, a jakiś inny jest w ogóle bez przyszłości… To częsty błąd maturzystów, którzy bez przekonania idą na kierunki inżynierskie, albo odmawiają sobie studiów humanistycznych, które ich kręcą, dlatego że… no właśnie. Czas Was uświadomić. Nie ma czegoś takiego jak pewna praca, ani gwarantowane bezrobocie! Prawda jest taka, że prawdziwy pasjonat, oddany swojej dziedzinie, prędzej czy później osiągnie sukces nawet po niszowym kierunku, a ignorant, który mechanicznie zalicza kolejne sesje na kierunku ‚przyszłościowym’, może boleśnie zderzyć się z wymaganiami rynku pracy. Który ciągle się zmienia, i który oczekuje od absolwenta nie tylko dyplomu z magistrem, ale i wielu osobistych kompetencji, a przede wszystkim – praktyki i zaangażowania.

Żeby niektórzy się nie dziwili, że mówię takie oczywistości – ja kiedyś o tym nie wiedziałam. I dziwnie jakoś tak się złożyło, że nie miał mi kto o tym powiedzieć.


– I TAK SIĘ TAM NIE DOSTANĘ – 

To chyba najgorsza z możliwych motywacji. I tak nie dostanę się na psychologię, więc nawet nie będę składać. Nie przejdę egzaminów na aktorstwie, więc daruję sobie rekrutację – itd. Mogę teraz wymądrzać się na ten temat, bo sama należałam do osób, które łatwo się poddają i zaniżają swój potencjał. A to głupota totalna – jeśli nawet nie podejmie się próby, nie można mówić z całkowitą pewnością, że by się nie udało. Czasem udaje się wręcz fuksem, np. jakiś kandydat na liście przed nami zrezygnuje. Albo dostajemy się jako wolni słuchacze – w taki sposób kilka osób trafiło na moją resocjalizację (po roku czy nawet pół i zaliczonej sesji byli już pełnoprawnymi studentami). Próbować zawsze warto – choćby dla spokoju ducha. A jeśli wyjątkowo zależy Wam na jakimś kierunku, jedna próba dostania się to za mało.

Słuchajcie starszej koleżanki i wybierajcie dobrze! ;)

Mam nadzieję, że uśmiechniecie się już wkrótce patrząc na te cyferki i procenty w wynikach, i że nie będzie to uśmiech przez łzy. No chyba, że wzruszenia.


 

PS – Odświeżam ten tekst jeszcze z jednego powodu – dziś, mając prawie 30 lat, spełniłam wreszcie swoje odkładane marzenie i zarekrutowałam się na te studia, które kiedyś odrzucałam, zakładając z góry, że się nie dostanę, albo że będzie to zbyt drogi interes. Ha, drogo to będzie dopiero teraz, ale i tak cieszę się jak szalona! W osobnym tekście opowiem Wam o tym, co to za kierunek i co ostatecznie skłoniło mnie do tej decyzji.

 


 

  • „Co za ponury absurd, by o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem” miałem kiedyś w opisie na fb – idealnie do mnie pasuje. I do moich studiów wybranych jeszcze w 5 klasie podstawówki też :)

    • Woow, serio wybrałeś je w 5 klasie? Co na to wtedy wpłynęło?

      • Chyba zapisanie na kółko komputerowe :)
        Bo wiesz, to było tak dawno temu, że kompy to się nazywały ZX Spectrum i były rzadsze niż skalny smok. I tak to postanowiłem zostać informatykiem, którym to ostatecznie zostałem. I którym nie chciałem zostać już gdzieś tak na 2-3 roku studiów, ale skoro już zacząłem… Potem praca w korpo i coraz bardziej się okazywało, że to nie dla mnie. Tak, że dokładnie wiem, o czym mówisz :)

  • Dokładnie tak.. Moje studia to porazka…resocjalizacja heh.. Najbardziej ciekawa pedagogika ;-) umieram z ciekawości na co idziesz :-)

    • Ja też już się nie mogę doczekać żeby ogłosić o tym światu, pewnie już jutro będę przygotowywać tego posta :D

  • W pełni się zgadzam. Jestem po poerwszym roku i ja miałam to szczęście, że jestem tam hdzie chciałam. Wiedziałam co chcę robić i pod tym kierunkiem szukałam studiów. Jak dla mnie ‚byleby studiować’ jest mało sensowną opcją, bo gdy mam momentami zapoeprz naukowy to nie wytrzymałabym gdybym miała taki wysiłek podejmować do czegoś, czego kompletnie nie czuje. Koleżanka studentka to mówi, że pomysł na siebie jest kluczem. Przy nim i samozaparciu, czy innymi słowy motywacji, wszystko się ułoży. Czas na naukę, kasa na mieszkanke itd, i czas na studenckie życie. Trzeba tylko wiedzieć i porozkminiać, jak nie ma łatwej i od razu wodocznej drogi. Tak jak piszesz. Studia nie są jedyną opcją. Podróż, dodatkowe kursy, praca, a może własny start up? Jest wiele opcji. Byleby wyboerać w zgodzie ze sobą, a nie za z lat mówić co ponoedziałek ‚i znowu ta cholerna praca’. Trzymam kciuki za Was nowi maturzyści!

  • Sama prawda!

    Moja decyzja o studiach była dość przemyślana: to było tuż po zamachu na WTC, kiedy media boleśnie odczuwały niedobór ludzi, którzy znaliby się na islamie. I w ogóle na religiach. Więc poszłam na religioznawstwo z zamiarem zostania dziennikarzem, którzy specjalizuje się w tej tematyce.

    Czy wyszło? No jasne, że nie :-P Jestem copywriterem i pracuję w agencji kreatywnej. I bardzo się cieszę, że mój plan się nie powiódł. Nie chciałabym być dziennikarzem…

  • Ata Magda

    jak bardzo się zgadzam z „– I TAK SIĘ TAM NIE DOSTANĘ – ” tak bardzo się nie zgadzam z „– PO TYM KIERUNKU NA PEWNO JEST PRACA / NIE MA PRACY – ” Jestem na 4 roku na politechnice śląskiej na GIGu na geologii. W życiu nie wybrałabym drugi raz tego wydziału. Politechnika owszem, ale coś sensownego z widniejącymi gdzieś ofertami „praca dla studenta, lub wymagane wykształcenie; BEZ: min 3 lata doświadczenia na podobnym stanowisku i z uprawnieniami A,B,C,D itp itd”. Mimo, że geologia to moja pasja, uważam że na razie straciłam 4 lata, z tej pasji się nie utrzymam w konwencjonalny sposób. NIE radzę studiować „bezrobocia”. Jeżeli po czymś nie ma pracy, to kierunek, jest potrzebny, ale… wykładowcom. Wy przyszli studenci stracicie 5 lat życia, w którym nie będziecie mogli zdobyć doświadczenie i wrócicie z poobijanymi ambicjami do pracy w branżach „bez wykształcenia”. Pozdrawiam, bo po studiach każdy człowiek chce wreszcie mieszkać na swoim i założyć rodzinę. Po przestudiowaniu bezrobocia można co najwyżej popaść w depresję.

    • nieogar

      zgadzam się… straciłam wiele lat na studiowanie bezrobocia i podczas gdy rówieśnicy jakoś tam się ogarniają ja wciąż zaniżam wymagania przy szukaniu pracy i rozważam wizytę u psychologa bo szlag mnie trafia od tej wiecznej kąpieli w poczuciu winy i myśleniu ile to lat zmarnowałam.
      Myślę, że sporo zależy od osobowości – jeżeli ktoś jest mega otwartą i zorganizowaną osobą, pełną marzeń i pomysłów, nie bojącą się wcielać ich w życie to nawet studiując moje-bezużyteczne-hobbylogię odniesie jakiś sukces i będzie się spełniać. Bycie nieogarem po bezużytecznym kierunku jest ciężkie :P

  • Moja droga, ja, jako absolwentka właśnie anglistyki (plus jeszcze komparatystyki), kiedy czytam akapit „Dziś niebezpiecznie jest szafować określeniami, że jakiś kierunek studiów gwarantuje dobrą pracę, a jakiś inny jest w ogóle bez przyszłości” tylko kiwam głową. Znajomi mojej lepszej połowy po studiach technicznych nie są w połowie tak dobrze ogarnięci karierowo jak ja, a przecież jestem HUMANISTKĄ ;) Zawsze też ogarnia mnie pusty śmiech, jak panie rekruteki pytają co osoba po filologii szuka w korporacji… Masakra :)

  • Maria

    Ja jestem tegoroczną maturzystką i to co wiem teraz to to, że nie chce isc na zaden kierunek związany z moim profilem w LO. Zastanawiam sie tylko czy jeśli nie mam wielkich predyspozycji do tego co bym chciała (jakieś są ale z tego co mi wiadomo to trzeba miec teoche wiecej), to czy w rok przy motywacji i chęci bede w stanie to nadrobic? Co o tym sadzisz?

    • To zależy co to dokładnie jest, ale zawsze pozostają różne kursy, korepetycje czy wreszcie – samodzielna nauka, i np. poprawienie wyników matury w razie czego… znam osobę która nie dostała się na medycynę ze względu na zbyt niskie wyniki i spędziła rok właśnie doszkalając się z biologii, fizyki i chemii, a potem zdała maturę drugi raz i już studiuje :)
      Jeśli motywacja jest w miarę stała, a nie czujemy tylko słomianego zapału, to szanse są duże. Trzeba tylko sobie dobrze rozpisać plan tych rocznych przygotowań, bo to dość dużo czasu i może pojawić się pokusa, żeby sobie poluzować, skoro tyle go zostało :)

  • Gratulacje, że realizujesz swoje marzenie! :) Gdybym miała się cofnąć o te 11 lat, które dzielą mnie od decyzji wyboru studiów, byłoby teraz zupełnie inaczej. Absolutnie nie żałuję, bo są inne plusy, które pomniejszają minus wyboru moich studiów ;) Pedagogiem specjalnym jestem tylko na papierze, moja obecna praca nie ma z tym kierunkiem zupełnie nic wspólnego (chociaż patrząc na niektórych klientów, zastanawiałabym się:)). Coś czuję, że albo nie poszłabym na studia od razu po maturze, albo wybrałabym kierunek nie-pedagogiczny. Bardziej skłaniam się teraz ku tej drugiej opcji – dałabym sobie czas na sprawdzenie, co chciałabym tak naprawdę studiować.

  • Ha, do tego punktu „blisko do domu” – jestem osobą mega nieśmiałą, mega niesamodzielną i mega nieogarniętą. I dla mnie po maturze liczyły się tylko dwie uczelnie – UW i UJ. Fakt, że do jednej miałam 70km, a do drugiej… dużo, dużo więcej. Ale nie myślałam o tym, że „o nie, nie poradzę sobie sama daleko od domu…” – myślałam: „jestem warta, by studiować na najlepszych uczelniach w kraju, jeśli się dostanę – wtedy może zacznę panikować”. :P Dostałam się na UW – więc w sumie problem z dalekimi podróżami do domu zażegnany. Niestety po miesiącu (pfu! tygodniu!) studiowania okazało się, że zrobiłam błąd, że kierunek, który wybrałam był chybiony o 180 st. Ale parłam dalej, aż doszłam do obrony. Zdałam…. i nic. Siedziałam przez rok w domu rodzinnym, myśląc, co ja zrobiłam najlepszego… Po roku wzięłam się za siebie i zaczęłam nowe studia. Też licencjackie. Mam nadzieję, że tym razem już się nie pomyliłam. Chociaż posty moich znajomych, którzy w tym roku bronią mgr jest nieco przygnębiający. Bo ja w najlepszym razie „pochwalę” się dwoma „nicami” przed nazwiskiem. Tak to wygląda. Nie ma nigdy 100% gwarancji, że wybierze się dobrze. Trzeba próbować, próbować i próbować, aż się trafi.

  • Ja zamierzam iść na medycynę, z jednej strony się boję, bo wmawiają mi, jak ciężko będzie. Z drugiej strony: jej, będzie genetyka, będzie biologia bez botaniki (hejt, nie lubię botaniki, bo na niej człowiek uczy się mnóstwa rzeczy i nie ma chorób –> wiedza nie jest przydatna). A jak wymarzę sobie coś innego… cóż, o wymyślenie sobie nagle religioznawstwa czy jakiejś historii sztuki się nie podejrzewam, zaś jedyne, co jeszcze umiem, to pisać i rysować. Do tego nie potrzeba studiów,

  • A ja studiuję swój (prawie) wymarzony kierunek. Bardzo chciałam pójść na chorwacki, niestety go nie otworzyli (tak, tylko w tym jednym roku…), więc trafiłam na serbski. Języki są niemalże identyczne, przy okazji poszerzam znajomości kultury, bo jednak prawosławna Serbia dużo bardziej się od nas różni niż Chorwacja, która jest katolicka, a więc nam podobna. I nie religię mam tu na myśli, tylko kulturę obyczajowość, która wokół kręgów religijnych wyrastała.
    Czy żałuję? Różnie bywa. Są chwile, kiedy z całą świadomością cieszę się, że tak się potoczyło – z wielu względów związanych z nauką jako taką, z powodu wspomnianego już poszerzania horyzontów. Ale są też chwile, kiedy uświadamiam sobie, że to serbski będę miała na dyplomie – i praca z chorwackim oczywiście będzie możliwa, ale pod warunkiem samodokształcania i jeśli pracodawca będzie cenił umiejętności, a nie papierek.
    Jednak najbardziej chciałabym się podpisać pod argumentem, że „trzeba studiować i nie można stracić roku”. Często wynika to z własnych motywacji albo z nacisków rodziny. Ale i tu trzeba znaleźć złoty środek – źle jest ślepo się zgodzić na studiowanie czegokolwiek, żeby nie marnować czasu. Ale źle też się jest uprzeć, że nie będę studiować, a później żałować. Chyba najlepiej jest wsłuchać się w samego siebie – ale nie patrzeć na to, że mi się nie chce czy na obawy, że sobie nie poradzę, ale spróbować pomyśleć o przyszłości i marzeniach. Nawet, jeśli wydają się nieosiągalne :)

  • Dominika W.

    Ja myślę, że jednak najważniejsze to się nie poddawać, nie załamywać złą decyzją, nie bać się zrezygnować, zmienić kierunek i szukać tego co nam odpowiada ( to może być także rzucenie studiów całkowicie!). Czasem od początku wiemy, że to nie to, ale dalej brniemy w tym samym kierunku. Ciężko jest zostawić coś co się zaczęło a czasem to najlepsza decyzja :) Sama nie umiałam się na to zdecydować, przez co skończyłam bezsensownego licencjata ale na szczęście zaczęłam od nowa coś zupełnie z innej beczki i już czuję jestem na właściwych torach :)

  • największym błędem, jaki popełniłam, było zostanie na studiach w rodzinnym mieście. mieszkanie z rodzicami daleko od centrum, z beznadziejną komunikacją, bez autobusów nocnych – przez całe studia byłam może na 3 imprezach i w ogóle nie poznałam żadnych ludzi, więc mam wrażenie, że sporo w tej kwestii straciłam. wtedy nie chciałam wyjeżdżać i dziwiłam się osobom, które zapytane o kierunek studiów odpowiadały „wszystko jedno, byle do Krakowa/Warszawy/Wrocławia”. teraz pewnie odpowiedziałabym podobnie, bo wiem, że same studia dają papier, ale na ogół żadnej wiedzy (no, wyłączając filologie, medycynę, prawo i politechnikę) i zamiast zastanawiać się, na jaki pójść kierunek, lepiej jest zastanowić się po prostu nad tym, co ja tak właściwie chcę robić w życiu. wiem, prawie nikt tego nie wie w wieku 18 lat, ale nie uważam też, żeby decyzja o kierunku studiów była wiążąca na całe życie i aby nie było od niej odwrotu.
    a co do kierunku, sama nie wiem, czy moje studia były trafione (sinologia). niby je lubiłam, bo dużo się nauczyłam i zawsze chciałam studiować rzadki język, ale języki niszowe nie bez powodu są niszowymi – perspektywy po tym są naprawdę znikome. planuję u siebie napisać niedługo wpis o tym, co powinno się brać pod uwagę, wybierając kierunek filologiczny… bo to temat na naprawdę dłuższy tekst.

  • Jeśli chodzi o wybór jakiejkolwiek szkoły nie radzę słuchać rad nikogo, tylko samego siebie. Pamiętam jak w gimnazjum usłyszałam od pewnej pani, że tak pięknie się wypowiadam, że na pewno jestem humanistką. Wtedy byłam na profilu matematycznym i zamierzałam dalej iść tym kierunkiem ale pomyślałam „a może jednak?”. Wszyscy włącznie z nauczycielką matematyki byli tym zaskoczeni i mnie namawiali na mat-fiz. W końcu zdecydowałam się zrezygnować z „humana”, a od wspomnianej nauczycielki usłyszałam „a poradzisz sobie?” Ręce mi opadły i postanowiłam już nikogo więcej nie słuchać.
    I tak poszłam sobie na tego mat-fiza nie do końca pewna co chcę w życiu robić a kiedy w końcu wiedziałam, okazało się, że jestem na niewłaściwym profilu, którego już nie dało się zmienić. Mimo to byłam zawzięta i gdyby nie depresja to może i bym studiowała wymarzony kierunek… Ale miałam rok przerwy pomiędzy skończeniem szkoły a maturą, potem mama i chłopak tak kręcili głowami na wyjazd praktycznie na drugi koniec Polski, że zrezygnowałam nawet z tego, na co ewentualnie by mnie przyjęli. Może to i dobrze? Miałam trochę czasu żeby się utwierdzić w przekonaniu czy na pewno chcę spełnić to marzenie o studiowaniu, wiem więcej o świecie… Najwyżej pójdę na studia zaocznie jak mój synek będzie już mógł posiedzieć te kilka godzin dziennie z kimś innym ;)

  • Ja właśnie kończę drugi rok studiów licencjackich, więc jestem jeszcze trochę na świeżo jeśli chodzi o ich wybieranie. Mnie mocno ‚atakowały’ takie czynniki jak rodzice i kasa. W domu nigdy się mocno nie przelewało i mama otwarcie powiedziała mi, że wolałaby żebym poszła do pracy i na zaoczne, o czym ja z kolei nie chciałam słyszeć. Do tego woleli żebym poszła do Warszawy, bo tylko 80 km do domu i nie muszę wynajmować nic, bo mogę sobie dojeżdżać i tak dalej, a jednak prawie dwie godziny pociągiem w jedną stronę w końcu daje się we znaki. Jednak zawsze powtarzali bardzo ważne zdanie, ‚ale to Twoja decyzja’. Nawet jakby nie powtarzali, to pewnie i tak bym się nie skłoniła ku ich ‚życzeniom’, bo jestem z natury osobą upartą, która jak coś sobie postanowi, to prędzej czy później to osiągnie. Wymyśliłam sobie studia związane z finansami, bo jestem lepsza z przedmiotów ścisłych, a nie widziałam siebie studiującej czystej ‚matematyki’ czy czegoś takiego. Finanse mnie interesowały, więc sądziłam, że to dobre rozwiązanie i ‚w najgorszym wypadku skończę jako księgowa lub będę ludziom rozliczać pity, bo to też potrzebne’. Co więcej, wymyśliłam sobie Poznań, który jest 400 kilometrów od mojego miejsca zamieszkania. Bo dobra uczelnia, bo znam to miasto, bo mam tam rodzinę, bo słyszałam o niej dobre opinie, bo jest druga w rankingu zaraz za SGH, no i złożyłam i się dostałam. I rodzice zaczęli się martwić o pieniądze, że za daleko, że to, że tamto. Powiedzieli, że woleliby żebym tam nie szła, a najwyżej poszła gdzieś na zaoczne. Ale się uparłam, bo to moje studia, nie ich i idę tam i koniec. I wyszło na moje, jedyne pieniądze jakie dostaje od rodziców to te, na opłatę akademika, w którym mieszkam. Zostało mi przyznane stypendium, a do tego staram się dorabiać, by nie musieć się martwić, że do następnej wypłaty stypendium mi nie starczy. I żyję, nie przymieram na studiach głodem, mogę sobie pozwolić na różne rozrywki ze znajomymi, a co najważniejsze, jestem zadowolona ze swojej uczelni i kierunku. Co więcej, mam porównanie, bo jestem na całorocznej wymianie w Warszawie, czyli mojej opcji studiów zaocznych i dochodzę do wniosku, że podjęłam dobrą decyzję i gdybym dostała się na obie uczelnie, to drugi raz wybrałabym swoją. Najważniejsze przy wyborze studiów jest sam przyszły student, bo nikt za niego życia nie przeżyje, on będzie żył z konsekwencjami decyzji podjętych po maturze.

  • Ewa

    Ja bym dorzuciła, że nie warto się buntować i robić coś na złość rodzinie lub kolegom albo by coś udowodnić. Najważniejsze to słuchać siebie, odgrodzić się na trochę od innych i zastanowić się po co chcemy studiować? Czasem studia pomagają spełniać marzenia, czasem je odwlekają albo pomagają o nich zapomnieć. Młodość ma to do siebie, że wiemy co jest dla nas ważne i jeśli z tego nie zrezygnujemy to z wiekiem nauczymy się bronić tego co jest wartościowe. Zawsze można też spróbować jeszcze raz – gratuluje pomysłu na restart, życie jest tylko jedno :-)

  • Paulina

    no ja właśnie stoję przed tym wyborem… Wgl co za przypadek,że też rozważałam resocjalizację? :D Jednak zrezygnowałam,składam na 4 inne kierunki -po 2 na UW i UG. Fajny tekst,motywujący. Ja trochę popełniłam te błędy,ale wybierając liceum i niestety odbiło się to na mnie rykoszetem- strasznie pożałowałam błędów,które tak ładnie wypisałaś. Teraz jestem na to uczulona i wybieram zgodnie z moim odczuciem. Mam nadzieję,że mi się uda. Trzymaj kciuki. :)

  • Nie mam z tym wszystkim problemu. Naprawdę, mogę pójść do każdego miasta na północy Polski, moja siostra idzie do Krakowa i też jej się udało to przeforsować, a młodszy brat chce wybrać Warszawę i też jestem przekonana, że dopnie swego. Pieniądze, odległość nie gra roli. Ale mam kłopot z poziomem nauki. Jeden uniwerek jest- jak wiem- dość nastawiony na mój kierunek, z tradycjami, z dużymi możliwościami rozwoju też poza studiami. Drugi uniwerek- mniejsze wymagania, niższy poziom, w ogóle nie nastawiony na mój kierunek. Obydwa to duże miasta, więc i szerokie perspektywy. Jestem zagubiona potwornie, bo np. poszłam do liceum o wysokim poziomie, trochę się namęczyłam, ale wyszłam z czerwonym paskiem. Więc na studiach wyluzować czy znowu pójść najwyżej jak się da? Nie umiem ocenić swoich możliwości i motywacji. Co gorsza, moje rodzeństwo to bardzo zdolni ludzie (laureaci olimpiad) wiec porównuję się ciągle z nimi i nie mam odniesienia do „zwykłych” ludzi.
    Moi przyjaciele idą do tego miasta z niższym poziomem. Bardzo nie lubię tracić swojej grupy, co też jest argumentem emocjonalnym. Tak, stanowczo nie jestem człowiekiem, który powinien podejmować takie decyzje :D

  • Ada Gałązka

    Dlaczego ja już skądś pamiętam ten artykuł? To repload, czy co?

  • Wiesz co ja też po liceum profilowanym nie poszłam na studia. I tak w tym roku skończyłam 25 lat i chcę w końcu zacząć się uczyć. W ten weekend sprawdzam kierunki, chcę coś może o copywritingu, social mediach, no poszukać muszę dobrze. Jeśli żadne mi nie spasują to wybiorę się na kurs kreatywnego pisania albo pisania powieści. Strasznie mocno chcę się rozwijać i bardzo mi tego brakuje. Trzymam za nas kciuki i nie mogę się doczekać, żeby dowiedzieć się co to za kierunek!

  • Popełniłam wszystkie błędy a ich skutkiem było nieukończenie żadnych studiów.
    Fajnie, że zdecydowałaś się na wymarzony kierunek. Ja ciągle to mam w głowie, ale brak mi odwagi.

  • Pingback: MORTYCJA POLECA #79 - PRZEGLĄD INTERNETÓW | M O R T Y C J A()

  • Ja też ostatnio się zapisałam na studia podyplomowe. I właściwie obaw jest sporo, ale CZEMU NIE?? :) Powodzenia i wiedz, że dobrze, że o tym piszesz, bo zapewne wiele osób ma teraz dylematy jaką drogą pójść :)

  • Już w liceum wiedziałam, że chcę iść na politologię. To był kierunek, który od początku mnie fascynował. Magistra robiłam na Europeistyce, czyli jakby nie patrzeć dopełnieniu licencjatu.

    Znałam jednego takiego, który poszedł na studia, bo mama mu kazała. Padłam, jak usłyszałam jego motyw ;)

  • Mieszkałam w małym miasteczku 200 km od Krakowa i większość moich kolegów i koleżanek wybierało Rzeszów albo Lublin. Ja natomiast od dzieciństwa wiedziałam, że chce studiować na w Krakowie na UJ. Interesowało mnie wiele rzeczy, wysłałam aplikację na kilka kierunków i dostałam się na psychologię na rzeczonym Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie był to mój wymarzony kierunek (taka była architektura, ale marzenia o niej porzuciłam kilka lat wcześniej, gdy dowiedziałam jaki jest wymagany poziom fizyki), ale też nie żałuję tej decyzji. Kredyt studencki plus praca (pracowałam w kinie jako bileterka) pozwolił stać mi się w miarę niezależną od rodziców. Ale najważniejsze… moi rodzice wspierali mnie w każdej mojej decyzji :) Jedno co bym zmieniła, to być może wzięłabym rok dziekanki na podróże po świecie, bo tego luzu co na początku studiów już nigdy nie doświadczę!

  • Zatem powodzenia na nowej drodze studenckiego życia :)

  • randkiswatki

    Fajny wpis.

  • Długo szukałam swojej drogi, z jednej strony za dużo wymagałam, a z drugiej jeszcze nie w pełni wiedziałam czego tak naprawdę pragnę. Najważniejsze jednak, że wciąż poszukiwałam i to dzięki temu miałam okazję spełnić swoje marzenia. :)

  • A ja na studia nie poszłam i bardzo się z tego cieszę :D Nigdy bym tej decyzji nie zamieniła na żadną inną i nadal jestem zdania, że nie każdy musi iść na studia. Patrząc na moich byłych kolegów i koleżanko z liceum mam wrażenie, że większość wybrała studia, bo tak wypadało…

  • maximer006

    Dokładnie i znam to z doświadczenia – nie ma co kierować się tym, że będzie bliżej lub tym, że będzie taniej.
    Lepiej iść za zainteresowaniami i przekonaniem, że będzie fajnie a nie, że zasponsorujemy samym sobie męczarnię. Anyway świetny blog – będę zaglądać częściej :)

  • Wybór studiów to bardzo ciężki wybór i mam wrażenie, że częściej młodzi ludzie podejmują złe decyzje zamiast dobrych. Studiując pedagogikę przekonałam się, że na te studia najczęściej idzie się z przypadku. Myślę, że doradztwo zawodowe rozwija się coraz mocniej i to jest dobra droga do dobrej zmiany, Ważne też by rozmawiając ze swoimi dziećmi nie dawać im aż tylu ograniczeń, a zamiast tego pozwolić się szczerze zastanowić czego chcą od życia.

    • Szkoda, że w mojej szkole nie było specjalnie żadnego doradztwa… może jakaś jedna pogadanka na godzinie wychowawczej i tyle. A przecież można tyle w tym temacie zrobić!

  • Ależ jestem ciekawa, co to za kierunek wybrałaś… Ja na studia nie poszłam zaraz po szkole, zaczęłam je dopiero całkiem niedawno. Trochę mi zaczęło brakować wykształcenia, bo doświadczenie mam takie, którego niejeden magister mógłby mi pozazdrościć.

  • Pingback: O STUDIACH NA RESOCJALIZACJI MOCNO SUBIEKTYWNIE - Króliczek Doświadczalny()

  • Han

    Myślę, ze nie można tak odrzucać dwóch pierwszych punktów. Pieniądze niestety mają znaczenie i to, czy będziesz musiał pracować podczas studiów, by zarobić – jest warte przemyślenia. Potrzeba na to czasu, który można by wykorzystać inaczej – na naukę, spotkania ze znajomymi, albo rozwój pasji.

  • Pingback: Miesiąc zblogowAny (17/18): maj i czerwiec (nie)przeczytAny (cz. 1) - Świat zblogowAny()

  • Pingback: WTORLINKI #67 - terroryzm, jednorożce, intymność i medytacja - Króliczek Doświadczalny()

  • muscaria

    Do-kła-dnie… gdybym to wiedziała po maturze nie miałabym teraz siedzącego cały czas z tyłu głowy poczucia zmarnowanych 5lat… ;]

    btw. studiowałam w Częstochowie mój nielubiany kierunek i od października zaczynam magisterskie… też w Częstochowie :) ale już na kierunku, do którego mam pełne przekonanie. Odkryłam pasję dopiero 2 lata temu ale chyba i tak lepiej późno niż wcale

  • Esencja Kobiecości

    Z przyjemnością przeczytałam Twój wpis :).

    Ja w tym roku dojrzałam do podjęcia decyzji o studiowaniu :)! U mnie historia jest nieco bardziej skomplikowana, bo bardzo szybko wyprowadziłam się z domu i znalazłam pracę :). Żyłam bardzo spokojnie i beztrosko dopóki nie zdecydowałam się zmienić pracy :). Po kilku przygodach pomyślałam sobie, że przyszedł najwyższy czas na spełnianie marzeń :). Pozdrawiam i obserwuję! :)

  • Darkbloom

    Sam właśnie stoję przed tym wyborem. Za kilka dni rozpoczyna się rekrutacja na UAM a ja do końca sam nie wiem jaki kierunek wybrać. Bardzo chciałbym studiować koreanistykę ale przeraża mnie perspektywa tego, co po studiach. Koreanistyka to obecnie bardzo popularny kierunek, aż za popularny i nie widzę żadnych realnych perspektyw pracy jako tłumacz w Polsce. Na pracę w koreańskiej firmie nie ma co liczyć – potrzebne byłoby „coś więcej” niż sama znajomość języka. Korea to moja pasja – uwielbiam uczyć się języka, kocham czytać o historii Korei, kocham po prostu wsłuchiwać się w ten język. Ale może lepiej zostawić to tylko jako pasję i studiować coś konkretniejszego?

    Coś konkretniejszego – czyli anglistykę. Do tego namawiają mnie wszyscy wokół. Po anglistyce zawsze jest praca, zawsze jako tłumacz coś się znajdzie – i tutaj mają rację. Anglistyka jest bardzo popularna ale zapotrzebowanie na tłumaczenia jest o wiele większe niż po koreanistyce. Do tego rodzice mogliby mi bardzo łatwo załatwić praktyki w paru firmach znajomych. Tylko, że zdaję sobie sprawę, że nie wybaczę sobie jak wybiorę anglistykę zamiast koreanistyki. Zawsze byłem zdania, że w życiu należy kierować się pasją nawet jeżeli doprowadzi ona do pracowania na kasie w Biedronce. Ale teraz zdaję sobie sprawę, że takie myślenie nie jest do końca poprawne. Nie łatwe jest rzucić wszystko w imię pasji. Lubię angielski, ale nie pasjonuję się tym. Ot, język. Z drugiej strony koreanistyka nie ucieknie – może jako drugi kierunek? Może kiedyś zaocznie?

    Złotym środkiem mogłaby być sinologia – Chinami też się pasjonuję chociaż nie aż w takim stopniu jak Koreą a i perspektywy co do pracy w zawodzie są o wiele konkretniejsze w Polsce. Tylko, że bardzo małe szanse że się dostanę z moimi wynikami z rozszerzonego polskiego i historii.

    Nie wiem po co to tutaj piszę, ale musiałem się wyżalić. Chciałbym wierzyć w to całe „pasja zawsze się obroni” ale chyba za mało we mnie optymizmu.

  • Pingback: Wspomnienia czerwca 2016 - Pani Kultura()