Small talk. Przekleństwo introwertyków, osób małomównych, Królików. Zdecydowanie nie jestem mistrzynią krótkich, grzeczno – zaczepnych rozmówek, których jedynym celem jest przełamanie krępującej (dla kogo?) ciszy. Albo wypełnienie czasu w kolejce, w windzie, lub podczas wpadnięcia na niezbyt bliskiego znajomego. Jednak wolę milczenie. Albo ucieczkę.

Zupełnym przeciwieństwem jest mój mężczyzna, którego bawi sprzedawanie lekkich żartów wszystkim kasjerkom, sprzątaczkom, czy starszym paniom w autobusie, i który przechodnia pytającego o drogę potrafi wciągnąć w dowcipną (!) rozmowę na temat planów na życie.

Szczerze podziwiam, bo sama tak nie umiem. I mimo prawie trzech lat bliskiego towarzystwa nie zdołałam zarazić się od niego tą umiejętnością, ani drogą kropelkową, ani płciową, ani telepatyczną.
Small talk w moim wykonaniu wychodzi co najmniej dziwnie. A może nawet podejrzanie – bywam spięta samą sytuacją, a ludzie zapewne to wyczuwają, tak jak psy wyczuwają ludzi, którzy się ich boją (po to by móc ich rozszarpać).
I jeszcze jeden problem – moja mimika przeczy oficjalnym intencjom. Nie raz znajomi pytali mnie: „czemu jesteś taka smutna”, albo „czemu jesteś zła”, a mnie nudziło już tłumaczenie – nie jestem, ja mam tylko taką twarz!
No więc mając taką twarz, i takie a nie inne zdolności komunikacyjne („chcesz wiedzieć co myślę? napiszę ci o tym”), wnioskuję, że nie jestem stworzona do generowania ani podtrzymywania krótkich, miłych i jednocześnie zupełnie pozbawionych celowości rozmówek.
Zwłaszcza jeśli dotyczą one jednego z moich ulubionych tematów.

POGODA

Wchodzę do sklepu, po tym jak w ulewnym deszczu przejeżdżający samochód przeniósł na mnie całą zawartość najgłębszej kałuży. Pani sklepikarka, siedząca na suchym stołku w suchym ubraniu, pomiędzy jednym a drugim łykiem gorącej, rozgrzewającej kawy zwraca się do mnie.
– Ale się rozpadało, co?
– Tak.
– Mówią, że jeszcze cały tydzień ma tak padać!
– Aha.
– Ale kto wie, czy ta prognoza się sprawdzi, tylko Zalewski w radiu potrafi coś powiedzieć, a inni to tylko tak strzelają.
Płacę za swojego batona i biorę resztę. Pani kasjerka jest wyraźnie zdegustowana brakiem mojej odpowiedzi. No ale co ja mogę wiedzieć o Zalewskim?
– Ale coś pani nie w humorze dzisiaj, co? Trzeba się cieszyć życiem, młoda pani jest!
Kąciki moich ust unoszą się i zaraz opadają w odpowiedzi na kuszącą propozycję.
– Do widzenia.
– Do widzenia.
Jeszcze dobrze nie zamknęłam drzwi, a już ją słyszę.
– Te młode to tera jakieś takie bez ikry…

SMACZNEGO

Zwiedzamy jakieś miasto, więc wstępujemy na szybki i tani obiad. Chcemy makarony. Dostajemy je po jakimś czasie, zaczynamy jeść. Gdzieś między czwartym a szóstym kęsem jak cień materializuje się przy nas kelner.- Czy wszystko ok?
-Tak – odpowiadam z uśmiechem ja, bo mój mężczyzna jest cały zapchany gęstym sosem bolognese.
– A czy makaron smaczny?
– Tak, tak, dziękuję…Kelner nachyla się ku nam jeszcze bardziej, jakby zamierzał powiedzieć tajemnicę.
– A podać może coś jeszcze? Coś do popicia?
– Nmm-nie… dziękujemy – odpowiada któreś z nas przełykając sos.
– Polecamy nasze nowe koktajle, mogą państwo  w międzyczasie zobaczyć w menu.
Oboje kiwamy głowami.

Po zjedzeniu prosimy o rachunek.
– Smakował państwu makaron?
Z zasady jesteśmy grzeczni, więc mój mężczyzna odpowiada, że tak. Kelner jednak nie czuje się jeszcze usatysfakcjonowany.
– A pani peperoncino, wszystko ok?
– Właściwie to miało za dużo oliwy, to chilli wcale nie było ostre, a czosnek chyba chiński.  No i coś mała ta porcja – to mogłabym powiedzieć, ale chcę już wyjść, niedługo autobus powrotny. No i z zasady jesteśmy grzeczni.
– Tak, dziękuję.


MOJE ŻYCIE 

Przyjeżdżam na wieś, do rodzinnego domu. Mam kilka dni dla siebie. Zaglądam po jakąś pierdółkę do sklepu spożywczo – przemysłowo-odzieżowo-ogrodowo-wszystkiego.

– O, Asia! Dawno cię nie było! To ty cały czas w tym Wrocławiu siedzisz? – wchodząc do sklepu w mojej rodzinnej miejscowości trzeba liczyć się z przesłuchaniem, bo po świętach muszą być jakieś nowe tematy do rozmów. A że pani sklepikarka zna praktycznie każdego, to do każdego zagaduje, chcąc wiedzieć jeszcze więcej. Ot, Wiejskie Centrum Informacji.
– Tak, ale czasem przyjeżdżam. Poproszę dwie baterie paluszki.
– No nic nie przytyłaś, wiecznie taka chudzina, nic cię nie utuczył ten twój narzeczony.
Uśmiecham się niby rozbawiona, w środku znudzona, bo do tekstów o mojej chudości już się przyzwyczaiłam. Zwłaszcza w wydaniu pań ważących dobre 90 kg.- A to sama przyjechałaś, bez niego? Nie chciał tu na wieś, co?
– Nie, musiał zostać. Miał kilka spraw.
Moja odpowiedź zawiera za mało treści, więc zupełnie nie zaspokaja żądzy nowości.

– A kiedy jakiś ślub wreszcie? Tu twoje koleżanki to już dawno dzieci mają, wiesz?
Patrzę w stronę wyjścia, oceniając ile zajmie mi przedarcie się przez mały tłumek koło drzwi.
– Jeszcze mamy na to trochę czasu. Ile płacę?
Czypieńdziesiąt. A może ciasto takie sobie weźmiesz? Świeże przywiozłam wczoraj. Bo tobie to pewnie nie chce się piec, co?

Nie, narzeczony mi nie pozwala, bo przytyję i wtedy nici ze ślubu.


 

WSPÓLNE NARZEKANIE

 
Starsza pani w kolejce do punktu pobrań usilnie stara się wejść w moje pole widzenia, choć celowo gapię się prosto w tablicę przede mną. W ręce trzyma słoiczek z moczem.

– Widziała pani, żeby tyle czekać! A dwie tam siedzą i po dwie osoby by mogły przyjmować, ale nie, kawkę sobie piją. Zawsze tak jest, mówię pani. A niedługo za badania nawet trzeba będzie płacić! – kobiecina nakręca się, mówiąc coraz głośniej, co natychmiast podchwytuje wesoły dziadek z drugiego końca kolejki.
– Płacenie za badania to wina Tuska! – po czym następuje głośna skarga na system, radośnie dokarmiana przez koleje osoby. Pani z moczem daruje mi, przechodzi do bardziej rozmownych. Small talk przeradza się w big loud talk. Zwycięstwo.


I WSZYSTKO INNE… 

Tak, trochę jestem nietowarzyską (przynajmniej wśród obcych ludzi) marudą, ale w dużej mierze po prostu nie lubię bezsensownego pitolenia na tematy, które nic nie wnoszą. Strzępienie języka po próżnicy – tak to onegdaj nazywano i trafne jest to w cholerę. Może mam to po dziadku? On, jeśli mówił, to konkretnie i stanowczo, każde jego słowo miało znaczenie i niosło z sobą treść, a nie tylko echo. Jak bardzo brakuje mi tego w dzisiejszym świecie!
Jeszcze jeden czynnik –  pisząc wiele tysięcy słów o różnych pierdołach każdego dnia, czuję się zupełnie wygadana. I już  nie chce mi się paplać o pogodzie, która jaka jest, każdy widzi, nie chce mi się przerywać jedzenia, by odpowiedzieć z pełnymi ustami kilku kolejnym osobom na ‚smacznego’, i tak samo nie chce mi się razem z innymi narzekać, bo poczucie wspólnoty to ja mam za darmo na Blogspocie.Niech jednak znajdzie się jakaś obca osoba, która zaczepiając mnie na kolejny niezręczny small talk sprawi, że poczuję się zainspirowana, zaciekawiona, szczerze rozbawiona – a odszczekam to wszystko w mig. I wreszcie wyjdę na naprawdę grzeczną, nie tylko z zasady.

PS – Jeden wyjątek. Jeśli czyta to jakiś facet:  3/4 flirtów zaczyna się od takich właśnie głupich, małych rozmówek (tylko raczej o pogodzie lub spóźniającym się autobusie, niż o winie Tuska). Wiele kobiet jednak lubi być zaczepiana przez zainteresowanego nimi mężczyznę i jeśli Ty zaczniesz, one pociągną nawet najgłupszy temat. Opanowanie podstawowej umiejętności rozpoczynania small talków daje Ci 75% większe szanse na udany wieczór!  Good Luck & Have Fun!