W poście o związku między stylem jazdy a osobowością, przyznałam Wam się do tego, że nie mam prawa jazdy. Choć mogłabym mieć je już od 10 lat. No dobra, 11. Dzisiaj chciałabym wylać z siebie trochę przemyśleń na ten temat i jednocześnie zebrać opinie od Was – zróbmy sobie debatę jak kandydaci na prezydenta! Zapraszam wszystkich z prawkiem i tych bezprawnych.

 

PRAWO ZAJEBISTOŚCI

 

Kiedy chodziłam do liceum, moi znajomi nie mogli wręcz usiedzieć na tyłkach w oczekiwaniu aż otworzy im się okno możliwości zrobienia prawa jazdy. Zaczynali kursy mając jeszcze lat 17, by po 18 urodzinach z dumą odebrać kartonik, dodający do lansu więcej punktów niż dowód osobisty (chociaż w przeciwieństwie do niego ten nie łączył się z możliwością spożycia alkoholu, a raczej bycia szoferem dla innych spożywających). Obserwowałam ten szał z właściwym sobie spokojem i zupełnie nie paliłam się do tego, by sama się za to zabrać – nie czułam pociągu do motoryzacji, zwłaszcza od momentu, gdy dałam kompletną, popisową klapę na konkursie wiedzy drogowej. Rodzice też nie naciskali (tyle mojego szczęścia, bo innych wręcz wypychano w tym celu z domu, zgodnie z tytułowym twierdzeniem, że KAŻDY musi mieć prawo jazdy).

 

Minęło liceum, mijały sobie studia, w międzyczasie miałam bolesną przygodę z próbą jazdy na skuterze, około trzy razy wylądowałam jako pasażer w rowie, a z milion pięćset przeraziła mnie agresja, chamstwo, samowolka i nieuwaga na drodze, którą obserwowałam to z pojazdu, to z przejścia dla pieszych. Dodatkowo, każdy przejazd rowerem przez miasto i konieczność współuczestniczenia w ruchu obok samochodów, czy nawet pokonania prostego skrzyżowania, przyprawiał mnie o palpitacje.

 

NIE OGARNIAM

Jeszcze większego zniechęcenia do zdobycia prawa jazdy nabrałam, kiedy przeprowadziłam się do Wrocławia, gdzie na ulicach niekoronowanymi królami są tramwaje. Przejechanie tuż obok tego potwora na szynach przeraża mnie nawet jako pasażera, a co dopiero potencjalnego kierowcę. Niekłamany podziw budzą we mnie osoby, które wiedzą co robić w centrum, gdzie krzyżuje się ze sobą jezdnia, ścieżka rowerowa, tory tramwajowe i gdzie na drogę często wyskakują szaleni piesi. Gdzie dodatkowo trzeba pilnować świateł, ruchu na innych pasach, a czasem umiejętnie usunąć się z drogi karetce. Dlaczego? Otóż wydaje mi się, że dla mnie to ZA DUŻO DO OGARNIĘCIA NARAZ. Jednocześnie obserwować świat przez szyby i lusterka, szybko reagować na zmiany na drodze, panować nad trzema pedałami, kierownicą i skrzynią biegów jednocześnie, a do tego dawać jeszcze znać o swoich zamiarach innym, zerkając co jakiś czas na deskę rozdzielczą i NIE WPADAJĄC W PANIKĘ, gdy ktoś z tyłu trąbi i wyzywa od blond idiotek…
Tak, być może brzmię teraz jak mała przerażona dziewczynka, ale jestem nią jeśli chodzi o samochody. Nie pomaga w tym ich skomplikowana budowa i fakt, że posiadają te wszystkie przewody wysokiego napięcia, wypełnione są łatwopalnym paliwem, no i są w cholerę plastyczne i łatwe do odkształcenia (nie mówiąc o tym, jak plastyczne jest ludzkie ciało – napatrzyłam się na zdjęcia ofiar wypadków…).
Podsumowując, mam duży problem z samochodami i ruchem drogowym.

CZY JEDNAK POWINNAM STARAĆ SIĘ ZROBIĆ PRAWO JAZDY? 

Cały czas powtarzam, że to lepiej dla mnie i innych uczestników ruchu, że taki spanikowany i nieskoordynowany kierowca nie jeździ po mieście. O ile jeszcze potrafię sobie wyobrazić siebie jeżdżącą po prostych odcinkach na wsi, to przejechanie przez Wrocław jawi mi się jako tor przeszkód z koszmaru.

Mimo wszystko z różnych stron słyszę argumenty: 

– dlaczego tylko twój mąż ma prowadzić i być dla ciebie szoferem?
– jak będziesz miała dzieci, to musisz mieć prawo jazdy – a jak coś im się stanie i nie będzie miał ich kto zawieźć do szpitala?
– kobieta musi być niezależna,
– egoizmem jest nie zmienianie się za kółkiem podczas długiej wycieczki i oczekiwanie, że tylko ta druga osoba będzie prowadzić.
A nawet jeszcze konkretniejsze kwiatki, takie jak:
– robisz z siebie kalekę, a tak naprawdę nie chce ci się za to zabrać,
– dopóki nie pójdziesz na kurs, nie masz prawa mówić, że nie nadajesz się do prowadzenia,

– komunikacja miejska może zawieść, taksówka nie przyjechać, a pogotowie odmówić przyjazdu i co wtedy zrobisz?!

 

No właśnie, co? Moimi argumentami na to są:

– tak samo jak może zabraknąć taksówki czy autobusu, tak też może nawalić samochód, zabraknąć paliwa czy pomocy drogowej,
– jeśli czegoś naprawdę się boję, to sprawia, że popełniam znacznie więcej błędów, a co za tym idzie, staję się dla samej siebie zagrożeniem,
– jeśli chodzi o potencjalne dzieci, to stres wynikający z odpowiedzialności za nie jako pasażerów chyba by mnie wykończył, pół biedy strach o mnie samą, ale mnie i pasażerów? Nope,
– naprawdę nie czuję się ubezwłasnowolniona jako pasażer i naprawdę doceniam dobrych kierowców. Nie oczekuję też od innych żeby wozili mnie jak szoferzy – lubię komunikację miejską, nie mieszkam na odludziu, umiem zamówić taksówkę, na wakacje raczej nie jeździmy samochodem (bo w tym momencie samochodu nawet nie mamy).

I TERAZ PYTANIE DO WAS:

Czy ktoś z Was może miał podobne jak ja odczucia odnośnie prowadzenia samochodu a jednak to przezwyciężył? Czy uważacie, że w dzisiejszym świecie każdy powinien mieć prawo jazdy? I czy kierowca, który boi się kierować, może być dobrym kierowcą?
***

PS – jako ciekawostkę dodam informację, że wg psychologa transportu Andrzeja Markowskiego istnieje spora grupa ludzi, która nie posiada zdolności psychomotorycznych pozwalających na prowadzenie samochodu, zatem nie wszystkich da się wyuczyć tej umiejętności. Predyspozycje te sprawdzane są w różnych badaniach i testach, więc… może warto by było je zrobić, jako ostateczny argument za lub przeciw?I jeszcze jedna wiadomość, która może pocieszyć notorycznie oblewających – podobno ludzie inteligentniejsi mają większe problemy ze zdaniem prawa jazdy. Niższe IQ wiąże się z bardziej mechanicznym i bezkrytycznym podążaniem za poleceniami egzaminatora, podczas gdy osoby z wyższym – dokładają do poleceń własne myślenie i interpretacje, co najczęściej prowadzi do błędów na egzaminie. I choć zdają oni prawo jazdy później, potem jednak jeżdżą bezpieczniej i reagują na drodze lepiej, niż ci mniej inteligentni.

  • Podpisuję się pod tym – ja też nie ogarniam! i się boję! wiem idealnie dogłębnie odśrodkowo, podkorowo, jak tylko ..że się po prostu do tego nie nadaję. Zdając sobie z tego sprawę nie chcę być zagrożeniem dla kogokolwiek – nie wykluczając siebie.
    Po prostu jedno z moich niewielu tak bardzo świadomych NIE.

  • Jesteś moją prawojazdową siostrą <3 zrobiłam kurs, podeszłam do egzaminu po trzykroć i okazało się, że jeśli nie jedzie ze mną instruktor z dwoma pedałami pod stopami, to nie za bardzo nadaję się, żeby mnie wypuszczać gdziekolwiek samodzielnie. Więcej nie chce mi się podchodzić do tematu, bo nigdy się tak przed niczym nie stresowałam, jak przed tym gównem, nie mogłam spać po nocach, brrrr! Nawet do obrony inżynierki podeszłam na luzie (potem było gorzej). Nie czuję się na tyle odpowiedzialna.

  • jestem „szczęśliwą” posiadaczką prawa jazdy. do jego zrobienia popchnęli mnie rodzice, bo „jak pójdziesz do pracy” to przecież wiadomo, że będę musiała jeździć (nie, wcale nie wyląduję za biurkiem na długie godziny, kiedy moim głównym zajęciem będzie gapienie się w komputer). a mnie to po prostu stresuje. inne samochody, tramwaje, autobusy, karetki, rowery, łażący ludzie… za każdym razem kiedy z kimś jadę i akurat nie muszę zabawiać tej osoby rozmową dociera do mnie, jak bardzo jeżdżąc opieramy się na zaufaniu bandzie nieznanych ludzi. może i mam już paranoję, ale naprawdę – to straszne. przecież każdemu z nich w każdej chwili do głowy może strzelić idiotyczny pomysł wpadnięciu mi pod koła. ewentualnie jest na podwójnym gazie, dostał za kierownicą zawału, ataku padaczki, omdlał, zasnął… no nie, to po prostu nie dla mnie.
    z resztą, przeszłam na moich studiach niezłe pranie mózgu, więc chociaż nadal uważam samochód za niesamowitą wygodę, to jednak transport publiczny na propsie :D

    • Otóż to, też powraca do mnie ta myśl, że nawet jeśli ja wszystkiego się wyuczę i będę robić to dobrze i zgodnie z przepisami, to zawsze może trafić się jakiś idiota albo cała banda idiotów. Teoretycznie powinnam z tego powodu w ogóle nie wychodzić na ulicę, no ale jednak w samochodzie jakoś trudniej uciec ;)

      • teoretycznie zostając w domu można dostać meteorytem czy czymś… :D

        • No albo można się nadziać na swój zestaw noży kuchennych :) („Oszukać Przeznaczenie” się naoglądałam) ;)

  • Kochana, miesiące temu pisałam właśnie post dokładnie na ten temat. Absolutnie spanikowany, niechetny kierowca to zły kierowca i dlatego nie robię i nie zrobię prawa jazdy. Jestem mamą, a przez cztery lata byłam skazana na mieszkanie na zadup*** i dałam radę! Też ciągle mnie zameczaja o to prawo jazdy, a ja ciągle zadaję pytanie „czy dla czyjegoś widzimisię mam skończyć na drzewie albo jeszcze gorzej- na przechodniu”? Zapraszam też na mój post : „Wyznania niemobilnej mamy” ;)

    • O, to lecę, bo ta konieczność posiadania prawka przy dzieciach to właśnie najczęściej powtarzany argument moich kontr-rozmówców :)

      • No niestety tam kontrargumentow nie znajdziesz, bo ja osobiście nie widzę żadnego związku między byciem mobilną a byciem matką… Jeśli komuś zmianę pieluch czy bycie konsekwentnym ułatwia posiadanie prawka to z Bogiem :P. Naprawdę można być mamą i poruszać się tylko pieszo lub komunikacją publiczną ;)

  • Pamiętam ten szał w liceum. ;) Ja zrobiłam po maturze, bo bardzo chciałam, ale jednocześnie nie chciałam łączyć nauki do tego i tego. Poszłam w wakacje po maturze i zdałam w listopadzie (za drugim razem ;)). Odkąd pamiętam chciałam być kierowcą i zostałam. :) Ale fakt, nie każdy się nadaje. Co sama zauważam na ulicach…. Samo jeżdżenie, obserwacja drogi, innych to w sumie nie był dla mnie ciężki orzech do zgryzienia, raczej ruszanie (teraz wiem że sporą winę ponosiły moje buty ;)) – często mi auto gasło, i łuk (tragedia na początku :D). Szybko załapałam o co chodzi w samym prowadzeniu, choć przez kilka pierwszych miesięcy trzymałam kierownice jak koło ratunkowe. :D W rodzinie się z tego śmiali, ja teraz także. ;) Podzielność uwagi jest bardzo ważna ale też jakiś taki zmysł kierowcy. Wydaje mi się że z tym trzeba się po prostu urodzić.
    Z drugiej strony brawa dla Ciebie za to że wiesz że się nie nadajesz i nie próbujesz. Niektórzy się nie nadają a jednak jeżdżą….

  • Ja chętnie robiłam prawo jazdy, potem bez problemu jeździłam nawet po oblodzonych lub zaśnieżonych drogach. Tramwaje jednak też stresowały mnie niesamowicie, podobnie jak kilkupasmowe ronda. Trenowałam jazdę wieczorami i teraz już się nie stresuję. Jedyne, czego nigdy nie opanowałam, to koperta – mam do niej uraz i jeszcze się nie przełamałam, ale pewnie małymi krokami i do tego dojdę :) Jeśli chodzi o kwestię zasadniczą, to mam ciocię, która zrobiła prawko w wieku 70 lat – dopiero wtedy taką potrzebę odczuła, więc masz jeszcze czas :)

    • No właśnie, to mnie zawsze zastanawiało, osoby które robią prawo tak późno – czy z konieczności, czy dopiero wtedy zaczynają czuć, że MOGĄ?

      • Wydaje mi się, że dopiero wtedy poczuła potrzebę wewnętrzną, chociaż przy jej energii to może była też chęć pokazania, że da radę. Teraz próbuje namówić moją mamę, która całkowicie nie odczuwa potrzeby prawo jazdy :) Inna sprawa, że zna swoje możliwości i jak wie, że coś może sprawić jej problemy (np skomplikowane parkowanie) to prosi o pomoc :)

  • To ja już nie będę pisać posta o tym, napisałaś jakbyś siedziała w mojej głowie. Zgadzam się co do joty! jak ktoś się przypieprza i nie działają argumenty, to mówię, że stać mnie na szofera, a każda gwiazda szofera powinna mieć :D Niemąż tylko raz zapytał mnie czy kiedyś zrobię prawo jazdy. Zapytałam, czy on kiedyś nauczy się gotować. I tak sprawa została zamknięta raz na zawsze :D

  • Na samym początku prowadzenie auta mnie przerażało. Tyle rzeczy na raz od ogarnięcia naraz, tyle pedałów, a tu jeszcze trzeba patrzeć na drogę, mówić do pasażera czasami i w ogóle JAK. Prawo jazdy zrobiłam w wieku 23 lat, zdałam na 4 razem, ileż stresu się najadłam, to moje. Po prostu uznałam, że już czas na prawko.
    Jeżdżę od prawie 3 lat, pierwsze pół roku jeżdżenia z facetem to był dla niego mikro zawał. Samej mi pozwolił jechać dopiero po 2 mscach. A bo zdawałam prawko w Toruniu, a zaczęłam jeździć autem w Poznaniu. I tam tramwaje jeżdżą obok aut, w Toruniu były osobne pasy ruchu. W Poznaniu ruch o wiele większy, większe ronda, mnóstwo 3pasmówek. Jak ktoś przede mną zrobił coś głupiego, to byłam tak spanikowana, że nie wiedziałam co robić. Pamiętam jak byłam uradowana jak pierwszy raz kogoś strąbiłam, bo mi się wtrynił przed samą maskę. Teraz nawet środkowy palec potrafię pokazać;)
    Ostatnio facet mi powiedział, że można uznać, że jestem dobrym kierowcą, jeżdżę dynamicznie, raczej nie robię głupot na drodze, daje mi nawet poprowadzić swoje super-hiper-sportowe-auto. Ja się też nauczyłam w końcu parkować inaczej niż przodem, potrafię się zmieścić w każdą dziurkę. Cieszę się, że mam prawko, w zimę już nie klnę, że jest zimno i pada, a w lato nikt nie śmierdzi obok mnie. Mogłam też przeprowadzić się pod miasto, bo nie wyobrażam sobie dojeżdżać komunikacją podmiejską do Poznania.
    Uważam, że każdy może mieć prawo jazdy, ale jeżeli tego nie chce, to nic na siłę:)

    • Wychodzi na to, że sam kurs to za mało żeby nauczyć się jeździć, trzeba potem jeszcze wiele praktyki…

  • Ja chcę zrobić prawo jazdy i żałuję, że wcześniej nie dokończyłam kursu. Mam plan wybrać się w tym roku :) Boję się czasami jechać – ale cholera, chcę naprawdę być niezależna. Ty mieszkasz w Wrocławiu, więc możesz wskoczyć w autobus/tramwaj, na wsi takich luksusów nie mam. Nie mam też ochoty żeby ktoś mnie zawsze woził, po prostu chcę sama sobie pojechać na zakupy czy do koleżanki, bez proszenia kogoś. Poza tym wiele było sytuacji, kiedy przydałby się ktoś dodatkowy z prawkiem (coś się np. stało i trzeba jechać do szpitala, a potem wrócić po coś do domu…) i myślę, że prawko warto mieć. Myślę, że małymi kroczkami każdy może sobie poradzić na drodze, nikt nie każe jechać od razu do centrum i wymijać tramwaje, ale z czasem można i to robić :)

    • Gorzej jak się mieszka w takim miejscu, że tych tramwajów naprawdę trudno uniknąć :) Pierwsze małe rondo mam 100 m od osiedla, a tramwaje czyhają 200 m dalej ;)
      Myślę, że gdybym mieszkała na wsi, nawet u siebie w rodzinnej, która i tak jest dość rozwinięta, czułabym większe parcie do prawka, bo to rzeczywiście czasami jest bardzo ograniczające, zwłaszcza jak np. coś nocą się nagłego stanie. Tutaj teoretycznie zawsze jakieś wyjście jest i nie trzeba nawet bardzo polegać na czyjejś dobrej woli, tylko zwyczajnie zapłacić za transport.

      • Właśnie, dużo zależy od miejsca zamieszkania :) U mnie na wsi chyba prawie niemożliwe jest życie bez prawda, bo nawet do pracy nie miałoby się jak dojechać.

  • Tak bardzo cię rozumiem!!! <3

    Mamy dziecko, nie mamy oboje prawa jazdy. Jeździmy rowerami (ostatnio z córką w przyczepce), komunikacją miejską, pociągami. Chyba oboje się do prowadzenia nie nadajemy, ja nawet nie próbowałam robić prawka, bo boję się wypadków samochodowych, mam zerową orientację w terenie i wiem, że bym tego wszystkiego, o czym mówisz nie ogarnęła. Po prostu wiem. Stresuję się nawet jako pasażer, o kierowaniu nawet nie myślę, bo to jakaś abstrakcja. Brak samochodu to świetna oszczędność, nie lecą nam pieniądze na benzynę, przeglądy, naprawy… Więcej się ruszasz, chodzisz, bo nie zawsze przystanek jest pod miejscem docelowym. Czasem nie opłaca się jechać, lepiej się przejść. Zresztą poruszasz się komunikacją, to wiesz. Moi rodzice jeżdżą nawet niecały kilometr do kościoła czy sklepu, starają się zaparkować jak najbliżej wejścia do marketu, a jak się nie da i trzeba się kawałek przejść, to ojeeej, trzeba iść. A potem wsiadają na rower albo chodzą z kijkami, nabijając kolejne kilometry, które mogliby przejść użytkowo, jadąc tym rowerem na zakupy :))) No właśnie, ja jestem zwolenniczką ruszania się użytkowego – jechać gdzieś w jakimś celu, rąbać drwa, latać na mopie, cokolwiek :D a nie jeżdżenia samochodem na fitness, żeby się poruszać. O, ten obrazek dobrze oddaje to co mam na myśli: http://www.wordsoverpixels.com/images/4a4aaf024e95ad69e3e2179407f835d0.jpg Ale trochę odbiegłam od tematu chyba.

    Mam taką teorię, że jeśli mieszka się w mieście, to samochód jest absolutnie zbędny. Gorzej na zadupiu, gdzie ostatni autobus do miasta 30 km dalej jedzie o 19, a powrotny ostatni jest o 22 (i to naprawdę jest optymistyczna wersja), wtedy bez prawa jazdy czułabym się uwiązana (mówię o sytuacji, kiedy ma się małe dziecko, bo samemu wszystko się da ogarnąć). Na wsi trzeba mieć samochód.

    I naprawdę słyszysz takie przytyki? Smutne. Bo jeśli ktoś się świadomie wyłamuje z mainstreamu, to już się na niego krzywo patrzy. Ja mówiłam zawsze, że nie potrzebuję prawka, nie będę jeździć, nie chcę i koniec.

    • Obrazek bardzo trafny! :D

      A jeśli oboje nie macie prawka i w dodatku macie dziecko a dajecie radę, to jesteście dla mnie naprawdę mocnym argument że się DA :)

  • g.

    O proszę, to zaskakujące, że wszyscy tak wmuszają Ci to prawo jazdy. Ja należę do tych, co bardzo chcieli zdobyć prawo jazdy szybko – na szczęście dzięki rodzicom dostałam upragnione prawo jazdy oraz samochód – stary, rozklekotany, ledwo rok młodszy ode mnie, ale jeździ! Lubię prowadzić, nie wyobrażam sobie, że zajmuję kiedyś „miejsce żony” – czyli z przodu po prawej stronie… Ja wolę po lewej :) Kiedy o tym mówię, część z moich znajomych, a nawet jeden z byłych chłopaków wręcz nie potrafią zrozumieć, dlaczego baba się tak rządzi, kiedy powinna być tylko grzeczną pasażerką swojego męża… To był również jeden z powodów, dlaczego zostawił mnie konserwatywny poglądowo chłopak. Co do ogarnięcia wszystkich złożonych czynności w trakcie prowadzenia, mnie też to przerażało… Najbardziej bałam się wyprzedzania – toż to prawie jak wystawianie się na śmierć :D Jednak wszystkiego można się nauczyć, ale żeby się nauczyć, trzeba CHCIEĆ. Jak się nie chce, to kurs prawa jazdy oraz wszelkie rzeczy z tym związane, również wszelkie pomyłki w trakcie kursu oraz po wydaniu prawa jazdy będą jak katorga i raczej będą zniechęcać. Prawda jest taka, że jeszcze długo po zrobieniu kursu oraz prawa jazdy człowiek uczy się jeździć, przecież nie wszystkie rodzaje skrzyżowań są tam, gdzie się uczymy. Ile razy komuś zajechałam, wjechałam nie tam, wlekłam się po lewym pasie, ile razy nie umiałam zmienić pasa… To moje. Dla mnie to zbieranie doświadczenia, dla Ciebie pewnie kolejne niewypały potwierdzające, że nienawidzisz tego robić. Wszystko zależy od punktu widzenia :) Znowu napisałam Ci esej w komentarzu, wybacz, ale jesteś jedyną blogerką, której mam ochotę komentować i niemal zwierzać się jak koleżance – co za prawdziwa magia internetów!

  • Muszę przyznać, że ciekawy temat wybrałaś i chętnie się w nim wypowiem. Byłam świadkiem jak w LO niektórzy chcieli mieć prawo jazdy, oczywiście bardziej dla szpanu niż z autentycznego zamiłowania do samochodów, niektórych rzeczywiście wypychali rodzice – sama już nie wiem, co gorsze. Ale mniejsza. Generalnie w życiu kieruję się myślą, że do wszystkiego trzeba być gotowym i nie robić nic na siłę. Ja w wieku licealnym absolutnie nie czułam się gotowa i miałam chyba nawet podobne obawy co Ty, ale… Zawsze lubiłam jeździć samochodem jako pasażer, moi rodzice mają prawo jazdy, poruszają się właściwie tylko i wyłącznie samochodami. Byłam przyzwyczajona do poruszania się tym typem transportu. Poniekąd zazdrościłam rówieśnikom, że jeżdżą, ale nie chciałam robić nic na siłę, moi rodzice na szczęście też nigdy do niczego w życiu mnie nie zmuszali. Chęć do zrobienia prawa jazdy przyszła do mnie na pograniczu pierwszego i drugiego roku studiów. Czułam to po prostu całą sobą i wtedy zdecydowałam się zapisać na kurs. I poszło prawie gładko – teoria zdana za pierwszym razem (chociaż jeszcze wtedy wszystkie pytania były jawne, więc mimo wszystko było łatwiej. Tak czy inaczej, nie uważam, aby dobrym pomysłem było wtedy uczenie się pytań na pamięć, no ale to już innych sprawa), praktyka za drugim, bo za pierwszym po prostu jechałam sobie przez plac manewrowy na ręcznym, pikało mi światełko, był sygnał, a ja w najlepsze sobie jadę po łuku i nie wiem o co chodzi. Drugi praktyczny był dla mnie trochę hardcorem – wieczorem, w śniegu i mgle, trwał dokładnie 50 minut, ale zdałam. I od tamtej pory chociaż rodzice, zwłaszcza tata, tonowali mnie, że „warunki do jazdy nie takie, za daleko bla bla”, ja chciałam się w tej jeździe „rozwijać”. Teraz poruszam się po Warszawie bez większych trudności, prawko mam już prawie 5 lat. Nie powiem, że niektóre sytuacje na drodze mnie nie stresują, bo chyba nigdy tak nie jest. No a z zaparkowaniem często też jest problem. Ale wszystko to wymaga ćwiczeń, z czasem nabiera się wprawy i nawet to paskudne równoległe parkowanie wychodzi za pierwszym razem. Podsumowując, myślę że nic na siłę, jeśli ktoś chce i czuje to, to niech robi prawko. Jeśli nie, to nie. Ja jeździć kocham, kocham moją „Suzi” (czyt. Suzuki, jeszcze nie pogięło mnie do tego stopnia, żeby wymyślać jakieś imiona dla samochodów) i najchętniej to startowałabym w jakiś rajdach, pokazach itp. Ale na to mam czas :)
    A co do istnienia osób, które nie powinny siadać za kierownicę… Bez urazy dla nikogo, ale moim zdaniem takie osoby istnieją i niestety, ale najczęściej są to kobiety. Chociaż oczywiście nie zawsze ;)
    A z tym IQ, to się uśmiałam :P bo najczęściej byłam świadkiem zdawania po 6-9 razy osób, które inteligencją nie grzeszyły :P

    • Kurcze, chyba takie wewnętrzne poczucie że naprawdę się tego chce albo że jest to bardzo potrzebne to podstawa. Ja za cholerę nic takiego nie mogę z siebie wydobyć.

      Co do IQ – ja tam nie wiem, przytaczam słowa psychologa, co by nie mówić o takich osobach które zdają wiele razy, pomijając inteligencję lub jej brak, na pewno są wytrwałe :)

  • Ja zdałam prawko rok po liceum, gdyż miałam kilka podejść, a pomiędzy nimi miesiące czekania. Szczerze? Egzamin na prawko to była jedna z najbardziej stresujących sytuacji w moim życiu. Korupcja w WORDach i świadomość, że nie potrafiąc jeździć (bo po samych jazdach gówno umiesz, taka prawda) musisz wybrnąć jakoś z tej sytuacji, w której egzaminator liczy na Twój najmniejszy błąd (bo dostaje kasę za każdy egzamin) sprawiała, że płakałam przy każdym podejściu, a nowa data egzaminu spędzała mi sen z powiek. Matura i sesja to przy tym pikuś!
    Było to 6 lat temu, wiem że teraz są trochę inne przepisy odnośnie egzaminów na prawko, ale nie wiem jakie. Z perspektywy czasu wiem, że aby zostać dobrym kierowcą potrzeba czasu. Ja też potrafię się nieźle zestresować na drodze (wariatów nie brak), ale jednocześnie miałam kilka sytuacji, w których okazało się, że potrafię zachować zimną krew i trzeźwe myślenie – o to bym siebie w życiu nie podejrzewała.
    A i tak – cokolwiek wybierzesz, będzie ok :) Mniej kierowców to mniej zanieczyszczeń środowiska (dajcie mi auto elektryczne :D), mniej wypadków i mniej korków na drogach. Poza tym samochód rozleniwia jak cholera, sama zauważyłam, że jak zaczęłam wozić dupę autem to nagle zaczęła mi jakoś magicznie rosnąć… :P

  • Jakbym czytała o sobie! Do tego też mieszkam we Wrocławiu, więc przybijam wirtualną piątkę :) Poza tym mam też inne powody. (Głupio mi się zbierać na takie zwierzenia online, ale skoro już zaczęłam…) Gdy byłam w liceum, moja koleżanka i jej mama zginęły w wypadku samochodowym. Jeszcze przed tym wydarzeniem zmagałam się z nerwicą. Moje problemy nerwicowe nadal się odzywają, ogólnie jestem w stanie funkcjonować bez problemów w większości sytuacji, ale akurat myśl o prowadzeniu samochodu budzi we mnie panikę (czuję, że będę nieudolnym kierowcą i mogę zrobić komuś krzywdę). Mam ogromną nadzieję kiedyś to przezwyciężyć i zrobić prawo jazdy, bo to fajna i przydatna sprawa, ale jeszcze nie teraz. Potrzebuję czasu, żeby uporać się ze sobą. Póki co śmigam do uczniów po całym mieście komunikacją miejską i nie jest tak źle, mam dzięki temu zawsze czas na poczytanie książki ;) Pozdrawiam.

  • Marta Maksylewicz

    Od dziecka lubiłam podróżować samochodem w roli pasażera. Najpierw, wiadomka, tylne siedzenie. Potem w ramach społecznego awansu, gdy jechałam tylko z jednym rodzicem, siadałam na przednim. W mieście, jak to w mieście, prędkości nabrać nie ma jak, a poza tym pokonywane przez nas odległości były małe. Hardcore rozpoczął się wtedy, gdy znalazłam się z przodu na drodze szybkiego ruchu…
    „MAMOOO, UWAŻAJ! ZARAZ ZDERZYMY SIĘ Z TYM TIREM!!!” podczas, gdy mama normalnie trzymała się swojego pasa.
    „MAMO, JAK MOGŁAŚ ROZPOCZĄĆ WYPRZEDZANIE! BYŁO TAK BLISKO!!” podczas, gdy mama wykonała manewr szybko i poprawnie.
    Lepiej nie będę przytaczać tekstów wykrzywiwanych przeze mnie podczas parkowania… :)
    No i legendarna już kwestia zmiany biegów, wciskania hamulca czy tam innego sprzęgła… Ktoś w ogóle odróżnia jedno od drugiego? Aaa sorry, jest jeszcze nawet coś trzeciego!
    Wiedziałam to na pewno. Nigdy nie będę kierowcą.
    Życie jednak bywa bardzo przewrotne. Czasem aż za bardzo…
    Wyprowadziliśmy się za miasto, w dodatku rozpoczęłam studia. I choć do administracyjnej granicy Wrocławia miałam może 2 km to jednak okazało się to na tyle dużo, że powstał problem bycia w różnych miejscach i o różnych porach. A życie towarzyskie kiedy, jak nie wtedy?!
    Chcąc nie chcąc, zapisałam się na kurs.
    Nie chciałam wyjść na kretynkę, dlatego poprosiłam tatę o lekcję praktyczną, zanim zbłaźnie się przed instruktorką. Tato chyba bardzo chciał wierzyć w to, ze jabłko pada niedaleko od jabłoni, więc uznał, że prowadzenie samochodu będę miała w genach. Pojechaliśmy w miejsce, gdzie było całkiem spory plac. W dodatku pusty. Tato pokazywał, co i jak. I nawet udało mi się ruszyć! Zachwycony ojciec, kazał mi trochę zwiększyć prędkość i pokonywaną odległość. No to pach, jedzie….my. Ups… „Tato, co to było?”. Jeden jedyny kamień. Pieprzony kamień na środku tego placu. I ja musiałam w niego zaryć i zerwać zderzak…
    Mimo kiepskiego początku, kurs zakończyłam z uśmiechem na twarzy i chęcią jeżdżenia samochodem. Zdałam co prawda za czwartym razem, ale to już inny temat.
    Przez cały okres mieszkania poza miastem cierpiałam już tylko z innego powodu – nigdy nie mogłam się napić ;) Karmi lało się litrami! Poza tą małą niedogodnością, naprawdę cieszę się, że zdecydowałam się na kurs. Samochód dał mi dużą swobodę i niezależność. Lepiej przecież być na imprezie i napić się Karmi niż siedzieć w domu i pić do lustra Finlandię ;P
    Obecnie znowu mieszkam w mieście i w zasadzie samochodu nie używam. Staram się chodzić wszędzie na piechotę. Jeśli się spieszę lub pogoda nie dopisuje to korzystam z komunikacji miejskiej. Auta używam, gdy wyjeżdżam poza miasto lub na większe zakupy (Ikeła <3).

    Króliczku, przepraszam za ten esej, ale chciałam tylko pokazać, że pewne rzeczy tylko z pozoru wydają się skomplikowane. Myślę, że niejeden początkujący student medycyny bał się wykonywania operacji, bo przecież co będzie, kiedy zrobi jakieś za duże nacięcie i pacjent mu zejdzie na stole :) Te obawy świadczą tylko o tym, że jesteśmy świadomi ciążącej na nas odpowiedzialności za życie i zdrowie nasze i innych.

    A propos tych testów na zdolność psychomotoryczną. Wg mnie jest to karygodne, że się ich nie robi. Przynajmniej mi nikt nie robił…

    • Ależ nie przepraszaj za esej, o to mi właśnie chodziło żeby poznać Wasze zdanie i Wasze historie, więc dziękuję że Ty też swoją chciałaś się podzielić :)

      • Marta Maksylewicz

        Cieszę się :)
        Chciałam Ci jeszcze napisać, że osobiście nie rozumiem tych wszystkich nacisków, żeby to prawko koniecznie robić (nie liczy się tylko w kwesti mojego męża, który prawka nie robi z lenistwa;p). Ciekawe, jakby reagowały te osoby, gdybyś zaczęła im wmawiać, że np. intensywny kurs węgierskiego jest czymś, czego potrzebują w tej chwili najbardziej na świecie :D

  • Tak naprawdę wszystko co napisałaś to są rzeczy, których się można nauczyć, nawet to ogarnianie jednocześnie tramwaju z tyłu, roweru z przodu i całej tej maszynerii i nie popadanie przy tym w chaos:) Ale jeżeli się nie chce tego przezwyciężać to po co? Nie każdy musi mieć prawo jazdy, tak samo jak nie każdy musi mieć karierę w korpo, pakiet cyfrowej tv, kartę na siłownię, dyplom wyższej uczelni itd. Ja poszłam na kurs pomimo strachu, bo chciałam, strach po drodze zniknął, ale przejeździłam już z 50 godzin i dalej nie umiem jeździć, robię głupie błędy i jestem totalną blondyną. Może kiedyś się nauczę, a na razie mam szofera, nawet na długich trasach. Z tego co czytam wynika z tego, że jestem jednocześnie egoistką i zależną kobietą, no i taka jestem mało ambitna (przynajmniej za to bardzo inteligentna – chyba za bardzo), cóż, obym miała same takie problemy jak to co ktoś o mnie powie :) Fakt, że ciężko by mi było teraz funkcjonować zupełnie bez samochodu, ale nie spędza mi to snu z powiek. A jak mi się kiedyś dziecko rozchoruje, facet zaniemoże, a autobusy w całym mieście się rozkraczą, to bez prawka wsiądę i je zawiozę, choć zdecydowanie częściej samochód się psuje, niż taksówki nie przyjeżdżają:)

  • Powiem Ci jak było ze mną. Ja paliłam się do zrobienia prawka ale w sumie tylko dlatego, że tak u mnie w domu było. Wszyscy byli kierowcami i nie powiem zajebistymi kierowcami. Rajdy, wyścigi, szmery bajery normalnie śmietanka w świecie motoryzacji. No i ja ! Mała dziewczynka zupełnie przerażona i totalnie nieporadna. Trafiłam na jazdy i nie powiem Ci, że wsiadłam do auta i było lepiej… nie było gorzej. Musiałam walczyć ze sobą aby skończyć kurs, przed egzaminem prawie porzygałam się ze strachu. Prawo jazdy dostałam i nadal się bałam. Bałam się dużych skrzyżowań, nie umiałam ogarnąć w aucie niczego na raz i w ogóle byłam BEZNADZIEJNA !!! Mój ojciec powiedział mi kiedyś w żartach, że rozważał zrobienie testów na ojcostwo ;) tak przerażonym i beznadziejnym kierowcą byłam.
    Nie poddałam się i pomimo paraliżującego strachu jeździłam dalej. Każda podróż kosztowała mnie bardzo wiele. Nie ogarniałam pojazdu, aż przyszedł ten moment kiedy prowadzenie stało się tak naturalne niczym chodzenie do toalety. Teraz jestem w stanie pić kawę, depilować nogi, tuszować rzęsy i przejechać przez skrzyżowanie z tramwajami, rowerzystami i nie zrobi to na mnie wrażenia. Teraz walczę z rowerem i zawsze kiedy jestem bliska poddania się przypominam sobie jak to było z moim prawkiem. Mnie to zajęło bardzo długo ale udało się. Możesz też mówić co chcesz ale w mojej ocenie bez auta człowiek jest zawsze w jakiś sposób ubezwłasnowolniony. Polecam przynajmniej spróbować, bo warto.

    • Zawsze podziwiałam te kobiety które beztrosko się malują w samochodach ;)

      • da radę zrobić cały makijaż ale ja tego nie praktykuję ;) Znam facetów, którzy się golą w aucie ;)

  • Ja nie mam, nie tęsknię i nie uważam się z tego powodu za kalekę. Fakt, próbowałam. Ale przez swoje rozkojarzenie myliłam pedały, zapominałam zmieniać biegi itd itd.. Jak ja rnarn wtapiać swoja kasę i się jeszcze przez to stresować, to wole już być egoistką i mieć święty spokój. :p W nosie marn czyjeś opinie, to mi w ogóle nie przeszkadza, nie wszystko muszę mieć to co inni :)

    • Ach no właśnie to rozkojarzenie… najgorsza przeszkoda.
      Gdyby jeszcze egzaminy i kursy były tańsze, to można by sobie tak próbować w nieskończoność. W USA egzamin kosztuje np. 30 $, nie ma konieczności wykupowania wcześniej jazd.

  • Podobnie jak Ty – nie ogarniam. Parkowanie to dla mnie abstrkacja. Jak takim wielkim czymś można wcisnąć się w taką mała szczelinkę i nie pourywać ludziom lusterek? No jak!? O dziwo – wszystkim to jakoś wychodzi.
    Kiedyś zdradziłam koleżance moje odczucia co do tych dziwnych, niezrozumiałych maszyn. Powiedziała, że ona też nie potrafi, ale przez 90% jazdy po prostu stoi w rzędzie aut i robi to co inni. Napawa mnie to zarówno strachem (ile takich jeszcze jeździ po drogach) jak i dozą optymizmu, że pewnie i mi udałoby się tak przemknąć niepostrzeżenie przez pół miasta nie zdradzając się ze swoim nieogarnięciem :P

    • Jejku, to rzeczywiście jest trochę przerażające. Wyobrażam sobie taki sznur samochodów, w którym jedni oglądają się na drugich żeby zobaczyć co mają zrobić…

  • paulette

    Trafiłaś z tematem, po raz trzeci bede podchodzić do tematu, z trzecim instruktorem już :D zawsze zarzekałam się że nie zrobię prawka bo się nie nadaje, potem coś mnie pokusiło i wkręciłam sie :) po nieudanym egzaminie trochę zniechęciłam, ale dopiero za drugim zawalonym podejściem poważnie się załamałam i odpuściłam. Po 3 miesiącach z poleconym instruktorem zaczynam w przyszłym tygodniu jazdy i nie wiem jak zareaguje na kolejny egzamin, nie chcę o tym myśleć narazie… Ale jeździć lubię, tylko ten stres na egzaminie :(

  • Ja mam prawo jazdy od 5 lat i nie wyobrażam sobie go (i samochodu) nie mieć.
    Po pierwsze – uwielbiam, kocham prowadzić! Ściganie się z innymi kierowcami, którzy mają gorszy dzień sprawia mi wręcz fizyczną przyjemność (oczywiście w granicach rozsądku i bezpieczeństwa! nie jestem piratem!)
    Po drugie – samochód to moja „odskocznia” – miejsce, gdzie śpiewam pet shop boys (i nie tylko) do zdarcia gardła, „tańczę” stojąc w korkach, gdzie wisi mój uspokajający zapach yankee, gdzie nikt nie mówi mi absolutnie co i jak mam robić, gdzie mogę spokojnie pomyśleć, nawet odpocząć, czasem oszczędzić czas (tak, malowanie się w samochodzie i suszenie włosów już mam opanowane).
    Po trzecie – czasem bez samochodu sobie nie wyobrażam funkcjonowania. Kwestia kryzysu gdzieś – wsiadam w samochód i 15 minut jestem na miejscu. Kolejna sytuacja, która szczególnie zapadła mi w pamięć, to gdy mój pieseł chorował i czasem dwa razy w tyg musiałam odwiedzić oddalonego o 10 km weterynarza. Na taksówki wydałabym majątek, komunikacją miejską z dużym, chorym psem w wielkim kołnierzu sobie nie wyobrażam!
    Po czwarte – kocham być niezależna. I mimo, że wiem, że jadąc pociągiem do Wa-wy wyszłoby mnie to jakieś 3 razy taniej, mogłabym w trakcie podróży poczytać, pograć, posłuchać itd, ale ja i tak wolę jechać samochodem. Wsiadam u siebie, wysiadam u siebie. Mogę jechać w dresie i wyglądać jak straszydło, bo jadę swoim samochodem i żądna etykieta mnie nie musi obowiązywać. Pakuję co chcę i ile chcę i zabieram. Nie mam problemu z miejscem siedzącym, bo jako kierowca zawsze je mam. W ogóle nie mam problemu z miejscem. Ani z opóźnieniami. A jak już przy opóźnieniach jesteśmy, to czasem jak samochód mi się popsuje, albo dobra impreza była.to jestem zmuszona pojechać gdzieś MPK, no i wystarczy jeden dzień, by się zorientować, że to bardzo zły pomysł. Nic absolutnie nie jeździ o czasie, pół łodzi rozkopane (a jak nie rozkopane, to im się kamienice walą), część linii zdjętych, inne jeżdżą tak, że do ścisłego centrum trzeba jechać z przesiadkami (a ja też mieszkam w centrum). Kierowcy stają czasem tak inteligentnie, ż tramwaj nie może przejechać i wszystko stoi i…. no nie!!! Nawet jak mam kilka ładnych km do domu (do 5) to wolę iść na piechotę (oczywiście jak baletki, czy trampki na nogach), bo wyjdzie mnie to taniej, zdrowiej, mniej nerwowo i co najważniejsze – szybciej!
    Ja to tak już mam, że jak nie piszę, to nie piszę, a jak się rozpiszę to o! :)
    buziaki:*

    • i wiem, że to nie do końca to, o co prosiłaś, ale ja nie rozumiem do końca ludzi, którzy się boją prowadzić samochód… nie do końca też rozumiem ludzi, których to w ogóle nie kręci (moja mama, moja siostra)… ale ludzie też nie rozumieją moich fobii (np. przed robalami) i pytają szyderczo jak można bać się biedronki?!? otóż można, tak samo jak się okazuje prowadzić samochód – nie rozumiem, ale szanuję, przykro mi, że tak jest, i że nie potrafię pomóc:( A odpowiadając na pytanie, to nie każdy musi mieć prawo jazdy, wręcz uważam, że nie każdy powinien. To tak samo jak ze śpiewaniem publicznie – każdy może ale nie każdy powinien:)

      • Fajne jest to, że chociaż sama prowadzisz i to lubisz, to jednak potrafisz zrozumieć, że niektórzy mają inaczej – wydawałoby się, że każdy powinien, no ale jak widzisz jednak dla wielu jest to nadal problem :)

  • gab

    Jeździłam autem od 16 roku życia, prawko zdałam za pierwszym razem a teraz gdy mijają 3 lata coraz bardziej się boje bo w jednym miesiącu załatwiłam 2 auta razy dwa ;d

  • Też prawka nie mam. Kiedyś z przekory, bo jak to tak można robić wszystko tylko dlatego, że robią to wszyscy. Dziś, po 6 latach, mówię sobie, że ok, może kiedyś je zrobię, ale wtedy gdy będę miała samochód, bo też znam siebie i wiem, że bez codziennej praktyki po czasie zapomnę jak to robić :P Zresztą często mylę lewą z prawą i jakoś nie widzę siebie jako kierowcy (jak mówię o tym ludziom, to zawsze dziwnie się na mnie patrzą, jak można mylić coś takiego, przecież to łatwe). Poza tym, od robienia prawka w wieku 18 lat skutecznie mnie zniechęcała powszechna korupcja :/ Nie lubię karmić prostactwa, więc nie miałam nigdy zamiaru płacić za dodatkowe egzaminy, których nie zdałam „dla zasady”.

    • Ja tam doskonale rozumiem, że można mylić lewą z prawą. Teraz już mi przeszło, ale czasami nooo… dłużej się zawahałam ;)

  • oczywiście, że nie każdy musi mieć prawo jazdy. tak samo jak nie każdy musi mieć dzieci, studia czy znać język angielski. lepiej mieć niż nie mieć (przynajmniej w przypadku studiów i języków), ale nie każdemu realnie jest potrzebne. a nawet jak byłoby przydatne to bez również można sobie jakoś poradzić.

    ja nie mam prawka, bo też nie ogarniam. i bardzo się boję. nawet jazda rowerem po ulicy jest dla mnie mega stresująca ;) i z jednej strony chciałabym mieć prawo jazdy. chociaż i tak pewnie nie chciałabym jeździć. ale tak papierek dla samej satysfakcji. no bo przecież lepiej umieć więcej niż mniej. ale jakoś nie mogę się zabrać, bo fakt że nie wydaje mi się żebym lubiła prowadzić i perspektywa bycia kierowcą na zawołanie dla wszystkich których trzeba ratować jest jakoś tak średnio motywująca.

  • Kobieto, jak ja Ci dziękuję za ten wpis! Też nie mam prawa jazdy – owszem, poszłam na kurs. A dlaczego? Bo WSZYSCY szli, bo rodzice kazali i wypychali, bo przecież taki papierek zawsze się może przydać. Kurs skonczyłam, ale czułam się bardzo niepewnie na drodze, nie zdałam kilka razy i się poddałam. Uważam tak samo jak Ty, że nie nadaje się do tego. Mogę sobie jechać po prostej drodze bez innych samochodów, albo z kimś obok, kto będzie mi mówił co mam w danej chwili zrobić, ale sama? Nie ogarniam. I gdy widze kierowców, którzy nie potrafią się poruszać po drodze, parkując zajmują trzy miejsca i jadą na oślep, to cieszę się, że sama prawa jazdy nie mam, bo wiem, że byłabym zagrożeniem dla siebie i dla innych. I nie mam problemu z tym, że wozi mnie chłopak, brat, albo po prostu jadę autobusem.
    Pozdrawiam :)

  • Mam 25 lat. Nie mam prawka. Mam podobne do Twojego stanowisko w sprawie i podobne obawy ;)

  • Byłam chyba jedną z pierwszych osób w klasie, które poszły na kurs. W warunkach małego miasta i koleżanek rozsianych po okolicznych wioskach, samochód był jedynym sposobem na spotkanie się poza szkołą (autobusem można było do koleżanki pojechać, ale nie było już jak wrócić). Dzięki prawku mogło się skończyć wieczne „tatooo, a zawieziesz…”.
    W mieście życie bez samochodu jest już prostsze, o ile mieszka się w bliskim sąsiedztwie komunikacji miejskiej. Gorzej mają ci, którzy ulegli urokowi przedmieść, tam nierzadko komunikacja miejska jest fatalna i samochód to jedyna opcja na dostanie się gdziekolwiek. Przynajmniej przy obecnych stawkach taksówek. Był niedawno ciekawy artykuł na temat takiej właśnie izolacji, gdzie przedmieścia wymuszają posiadanie nawet kilku samochodów w rodzinie i jak źle to wpływa na funkcjonowanie miasta i ludzi. Powinni pisać takie częściej, kiedy wszyscy zakładają, że jeździ się samochodem, pozostałym mocno utrudnia się życie.
    Mam prawko, cieszę się, że je mam, choć prowadzę rzadko, nie raz bardzo się przydało. Dobrze pamiętam sytuację, kiedy tata potrzebował jazdy do szpitala i z 3 pełnoletnich osób tylko ja (po półrocznej przerwie od kierownicy) byłam w stanie go zawieźć. Strach o tatę skutecznie wywiał mi z głowy strach „ratunku, jaksiętorobiło”.
    Ale czy prawo jazdy to konieczność? Nic na siłę. Szczególnie, jeśli ma być źródłem stresu. O ile teraz bez prawka masz niepodważalny argument że nie możesz prowadzić, to pomyśl o komentarzach, które usłyszałabyś mając prawko i nie chcąc/bojąc się go użyć :)

    • A to fakt z tymi przedmieściami i wieloma samochodami. Niezbyt to ekologiczne.
      Pamiętam rodzinę koleżanki, trzy pokolenia, każdy miał samochód, mama swój, tata swój, koleżanka kolejny i babcia z dziadkiem po jednym. Wiecznie był problem żeby je odpowiednio ustawić wokół bramy i na podwórku :)

  • Mam prawko od 11 lat. Po zdaniu egzaminu nie jeździłam w ogóle, bo nie miałam czym (nie mieliśmy auta w rodzinnym domu). Po przeprowadzce do Wrocławia, jeździłam bardzo okazjonalnie, raczej w zastępstwie kogoś, kto zaniemógł na imprezie. Odkąd jestem z moim P. jeżdżę bardzo rzadko, kiedy faktycznie muszę. Nie czuję się pewnie, bo nie miałam nieprzerwanej styczności z jazdą, brakuje mi wyrobienia, obycia, nawyków, etc. Choć reakcji mąż mi zazdrości. :D Nie lubię wrocławskiego ścisku i nawet jako pasażer używam tylu epitetów, że za kierownicą włączyłby mi się od razu turbo agresor. Poza tym czuję się bezpieczniej, gdy mój mąż prowadzi. Jeśli nie muszę, to za kółko nie wsiadam, chociaż nocą lubię sobie pojeździć, jak jest pusto. ;) Uważam, że jeśli tego zupełnie nie czujesz, to raczej nie ma sensu na siłę się w to pchać. Ważna jest świadomość tego, czy podołamy, czy nie będziemy stanowić zagrożenia dla siebie i innych użytkowników drogi.

  • Ja również prawka nie mam. Z tych samych powodów. A to ciągłe naciskanie z każdej strony że prawko powinien mieć każdy dodatkowo mnie zniechęca. Tym bardziej, ze wiem, jak boję się jeździć – nawet jako pasażer paraliżuje mnie strach gdy jedziemy i przed nami wyrasta samochód, albo gdy ktoś wyprzedza na trzeciego, a najgorszy koszmar kiedy mijamy takie duże samochody z drzewem :|

  • Oj, znam ten strach! Poszłam na prawko mając ledwo skończoną osiemnastkę. Na kursie prowadziło mi się auto całkiem dobrze. Czułam się bezpiecznie, bo instruktor siedział obok i w razie czego uratuje mnie, gdy stanę na środku skrzyżowania, czy zahamuje jak czegoś nie zobaczę. Egzamin zdałam bez większych problemów, ale jako nastolatka, a potem studentka byłam kierowcą okazjonalnym – robiłam za szofera u cioci na imieninach, czasem poprowadziłam auto do kościoła, czy na zakupy. Praktycznie zawsze obok mnie siedział doświadczony kierowca, więc w aucie czułam się pewnie. Im dłużej nie jeździłam, tym bardziej bałam się jeździć. Jadąc nawet jakąś podrzędną uliczką miałam wrażenie, że tyle się na niej dzieje, że nie jestem w stanie ogarnąć wszystkiego – przechodzący ludzie, wybiegające psy, wyjeżdżające z parkingu auta, skręcające samochody, światła, skrzyżowania….A do tego jeszcze pilnowanie biegów, hamulca i sprzęgła. W między czasie miałam wypadek jako pasażer – poślizg, dachowanie, nic fajnego.
    Siadania za kółkiem zaczęłam unikać jak ognia. Gdy ktoś powiedział, że mam prowadzić znalazłam 100 argumentów na to, że to nie jest dobry pomysł. Bałam się wszystkiego, że samochód się zepsuje, że czegoś nie zobaczę, w porę nie zahamuję, stanę na środku skrzyżowania, ktoś we mnie wjedzie, kogoś potrącę…Milion myśli na samo hasło „ty prowadzisz”. Im bardziej ktoś naciskał, tym bardziej ja mówiłam spanikowane NIE.

    I pewnie nic w tej kwestii by się nie zmieniło, a prawko leżałoby dalej w szufladzie, gdyby nie to, że praca wymaga ode mnie raz na jakiś czas pojechania gdzieś służbowo (i nie zawsze się da dojechać tam transportem publicznym), a do tego autobusy, nigdy nie przyjeżdżały punktualnie, przez co zawsze się spóźniałam do pracy.
    Wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała wsiąść za kółko i spróbować. Czułam, że strach mnie blokuje i nie czułam się z tym dobrze. Przezwyciężenie go nie było łatwe i zajęło mi naprawdę sporo – w sierpniu minie rok ;)

    Po jakimś czasie jakoś radziłam sobie z jazdą mając obok kogoś zaufanego, ale nadal bałam się wsiąść do auta sama. Co śmieszniejsze każdy mówił, że jeżdżę dobrze i nie rozumie czego się tak boję. Nie miałam problemów z „obsługą” auta, a na drodze byłam skupiona chyba najbardziej ze wszystkich kierowców :D Mimo tego, przed pierwszym samodzielnym wyjazdem do pracy (zawrotna odległość 4 km) nie spałam pół nocy. A po dojechaniu na miejsce ręce trzęsły mi się jeszcze przez kolejne 2 godziny ;) Na szczęście z każdą kolejną jazdą strach był coraz mniejszy, aż w końcu dojazdy do pracy stały się dla mnie rutyną. Nadal boję się skomplikowanych skrzyżowań w centrum i tam jeszcze się nie zapuszczam, ale patrząc jaki zrobiłam postęp jestem z siebie naprawdę dumna. Przede mną jeszcze długa droga, ale już teraz wiem, że da się ten strach pokonać.
    Zdaję sobie sprawę, że prowadzenia auta nigdy nie pokocham, jazda nie będzie dla mnie odskocznią i odpoczynkiem i jeśli będę miała wybór to będę zajmowała miejsce pasażera, ale wiem też, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to mogę wsiąść i pojechać gdzie potrzebuję. Prowadzenie auta to tylko kwestia praktyki, reszta siedzi w głowie :)

    • Czyli Twoja historia po raz kolejny potwierdza, że jak się kogoś zmusi, albo zmusi go sytuacja, to jeździć zacznie…

  • Mam prawko, ale od lat nieaktywne, bo nie jeżdżę. Zdanie egzaminu przyszło mi z dużym trudem, więc potem nie paliłam się do jazdy, tym bardziej że nie miałam też okazji ani potrzeby. Mam o sobie takie przekonanie że kiepski ze mnie kierowca, raz że mało doświadczony, dwa że nie posiadam predyspozycji. Podobnie jak Ty nie ogarniam kiedy tak dużo dzieje się wokoło i trzeba szybko podejmować wiele ważnych decyzji. Nie mam podzielnej uwagi, wolę robić wszystko po kolei.
    Natomiast bardzo imponują mi ludzie, którzy dobrze i pewnie jeżdżą, zwłaszcza kobiety. Mam takie marzenie, że kiedyś się tego nauczę w takim stopniu, żeby czuć się swobodnie za kółkiem. Przynajmniej spróbuję, jeśli zupełnie mi to nie pójdzie, odpuszczę. Do mnie przemawia argument niezależności, a w dodatkowo lubię mieć poczucie że coś ogarniam, że jestem w stanie zastąpić kogoś za kierownicą, kogoś podwieźć albo jakoś w ten sposób pomóc. Jeszcze jedna przydatna życiowa umiejętność :)
    Ale na razie przede wszystkim rozumiem Twój strach.

  • Uf, pocieszyłaś mnie tym zdaniem o inteligencji, bo sama zdawałam egzamin na prawo jazdy kilka razy. Nigdy nie czułam się dobrze za kierownicą, na kursie byłam przerażona, gdy siadałam za kółkiem, już nie wspominając o samym egzaminie. Instruktor krzyczał na mnie, gdy zrobiłam coś nie tak (a robiłam często, bo nie miałam w ogóle podzielności uwagi). Po kolejnej nieudanej walce wykupiłam sobie godziny dodatkowe w zupełnie innej szkole jazdy. Uczyła mnie kobieta, która za wszystko mnie chwaliła. Podniosła mi trochę poziom wiary w siebie i zdałam egzamin. Tak naprawdę teraz dopiero uczę się jak jeździć, bo egzamin niczego nie sprawdza. Ludzie za kółkiem doprowadzają mnie czasami do szaleństwa, nie przestrzegają w ogóle przepisów, krzyczą gdy ich nie przepuszczę, mimo że to ja mam pierwszeństwo, istny cyrk. Mimo wszystko cieszę się, że mam ten kartonik. Nie muszę być zależna od nikogo i niczego. W moim mieście autobusy podmiejskie wieczorami kursują co ok. 3 godziny, a w dodatku tylko do popularniejszych miejsc, więc np. pod szkołę mojego brata nie miałabym się czym dostać. Super jest to, że nie muszę nikogo prosić, żeby podwiózł mnie do babci na wieś, bo po prostu biorę auto i jadę kiedy chcę. Należę do osób, które piją alkohol tylko na imprezach, a w życiu codziennym raczej nie przeszkadza mi jego brak, więc mogę być kierowcą. Sama jazda też potrafi sprawić przyjemność, czego wcześniej się nie spodziewałam. Poza tym, dużo się nauczyłam przez czas odkąd dostałam prawko. Już tak nie przeżywam każdej jazdy, dużo rzeczy weszło w nawyk i robię je odruchowo (jak zmiana biegów), dlatego mogę skupiać się tylko na drodze.
    Myślę, że nie każdy musi mieć prawo jazdy, bo nie każdy będzie w stanie pokonać ten lęk, czy nauczyć się tej podzielności uwagi. Mimo wszystko myślę, że każdy powinien podjąć próbę i przekonać się, czy na pewno to nie dla niego, bo kiedyś prawo jazdy może się bardzo przydać, są różne życiowe sytuacje. Poza tym warto też spróbować dlatego, żeby później nie zadawać sobie pytań w stylu „co by było gdyby..”.

    • Kolejny raz potwierdza się reguła że krzykiem się niczego nie nauczy, a pozytywną motywacją i chwaleniem już prędzej :)

  • Iwona

    Miałam takie samo nastawienia do prawka jak ty.Do jego zrobienia zmusiła mnie sytuacja czyli dzieci i maż za granica.Dziecko trzeba zawieść do szkoły przywieść ,do lekarza,po zakupy no bez auta nie da się żyć.( nie mieszkam w mieści tylko pod)Prawko zdałam z bólem za 5 razem.Sama zaczęłam jeździć chyba po 2 latach.Bałam się i bałam ale jeździłam.I nauczyłam się teraz stresuje mnie może tylko parkowanie w ścisku na mieście.W wielkie trasy wielogodzinne nie jeżdże,auta wypasionego nie posiadam więc jak gdzieś zadrapie w ogóle mnie to nie rusza.Chociaż zdecydowanie lepiej czuje się jako pasażer to z jeżdżenia bym nie zrezygnowałam po prostu z autem jest szybciej i wygodniej

  • Joanna

    Post akurat dla mnie, bo tydzień temu zaczęłam jazdy :). Na kurs nie za bardzo miałam ochotę, zostałam na niego wręcz zaciągnięta i przez dobry miesiąc mówiłam, że nie nadaję się do tego i że to zły pomysł. No ale kazali mi spróbować chociaż, więc postanowiłam wytrwać do jazd. I teraz nie mogę się doczekać kolejnych spotkań z moim instruktorem! Jest przemiły, spokojny, tłumaczy wszystko po kolei i łopatologicznie tyle razy, ile popełnię błąd. Czuję, że przy nim się naprawdę uczę i że prowadzenie samochodu nie musi być trudne. Wiadomo, nie idzie mi jeszcze rewelacyjnie, ale biorąc pod uwagę moje wcześniejsze podejście do tematu jestem pozytywnie zaskoczona. Co do tramwajów – są przerażające, ale oswojenie się z nimi na jeździe przychodzi szybko, a przy dobrym instruktorze, to może być naprawdę miło spędzony czas.
    Nie uważam, że każdy musi mieć prawo jazdy, ale myślę, że czasem warto się przełamać, jeśli akurat jest lekka nadwyżka w finansach i można sobie na to pozwolić. Kluczowe jest też znalezienie dobrej szkoły. Nie ma sensu jeździć na siłę, gdy się w tym nie czuje, ale jest to przydatna umiejętność (choć ten argument przez 5 lat do mnie nie przemówił ;) )

    • Oj, taki instruktor to chyba prawdziwy skarb, ile się nasłuchałam o takich krzyczących i upokarzających ludzi…

  • Uważam, że niczego nie powinno robić się na siłę. Mogę podać Ci idealny przykład, moja mam. Co z tego, że wydała pieniądze na jazdy, strasznie się męczyła przy tym i w końcu i tak nawet do egzaminu nie podeszła. Stwierdziła, że nie ma do tego predyspozycji i do dnia dzisiejszego prawa jazdy nie ma. Nie daje sie tym wszystkim tekstom o korzyściach z jego posiadania. Z drugiej strony mam ciotkę, która nie tylko ma prawo jazdy, ale i samochód w garażu i co z tego? Opowiadała, że kiedyś nawet próby podejmowała, ale nikt nie miał na tyle cierpliwości aby ją nauczyć po latach. Teraz jakoś nadal korzysta z komunikacji i roweru i nie narzeka.
    Tyle o innych. Ja osobiście posiadam prawo jazdy, ale nie dla tego lansu. Jak okazuje się po latach nawet nie po to by z niego korzystać, nawet nie powinnam się chwalić z posiadania tego kartonika. U mnie to było na zasadzie udowadniania, że mi się uda je mieć, nie wiem tylko czy bardziej sobie czy rodzinie. A najlepsze jest to, że mimo tego, że z pewnych przyczyn jestem osobą niepijącą nikt mnie jako kierowcy nie chce, jestem traktowana jak bym tego prawa jazdy nie miała.
    Moim zdaniem nie warto robić niczego na siłę. Jeżeli sie nie czujesz i ma tylko leżeć bo fajnie je mieć to szkoda, nie tyle pieniędzy i czasu, co nerwów. Mam koleżankę, która dopiero teraz poszła na kurs bo stwierdziła, że czuje się na siłach i chce mieć te uprawnienia. Choć pewnie gdyby nie przeprowadzka w miejsce gdzie nie ma innej możliwości dojazdu i małe dziecko nadal by tego prawa jazdy nie zrobiła.

  • Ja gdy skończyłam 18 lat też jakoś nie paliło mi się, żeby iść na kurs prawa jazdy. W końcu wypchnęli mnie rodzice powtarzając, że KAŻDY w moim wieku ma już prawo jazdy, że w dzisiejszych czasach to konieczność i jak ja chcę pracę w ogóle znaleźć nie mogąc dojechać, że będę jak inwalida itp. W końcu zapisałam się gdy byłam już na studiach. Wtedy zaczęły się oczekiwania i głupie wyścigi, bo „córka Mirka Żanetka zdała za pierwszym razem”, „Justynka od Zdzisia już ma prawo jazdy i śmiga autem, a jest od ciebie rok młodsza”. Mnie udało się zdać za czwartym razem i to chyba jakimś fuksem. Brzuch mnie wtedy bolał i najadłam się tyle ibupromu, że nic do mnie nie docierało i może dlatego w końcu mi się udało? Bo nie myślałam? Hmm… Gdy odebrałam w końcu ten kawałek plastiku, to rodzice zaczęli na mnie naciskać „MASZ JEŹDZIĆ!”. No dobra, ale gdzie skoro nie mam nic do załatwienia? W kółko? Przejechałam się tak kilka razy, żeby było mi raźniej brałam koleżankę. Za każdym razem nieźle mnie obtrąbili, bo mam podobne odczucia do Ciebie: nie umiem się skupić jednocześnie na czynnościach mechanicznych zw. z prowadzeniem samochodu, obserwacji ruchu na drodze, znaków, reguł pierwszeństwa itp. Później jeździłam autem, ale tylko na uczelnię, bo miałam tam 5 km i prostą drogę a fajnie było nie marznąć zimą w oczekiwaniu na autobus tylko wsiąść sobie w autko i pojechać do domu. Do centrum nie jeździłam, bo to dla mnie też tor przeszkód nie wspominając o tym, że trzeba gdzieś zaparkować a u mnie w Gliwicach nie ma gdzie. Jak już to ruszałam się co centrum handlowego i parkowałam na najdalszych miejscach, żeby nie musieć się wciskać między 2 auta, bo tego też do końca nie ogarniam. Mam już chyba od 6 lat prawko i nic się nie zmieniło na lepsze. Odkąd skończyłam studia w ogóle nie jeżdżę praktycznie, a gdy już muszę to noga lata mi ze zdenerwowania na sprzęgle i serce wali mi jak młotem. Pal licho przejechanie się autostradą, ale jak mam wjechać do miasta to wpadam w panikę i nie wiem co robić. Rodzinka dalej mnie gnębi, bo u nas wszyscy auta uwielbiają i tym żyją, a ja jestem czarną owcą. Ty masz o tyle fajnie, że mieszkasz we Wrocławiu i pewnie tam jest dobra komunikacja miejska. Mi się dobrze żyje teraz w Wiedniu, bo nie jestem uziemiona tylko mam bilet miesięczny na wszystkie środki transportu, ale jak musiałam przez miesiąc siedzieć w Polsce to nie było się jak ruszyć :/. W październiku muszę wrócić do kraju na stałe i albo w końcu nauczę się jeździć (w co coraz bardziej wątpię), albo… właściwie to chyba wyjścia nie mam :/

  • Zrobiłam prawo jazdy jak miałam 19 lat. Czułam, że ja i samochód to dwie różne bajki, jak Ferdynand Kiepski i Książę Karol. Zdałam za 3 razem po wielkich trudach, byłam tak beznadziejna, że chyba podział mój urok osobisty, gdyż w mojej ocenie nie powinnam zdać. W trakcie kursu miałam małą kolizję i za chiny ludowe nie chciałam jeździć samochodem. Instruktor do mnie wydzwaniał a ja wymyślałam niestworzone bajki byle tylko nie usiąść za kierownicą. Nie czułam tematu zupełnie. Po zdaniu prawka, poczułam ulgę, że mam spokój i już nie muszę wsiadać do tego blaszanego pudła. Mijały lata a mnie nawet przez chwilę nie brakowało jazdy i bycia kierowcą. Do czasu aż dostałam dwie prace, oddalone od siebie o 30 kilometrów, czas dojazdu 38 minut. Nie miałam wyjścia, albo wsiadam i przezwyciężam strach albo tracę szansę atrakcyjnej posady. Nie muszę mówić ile miałam w porach ze strachu, chyba trzy kilo to wartość przybliżona. Przełamałam się jednak i od tamtej pory, a mija już 6 rok jestem szczęśliwa i faktycznie czuje się niezależna. Myślę, że nie każdy musi mieć prawo jazdy, ale każdy kto je ma, szybko pozna uczucie satysfakcji i radość z tego faktu. Jeśli czegoś nie poznasz, nie będzie Ci tego brakowało. W tym momencie przemieszczam się kiedy chce i jak chce. Lubię to uczucie:)

  • Do zrobienia prawa jazdy namówił mnie chłopak. W sumie jeżdżę sporo, ale tylko jak muszę, bo zawsze się boje, że coś się na drodze wydarzy. To, że jeżdżę w ogóle zawdzięczam temu, że mieszkam na wsi! Że autobus do miasta jest dwa razy na dzień i nijak się jest gdzieś dostać, a jak się już dostanie to nie ma jak wrócić. Po drugie jeżdżę bo.. nie mieszkam w dużym mieście. Jak kiedyś jakimś cudem przeprowadzę się na przykład do Kielc, Rzeszowa, Warszawy, Wrocławia, Poznania i tak dalej, pierwsze co zrobię to spalę ten wstrętny kartonik :D Żadna siła nie zaciągnie mnie na ronda, wielopasmówki, skrzyżowania, a tym bardziej tam (jak pisałaś), gdzie są tramwaje :D

  • Beata

    Miałam dokładnie tak samo, uwielbiałam jeździć jako pasażer, ale przerażał mnie fakt samodzielnego kierowania pojazdem i zmierzania się z rondami, tramwajami, motorami, pieszymi i najgorszymi – rowerzystami! Dlatego też bardzo długo nie robiłam prawka, ale jak wsiadłam za kierownicę, to momentalnie to pokochałam :) Jeździ się naprawdę CUDOWNIE (zwłaszcza mając instruktora obok z własnymi pedałami).
    Co do grupy osób bez predyspozycji – to prawda, ale to raczej wyjdzie dopiero w praktyce, nie w testach. Mój fenomenalny instruktor (poleciłabym Ci go, ale jestem z Krakowa) mówił mi, że miał tylko jeden taki przypadek w karierze, ale to doskonale widać i zwyczajnie odradził tej Pani dalsze próby. Była zawzięta, ale w końcu się poddała.
    Z tym IQ to też możliwe jak tak obserwuję życie ;). Z tym że to chyba nic pocieszającego, bo bezpieczni mają gorzej na drodze – nie oni powodują wypadki, ale są często uczestnikami z tego powodu, że to inni w nich wjeżdżają etc.
    W każdym razie polecam Ci po prostu spróbować, jak Ci się nie spodoba, to nie musisz podchodzić do egzaminu, ale przynajmniej poznasz przepisy i sprawdzisz, czy to dla Ciebie :).

    • Safona

      Możesz polecić tego instruktora?bo właśnie rozważam zapisanie się na kurs:)

      • Beata

        p. Jerzy Augustyn, OSK Lokomotywa – 606 274 647. Niesamowicie cierpliwy, łagodny i dobrze tłumaczy :)

  • Swoje argumenty wyjęłaś z mojej głowy! A myślałam, że tylko ja tak mam. Bracia nabijają się ze mnie, mówią, że jestem tchórz. Ale od początku: ja mam prawo jazdy, robiłam prawko, instruktorem był mój obecnie już mąż, zdałam za 4 razem (raz mi zgasł na górce, raz nie włączyłam świateł, raz miałam przykra sytuację z wściekłym egzaminatorem, ostatnim razem zdałam). Jeździłam dobrze, sprawiało mi to frajdę. Zdałam i się zaczęło- że ja sama się boję, że zaraz spowoduje stłuczkę, teraz doszło, że bałabym się, że będę miała wypadek i albo ja zginę i zostaną dzieci, albo jakaś krzywda im się stanie, albo, że zarysuję nowy samochód parkując. I od prawie 7 lat- czyli w sumie od początku, nie jeżdżę, nawet nie wymieniłam prawka z panieńskim nazwiskiem i adresem. Najpierw wszyscy mnie namawiali, teraz odpuścili. Czuję się bezpiecznie, gdy jedzie mój mąż- ma doświadczenie, którego ja nie chcę zdobyć- bo się boję. Ale mi jest z tym dobrze, nie potrzebuję tego do szczęścia. Jak napierali na mnie wszyscy, że muszę, że jutro pojeździmy- to nie spałam po nocach (tylko w głowie ruszałam, zmieniałam biegi, skręcałam). Chyba nie będę kierowcą. Chociaż może jeszcze mi się odmieni- znam kobietę, która nie jeździła 20 lat, a potem wsiadła i pojechała :)

    • Nie miałaś nigdy zarzutów, że zdałaś bo byłaś blisko z instruktorem? :)

      • Nigdy :) ale inne kursantki zazdrościły mi bo też się w nim podkochiwały ;) ogólnie to zapoznał mnie z nim wcześniejszy chłopak- na mojej studniówce, potem okazało się, że studiujemy to samo na tej samej uczelni, a potem zaczęłam kurs i znów go spotkałam. Zostaliśmy parą po zakończeniu kursu, w trakcie to tylko takie podchody były ;p

    • Moja mama nie jeździła 20 lat, a potem wsiadła i pojechała :-) Zaczęła jeździć z powodów ekonomicznych – dojazd do pracy zbiorkomem nie wchodził w grę, więc tata ją zawoził i odwoził. Odkąd jeździ sama, koszty paliwa zmalały, co logiczne, o połowę.

      Ja bym się w życiu nie zdecydowała na mieszkanie w miejscu, gdzie nie ma zbiorkomu. Wystarczy mi 20 lat mieszkania w mojej rodzinnej mieścinie, nigdy więcej.

  • pixie

    Będę robić prawo jazdy w wakacje i bardzo się cieszę, bo już się nie mogę doczekać. Od zawsze mnie to jarało, a teraz wreszcie będę mogła się sprawdzić, czy nadaję się do tego tak, jak bym chciała. :)
    Moja mama robiła prawo jazdy, zdała za pierwszym razem, ale nie jeździ do dzisiaj. Wcale jej się nie dziwię, bo raczej sprawia duże zagrożenie dla innych. Na egzaminie jechała około 90 km/h w centrum Warszawy, przejeżdżając na żółtym świetle i jadąc lewym pasem. Egzaminator się spytał czy jest pewna, że prawidłowo jedzie, a ona odpowiedziała, że tak, bo jest ok. godziny 21 i nie ma dużego natężenia ruchu, ostre hamowanie jest niebezpieczne przy jej prędkości, a na prawym pasie jest mnóstwo wertepów… Nie chciała żeby trzęsło. ;) Raz na pare lat zdarzy jej się, że wsiądzie za kółko, żeby dojechać do sklepu czy za miasto. Zawsze jak z nią wsiadam to odmawiam zdrowaśki, bo jeździ ponad 120 km/h (co lubię, gdy ktoś jeździ regularnie i jest dobrym kierowcą). Natomiast totalnie jej już nie ufam w kwestii prowadzenia samochodu, od momentu, gdy prawie wpakowałyśmy się w czerwony samochód, którego ona nie zauważyła. Więc tak – zgadzam się, nie każdy powinien mieć prawo jazdy i nie każdy powienien jeździć.

  • Mnie właśnie kochana rodzinka zmuszała, ze względu na „niezależność”. Efekt jest taki, że od roku nie umiem wewnętrznego zdać.

  • W pełni zgadzam się z tym, że nie każdy powinien mieć prawo jazdy, niektórzy się poprostu do tego nie nadają i stwarzają tylko zagrożenie.

  • Wszystko opisałaś tak, jakbyś zajrzała do mojej głowy! Ja tylko dodam od siebie mega elokwentny komentarz cioci, babci, starej sąsiadki które g*no wiedzą, a zawsze dają swoje trzy grosze. Kiedy pytają się mnie, czy mam prawo jazdy, a ja odpowiadam, że nie, to oni na to „A, to tata nie chce Ci dać pieniędzy? Nie stać go? Bo wiesz, ja mojej wnuczce dałam, zdała za piątym razem a potem kupiłam jej auto. Wiesz, ten nowy model x?”. Ja wtedy odpowiadam, że na taką kosztowną rzecz, jak prawo jazdy wolę zapłacić z własnych, zarobionych pieniędzy, bo w ten sposób będę szanować ten samochód i więcej wyciągnę z lekcji nauki jazdy, kiedy zapłacę z własnej kieszeni. Chociaż to nie zmienia faktu, że i tak prędko się za to nie zabiorę :p Nie lubię samochodów. Tak, jak napisałaś jest komunikacja miejska, rower i NOGI! Bozia dała, więc używam ;)

    • Hahaha, znam dobrze takie babcie i ciocie z życia. Na szczęście nie w mojej rodzinie ale sporo się o takich nasłuchałam i tych ich subtelnych metodach na wzbudzanie zazdrości ;)

  • Ja należę do tej grupy osób,która ‚paliła się’ do zrobienia prawka. Zrobiłam je zaraz po 18 urodzinach, dzięki temu w 3 liceum mogłam jeździć do szkoły autem, zawoziłam siostrę do przedszkola itd. Ale kiedy poszłam na studia do Krakowa odstawiłam auto i teraz jestem niedzielnym kierowcą. Boję się jeździć po mieście, zwłaszcza lewoskrętów, kiedy auta z naprzeciwka ciągle jadą, kiedy trzeba się wbijać na chama, ignorować trąbienie, zmieniać pas ruchu. Brakuje mi po prostu doświadczenia w jeździe, staram się jeździć od czasu do czasu po Krakowie i gdybym tylko robiła to częściej pewnie byłby ze mnie niezły kierowca. Ale lubię jeździć jako pasażer.

  • Zdobycie prawa jazdy wiązało się dla mnie z uzyskaniem komfortu wynikającego z poczucia niezależności. Obecnie nie używam samochodu, dlatego, że stało się to niepraktyczne. Nałogowo używam komunikacji miejskiej. Prawo jazdy przydało mi się do jeżdżenia skuterem. Tak jak i weekendowych wypadów do Ikei. Akurat nie brakuje mi zdolności psychomotorycznych. Nigdy nie miałam problemu z jeżdżeniem. Jestem jednak przeciwniczką robienia rzeczy na siłę, bądź tylko dlatego, że tak wypada. Osoby, które prowadzą samochód z lękiem są zagrożeniem dla innych kierowców. Nie mniejszym niż osoby cechujące się nadmierną brawurą.

  • Kiedy mieszkałam w dużym mieście (aż 2 lata ;) ) to prawo jazdy nie było mi potrzebne. Wszędzie mogłam dojechać autobusem lub tramwajem bez problemu.
    Obecnie mieszkam na wsi i prawo jazdy jest mi niezbędne. Bus kursuje tu kilka razy dziennie do pobliskiego miasteczka w którym komunikacja miejska jest kiepska. Wszystko zajmuje wtedy dużo więcej czasu a tego mi szkoda na czekanie na przystanku.

    • Tak, mieszkając na wsi prawko i samochód wydają się niezbędne.

    • Ana

      Skąd ja to znam! Gdyby życie po studiach ułożyło mi się inaczej i zostałabym w większym mieście albo rzuciło mnie do jeszcze większego miasta, pewnie do dziś nie miałabym prawka. A na pewno samochodu. Jednak wychodzę z założenia, że gdy robisz prawko, musisz z niego korzystać – musisz nauczyć się jeździć, bo 30 godzin kursu to nic. Swoje prawko zrobiłam za pierwsze „prawdziwe” pensje, po roku kupiłam samochód i tera śmigam codziennie do pracy. Bo u mnie, na prowincji, bez auta jak bez ręki. Żyć można, ale to pory kłopot – gdziekolwiek się przemieścić, musisz szukać środka transportu, bo autobusy jeżdżą głównymi trasami i coraz rzadziej, w pracy muszę być dyspozycyjna, a i czasem fajnie skoczyć do kumpeli.

  • Paulina Z.

    Robiłam prawko parę lat temu niedługo przed moją maturą. Tak samo jak Ty, nie miałam nigdy parcia na to żeby starać się o prawko, jak najszybciej gdy tylko osiągnę pełnoletność, ale zdaje mi się, że zaczęłam, bo moi rówieśnicy też robili i mój młodszy brat i tato bardzo mnie zachęcali. Przyznam szczerze, że bardzo bałam się tego, że kompletnie nie poradzę sobie w ruchu drogowym. Podchodziłam do egzaminu na prawko 6 razy, za każdym razem oblewałam właśnie będąc gdzieś w samym środku ulicznego zgiełku. Nie potrafiłam skupić się na tak wielu czynnościach o których trzeba pamiętać podczas jazdy. To była dla mnie totalna magia. Z początku myślałam, że nie potrafię tego wszystkiego ogarnąć bo się stresuję maturą, bo jestem zamyślona nad planami na wakacje itp. Ale później, podchodząc już chyba ostatni raz, będąc już po maturach, będąc wyspaną, wypoczętą, skupioną i już nie stresując się tak jak za pierwszym razem.. zauważyłam, że nadal nie potrafię ogarnąć ruchu drogowego. Stwierdziłam, że dam sobie z tym spokój, szkoda moich nerwów, szkoda pieniędzy rodziców, szkoda mojego czasu, no bo w końcu gdzie jest napisane, że każdy musi mieć prawko? Nigdy więcej nie próbowałam zdawać prawka, choć wiele osób mnie do tego namawiało i nadal namawia. Bardzo chciałabym być pod tym względem niezależna, ale tak samo, jak Ty uważam, że lepiej żebym nie miała prawka, bo wydaje mi się, że stwarzałabym ogromne zagrożenie na drodze, nie tylko dla siebie, ale też dla innych.

    Pozdrawiam Cię gorąco :-) i mam nadzieję, że kiedyś przezwyciężymy strach przed prowadzeniem samochodu i nie będzie to już takie przerażające… bo jak to kiedyś ktoś mądry powiedział: „Wszystko jest trudne, nim stanie się proste” ;-)

  • Niestety nie wiem, jak Ci pomóc, bo ja nie mam na razie takich dylematów na głowie jak dzieci i te sprawy. Moje podejście do posiadania prawa jazdy ukształtowali szaleni, wiejscy kierowcy, chłopcy, którzy mając 18 lat już, koniecznie, szybko musieli zrobić prawko, wydać wszystkie zaskórniki na samochód i wozić się golfem czy innym cińkusiem po mieście. Potem tylko wkładali w nie kasę i wiecznie na nic nie mieli, no bo auto swoje pali, no bo auto trzeba ubezpieczyć, no bo w aucie się coś popsuło. Do szkoły już TRZEBA było podjechać autem, chociaż przystanek 10 minut drogi od domu. Nikomu tego nie powiedziałam wprost, bo nie moja sprawa na co ktoś wydaje swoje pieniądze, ale moim zdaniem chodzenie do pracy po to, by w wieku 18 lat utrzymać auto jest głupie. Nie lepiej wydać tę kasę na rozwój, albo chociaż na jakieś przeżycia? Koncerty, wypady ze znajomymi, podróże… Moim zdaniem, dopóki się normalnie nie zarabia nie powinno się mieć samochodu, bo to rodzaj luksusu. Teraz w Żorach jest darmowa komunikacja miejska, więc myślę, że może mniej już jest takich osób, bo auto się jeszcze mniej opłaca. :)
    Poza tym ja jestem za tym, że jeśli ktoś mieszka w dużym mieście, to dobrze by było, żeby z robieniem prawa jazdy powstrzymywał się tak długo, jak długo się da, ale to ze względów ekologicznych. :) Hmm za bardzo to Ci chyba nie doradziłam. Po prostu pomyśl, czy Ty na 100% potrzebujesz tego prawa jazdy i odpowiedź sama przyjdzie. :)

    • Odpowiedź już jest, przynajmniej na teraz – bo w tym momencie na pewno go nie potrzebuję. Nie wiem tylko jak później… :)

      • Wtedy będziesz się tym martwić. ;)

      • Jak będziesz potrzebować, to zrobisz – od lat sobie to powtarzam. Chociaż trudno mi sobie wyobrazić sytuację, w której rzeczywiście byłabym przyparta do muru i natychmiast musiała iść na kurs i kupować auto :-)

  • Też mógłbym mieć prawko od 10 lat, ale nie czuję potrzeby. Auto stałoby większość tygodnia nieużywane albo wydawałbym niepotrzebnie na paliwo by się nim przemieszczać gdziekolwiek, nawet do pobliskiego sklepu. Opcja z prywatnym szoferem dla znajomych i rodziny też mi się nie podoba. Sytuacje, w których by mi się rzeczywiście przydało zdarzają się może 1-2 w roku, więc za rzadko. Nie mam też żadnej dziewczyny do wożenia (a może dlatego jej nie mam ;D?). Nie przejmuję się tym co mówią inni. Jak potrzebuję gdzieś dojechać, to zawsze znajdę sposób a jak kupię kiedyś samochód, to razem z kierowcą.

  • Od razu jak zobaczyłam nagłówek postanowiłam tu wejść.
    Ja tez nie mam prawka. Choć poprzez nacisk rodziny próbowałam je zrobić, zaraz po ukończeniu liceum. Dostałam się na kurs i miałam go za darmo. Rózne jednak okoliczności (pobyt w szpitalu i rozpoczęcie studiów) spowodowały, że nie ukończyłam go. Choć bardzo się starałam. Po około 3 latach ubzdurałam sobie, że zrobię je aby pokazać wszystkim, że potrafię. Niestety znów wzięłam sobie za dużo na głowę i nie byłam w stanie ogarnąć. Zniechęciłam się, wywaliłam kase w błoto i powiedziałam, że zrobię kiedy indziej. Obecnie minęły już dwa lata. Myślę, że nie jest mi źle bez niego. Dzięki temu nie musze robić za szofera i poruszam się wszędzie pieszo. Nie mam potrzeby aby jezdzic gdzies po miescie samochodem. Pracę mam pięc kroków od domu, więc wszystko pzremawia za tym, że chyba tak miało być. A jeszcze jak okazuje się, że nie jestem jedyna na świecie to tym bardziej nie mam się czym dołować.

  • Ja nie mam prawa jazdy, bo go nie potrzebuję. Nie planuję kupować samochodu, wszędzie poruszam się pieszo albo komunikacją miejską. Poza tym stanowię wystarczające zagrożenie na drodze jako pieszy, a co dopiero jako kierowca…
    Najbardziej irytowało mnie przekonanie, że to dlatego, że jestem kobietą i uważam, że nie dam rady.

  • Uważam, że prawo jazdy jest potrzebne, ale nie koniecznie jeśli czujemy, że jednak nie jesteśmy do tego stworzeni. Ja poszłam na prawko wcześnie, jeszcze w wieku 17 lat :) Ile przeżyłam, ile wypłakałam, bo czułam, że nie jestem do tego stworzona, a jednak zdałam za pierwszym :) Jakoś jechałam, byle do przodu z tym egzaminatorem. Myślę, że każdy musi sobie wszystko przemyśleć, nic na siłę :)

  • Sama szybko zrobiłam prawo jazdy jednak odkąd poszłam na studia sporadycznie prowadzę samochód. Nie mam własnego a poza tym Kraków mnie przeraża- tak jak piszesz- jest tego zdecydowanie za dużo.

  • Paulina

    Mam prawo jazdy od dwóch lat. Myślę, że też nie dałabym rady przejechać przez Wrocław. Małe miasta są ok. W dużych jest więcej idiotów którzy uważają że to oni świetnie jeżdżą wpychając się, zajeżdżając drogę i przekraczając prędkość. Pozdrawiam ;)

  • Nie ma czegoś takiego, że ktoś „powinien” albo „musi” mieć prawo jazdy. Moim zdaniem, jeżeli dana osoba czuje że nie chce, to niech nie robi – kierowca, który np boi się siedzieć za kółkiem to jedno z największych zagrożeń na drodze. Generalnie odnoszę wrażenie, że za mocno się przejmujesz tym co mówią inni. Masz swój rozum, rób swoje! :)

    • I a propos tej strachliwości za kółkiem – mówię to w 100% poważnie. Lepiej nie wsiadać, jezeli ktoś nie czuje się na siłach. Mówię to jako osoba, która średnio robi 10.000 km miesięcznie jako kierowca. Niejedno widziałam…

    • Eeej, no co Ty, za duża jestem żeby się przejmować tym co mówią inni :) Ale zebrać ich różne zdania i doświadczenia żeby mieć lepszy ogląd w sprawę – to jak najbardziej. Rozum wiadomo że mam, ale nie wiem wszystkiego o wszystkim :)

      • Jeżeli to Ci pomoże – kumam. Jednak wydaje mi się, że Ty sama najlepiej stwierdzisz, co zrobić i nikt nie będzie w tej kwestii mądrzejszy, bo Ty siebie najlepiej znasz :)

  • Znasz moje powody, tj te prawdziwe: wynająć samochód na wyjeździe. Gdybyście byli z mężem dłużej w Stanach, zaczęłoby wam to dokuczać. Też nie bardzo kręci mnie skomplikowany ruch uliczny, ale na autostradzie poprowadziłoby dziecko, a zmiana kogoś na parę godzin naprawdę pomaga.

    Przekonałem samego siebie właśnie tym + swoim „preppersowym” podejściem. Tj, że część rzeczy trzeba po prostu umieć. Dać w mordę już umiem. Strzelanie zostawiam na jesień.

    • Myślę że taką wersję preppersową, tzn. jak odpalić samochód i nim pokierować, niekoniecznie połączoną z poznaniem kodeksu, to zdobyć muszę, ale to raczej poza kursem.

  • Nie spróbujesz to tak na prawdę nie dowiesz się czy jest czego się bać. A strach zawsze jest, ja niby się nigdy nie bałam, a jednak kiedy pierwszy raz po odebraniu prawka, wsiadłam za kierownicę to nawet w radio bałam się stację zmienić, a na drugi dzień pojechałam w długą trasę z przejazdem przez miasto z tramwajami i od tego czasu już nie mam żadnych lęków. Jednakże uważam, że wystraszony, niepewny kierowca to jedno z największych zagrożeń na szosie. Próbuj w końcu do odważnych świat należy ;)

  • Podobnie bałam się i tak naprawdę dalej się boję .
    O ile jeszcze przepisy jestem w stanie ogarnąć ,przy dłuższej nauce pewnie i „centrum” bym jakoś oswoiła to już np.przejechanie obok tramwaju czy pieszego a nie daj „buk” rowerzysty przeraża mnie niemiłosiernie.
    Chodziłam na kurs i chciała bym mieć prawo jazdy. Dlaczego? A dlatego ,że mieszkam gdzie mieszkam i tak naprawdę bez auta jestem uwiązana w domu i zdana na łaskę znajomych kierowców.Dlatego przełamałam tę panikę .Jednak po dwóch oblanych egzaminach stwierdziłam że nie jestem jeszcze gotowa.Odpuściłam ,ale nie wykluczam że jeszcze kiedyś spróbuję .

    I moim zdaniem jeśli tak czujesz,boisz się to naprawdę nie ma sensu słuchać życzliwych/złośliwych. Nic na siłę ,a spanikowany kierowca to niebezpieczny kierowca. I dla siebie i dla innych.Tak,że Króliczku pozostań w roli pasażera :)

  • Ja zdałam za piątym podejściem. Nauka jazdy i egzaminy były dla mnie drogą przez mękę. Nie rzuciłam tego w cholerę tylko dlatego, że szkoda mi było kasy wydanej na kurs (a potem na poprawki i jazdy doszkalające…). Nic nie stawiali mi rodzice, na wszystko sama zarobiłam. Wolałabym przejść jeszcze raz wszystkie sesje na studiach niż znów zdawać prawko. Ale uparłam się strasznie na prawo jazdy, bo wiedziałam, że rozszerzy mi to perspektywy w poszukiwaniu pracy na stałe. No i miałam rację. Dziś robię min. 200 km dziennie i UWIELBIAM prowadzić auto. Choć duże miasto nadal mnie przeraża jeśli chodzi o jazdę.

  • Dla mnie prawko jest czymś nie do zastąpienia. Nie wyobrażam sobie być osobą zależna od kogokolwiek. Czy to tramwaju, czy autobusu, taksówki…. wiadomo, auto może odmówić posłuszeństwa, takie rzeczy też się zdarzają. Ale nie ma nic bardziej relaksującego jak jazda samochodem bez celu. Moim zdaniem każdy ma większy lub mniejszy lęk przed jazdą samochodem (sama pamiętam jak bałam się jechać pierwszy raz sama, po odebraniu prawka). Ale tak samo jak ze wszystkim- wraz z doświadczeniem przychodzi spokój za kierownicą.

  • Ja akurat wyznaję „prym posiadania prawa jazdy”. Mało tego, miałam do wyboru, albo impreza na 18stkę, albo prawko. Wybrałam kurs. Chociaż miałam i tak załamanie. Nie zdałam 5 razy, podpuściłam sobie. Po dwóch latach pod wpływem impulsu, ze chcieli pozbyć się moich papierów, postanowiłam spróbować. Już bez tego stresu – wszyscy z klasy zdali, a ja nie! Dokupiłam sobie 5godzin doszkolenia, czyli niezbędne minimum i zdałam. Teraz w Warszawie prawo jazdy nie jest mi mega potrzebne, ale gdy jestem na wsi to bardzo.

  • No to mnie pocieszyłaś kochana! Zdałam prawko za 11 razem (chyba) :D oj, oj .. jestem taka inteligentna. Jednak prawdą jest, że jeżdżę teraz lepiej, bezpieczniej i się nie boję. Zdałam egzamin rok temu. I wiesz co uważam? Ten, kto ma jeździć, po prostu to czuje. U mnie nie chodziło o lans. Zrobiłam prawko w wieku 26 lat, a wcześniej też obserwowałam, jak młodzi i gniewni się „wożą”. Jakoś niezbyt mi to imponowało. Jak miałam 18 lat nie czułam do tego powołania. Dopiero później z potrzeby i zamiłowania zdecydowałam się je zrobić. Zwyczajnie lubię jeździć! Wsiadam czasem do samochodu i mknę w nieznane mi miejsce. To mnie uspokaja i wycisza. Niektórzy kierowcy szukają krótszej drogi, żeby jak najszybciej dotrzeć do celu. Ja szukam tej dłuższej, żeby jeszcze chwilkę posiedzieć za kółkiem. Moje autko kocham jak członka rodziny. Może to śmieszne, ale tak jest. To jest chyba ta różnica.

  • Prawo jazdy mam od 12 lat:) egzamin zdałam za 3 razem, dwa razy oblałam na parkowaniu, za trzecim razem poszło bezbłędnie, ale do tej pory mam problem z parkowaniem tzw kopertą… dlatego preferuje parkowanie na wprost, nawet jeżeli wiąże się to z pozostawieniem samochodu w dalszej odległości, niż męczenie się I manewrowanie w tył w przód itd.
    Moja historia jest o tyle ciekawa, że mieszkając w Polsce prowadziłam samochód od czasu do czasu. Mieszkałam w Krakowie, mieście tramwajów, jakoś nigdy ruch dużego miast mnie nie przerażał. Natomiast 6 lat temu przeprowadziłam się na Cypr, gdzie obowiązuje ruch lewostronny. I niestety muszę przyznać, że troche mnie to przestraszyło. Dodatkowo Cypryjczycy znani są z tego, że są fatalnymi kierowcami, praktycznie codziennie jestem świadkiem stłuczki lub wypadku. Wszystkie te aspekty na pewno nie dodawały mi odwagi by wsiąść tutaj za kółko. Aż pewnego pięknego, wiossennego dnia rok temu, mój mężczyzna stwierdził, że koniec I kropka I muszę się przełamać, przecież jest tyle osób „wychowanych na ruchu prawostronnym”, które normalnie jeżdża na wyspie I nie panikują… Po kilku lekcjach, na które łaskawie się zgodziłam, stwierdziłam, że rzeczywiście nie jest to fizyka kwantowa, a dodatkowo sprzyjał fakt posiadania automatycznej skrzyni biegów.
    Od roku moge się nazwać pełnoprawnym, cypryjskim kierowcą, z zaliczonym nawet mandatem za przekroczenie prędkości (no wiem, nie ma się czym chwalić). Nadal psioczę na innych kierowców wokól mnie, ponieważ np. 90% nie ma pojęcia do czego służy kierunkowskaz. Ale morał jest taki, że warto się przełamać I spróbować!

  • MizzVintage

    Zrobiłam prawko, mając 17 lat – wtedy można było jakoś wcześniej, jeździłam kilka miesięcy, nie byłam w tym za dobra, poszłam na studia i samochód stał się zbędny. Dopiero po kilkunastu latach, kiedy kompletnie zapomniałam już, jak się jeździ, zaczął mi doskwierać brak umiejętności prowadzenia auta. Nie wszędzie można dostać się komunikacją miejską, czasem jest to bardzo czasochłonne, nie zawsze mąż/chłopak/tata ma czas, żeby podwieźć takiego osobnika jak ja. Kiedy stało się to naprawdę uciążliwe, powiedziałam sobie, że nie ma bata, czas coś z tym zrobić, tym bardziej że mam samochód do dyspozycji. Też mi się wydawało, że nie będę ogarniać, że nie mam tak podzielnej uwagi i że nie dam rady w dużym mieście (we Wrocławiu zresztą). Pół roku temu wykupiłam ekstra jazdy, po 8 h doszłam do wniosku, że nawet mi to idzie i zaczęłam jeździć bez instruktora. Najpierw z mężem i znanymi trasami, potem sama znanymi trasami, potem na wycieczkę ze znajomymi, a potem służbówką, i tak krok po kroczku coraz dalej i coraz bardziej samodzielnie. Zdarzały się sytuacje niefajne, zdarzało się, że ktoś mnie strąbił, oczywiście zarysowałam auto podczas pierwszych prób samodzielnego parkowania, ale się nie poddałam i widzę, że z każdym tygodniem jest coraz lepiej i mam coraz większą pewność siebie. Jeśli nie doskwiera Ci brak prawa jazdy, to go nie rób, ale skoro napisałaś tego posta i pytasz o zdanie, to chyba jednak z tyłu głowy przeszkadza Ci to, że nie jesteś kierowcą.

  • Też chciałam iść na prawo jazdy mając 17 lat, żeby wraz z 18 już móc odebrać kartonik. Niestety nie wyszło finansowo i prawko zrobiłam dopiero mając lat 21. Raczej nie bałam się nigdy samochodu, zresztą sytuacjedrogowe nie raz zweryfikowały moje umiejętności – a to pijany facet na rowerze przewracający się tuż przed maską, a to dziecko wyskakujące zza samochodu i najgorsze – rowerzyści, trzeba mieć do nich anielską cierpliwość, zresztą nie raz opisywałam ich na moim moto blogu. Moja mama zawsze mówiła, że jestem flegmatyczna, ale jak się okazuję na nagłe niebezpieczeństwo reaguję natychmiast i odpowiednio. Ale stres jest zawsze taki sam, bo jak tu się nie stresować – jedziesz sobie, a nagle widzisz przed maską ledwo co wystające dziecię, które sobie nic nie robi z tego, że za sekundę mogło być plackiem na jezdni. Dziecko pobiegnie dalej, a Ty siedzisz i próbujesz oddychać. :)

  • Zrobiłam prawo jazdy tak jak „przystało”, mam je już trzy lata, ale w ogóle nie jeżdżę, bo zwyczajnie czuję, że jeszcze do tego nie dojrzałam. Rodzina tego kompletnie nie rozumie, przy każdym większym spotkaniu słyszę żarty pod swoim adresem, kpiny, ironizowanie. Nie ukrywam, że sprawia mi to przykrość, ale chyba bardziej jest to przejawem braku ogłady i kultury osób, które w ten sposób odnoszą się do prezentowanych przeze mnie argumentów. Rozumiem Cię w 100%, może nawet w 200% i powiem Ci, że jestem prawie pewna, że kiedyś poczujesz impuls i gotowość – po prostu wtedy idź za ciosem a póki co absolutnie nie zawracaj sobie tym głowy. :)

  • Aleksandra N

    dobrze takie coś przeczytać. Nie mam prawka, chociaz w rodzinie ma parwie każdy, ale najbardziej zmuszającą mnie do zrobienia jest mama, która praw jazdy nie ma. Oczywiście słyszę te argumenty, które wypisane są powyżej, że będę niezależna, że będę potrzebować to dojadę gdzie chcę, blabla… Nikt nie potrafi zrozumieć, że zwyczajnie boję się prowadzić tak dużą maszynę jaką jest samochód po ulicy i jeździć nią „na serio”…

  • Parę razy siedziałam za kierownicą, z kluczykiem w ręce, na zasadzie: „spróbuj, może ci się spodoba”. Nie spodobało się. Na fotelu kierowcy oblewam się potem, mam kołatanie serca, miękkie nogi i mętlik w głowie. Jeśli kiedyś będę potrzebowała prawa jazdy, to najpierw muszę iść na terapię, bo u mnie się to wiąże z dość nieciekawymi doświadczeniami z dzieciństwa, co naprawdę bardzo trudno przeskoczyć.

    Ciekawe, że nie wspomniałaś o jednej, według mnie dość istotnej rzeczy – kosztach, jakie się wiążą z kursem i egzaminem. Ja w liceum dostałam wybór: kurs językowy zakończony certyfikatem, który zwalniał z matury, albo prawo jazdy. Moich rodziców zwyczajnie nie było stać na obie te rzeczy.

    I tak się bujam od lat taksówkami, zbiorkomem i carpoolingiem, nie odczuwając potrzeby zdobywania dokumentu, z którego i tak nie zamierzam korzystać. Do pracy nie opłacałoby mi się jeździć autem (finansowo, ale i czasowo), a w tramwaju sobie chociaż poczytam :-)

  • Michalina

    podobnie jak Ty, nie garnęłam się „za młodu” do zrobienia prawa jazy. Chrzestna chciała mi nawet zafundować kurs w ramach prezentu na 18 urodziny, jednak ja zupełnie się do tego nie garnęłam. Na pierwszym roku studiów nagle mi się odmieniło i zapisałam sie na kurs. Z początku faktycznie przytłaczała mnie ilość rzeczy, jaką należało zrobić jednocześnie – zmieniać biegi, skręcać, rozglądać się dookoła itp. Kiedy w końcu zrobiłam prawo jazdy nie bardzo miałam na czym ćwiczyć – jedyne auto w domu było praktycznie cały czas użytkowane przez mojego tatę. Wszystko zmieniło się, gdy po prawie roku pojechałam do pracy do Holandii – pewnego dnia po prostu wręczono mi kluczyki, mówiąc, że jutro mam zawieść do pracy siebie i moje koleżanki. Wyobrażasz sobie moje przerażenie? W PL nie jeździłam prawie wcale a tu nagle mam śmigać po holenderskich autostradach?! W nocy ze stresu nie mogłam zasnąć. Ale paradoksalnie taki skok na głęboką wodę bardzo dużo mi dał- do Polski wróciłam już jako bardziej pewny i obyty kierowca. Obecnie bardzo lubię jeździć, zwłaszcza od kiedy spełniłam swoje marzenie i kupiłam auto, które chciałam od zawsze- vw new beetla. Obecnie lubię wsiąść w samochód i jeżdzić po ulicach od tak, bez konkretnego celu. Pozatym interesuje się motoryzacja i od zawsze „siedziałam w temacie”. Co do Twojego pytania – czy każdy powinien mieć prawo jazdy? Moim zdaniem nie każdy. Są osoby, które faktycznie nie mają do tego predyspozycji i jeśli nie czują się pewnie to lepiej nie ryzykować – w końcu chodzi tu nie tylko o nasz komfort i bezpieczeństwo, lecz takze innych użytkowników dróg.

  • U mnie było zupełnie inaczej – nikt mnie nie namawiał, ja serio nie mogłam się doczekać zrobienia prawka! Może dlatego, że tata „przyszkalał” mnie od najmłodszych lat (ponoć pierwszego malucha zarysowałam mając niewiele ponad 2 lata, bo sama trzymałam kierownicę). Najpierw kierownica, potem zmiana biegów na siedzeniu pasażera, a na koniec samodzielna jazda po skupie buraków czy wiejskich drogach. Obsługa auta podobała mi się do tego stopnia,że czasem (mając kilkanaście lat) chodziłam udając jazdę – zatrzymywałam się, żeby „wcisnąć” sprzęgło i mówiłam na głos kolejne biegi. Pierwszy egzamin miałam 3 dni po osiemnastce i poszłam na pewniaka. Niestety trafiłam na okropnego egzaminatora, który ciągle krzyczał, jakby specjalnie chcąc wyprowadzić mnie z równowagi. Ostatecznie byłam tak zestresowana, że myślałam tylko o tym, żeby to się już skończyło, miałam ochotę wysiąść z auta na środku drogi i iść do domu. Ostatecznie zostałam oblana na wątpliwej sprawie po upłynięciu czasu „na miasto” – wtedy jeździło się do 45 minut. Drugi egzamin zdałam, mimo, że jeździłam znacznie gorzej, ale egzaminator przymknął oko na kilka rzeczy. Dostałam prawko i… zaczęła się prawdziwa szkoła jazdy. Taka prawda:) Co z tego, że umiesz obslugiwać maszynę i jeździć po znanych miejscach. Dopiero gdy nie ma obok Ciebie instruktora uczysz się naprawdę. To już 7 lat odkąd mam prawko i uwielbiam jeździć.:) Jeśli uważasz, że się do tego nie nadajesz to ja Ci wierzę! Zgadzam się, że są ludzie, którzy nie powinni mieć prawa jazdy, bo stwarzają zagrożenie. Niektórzy widocznie nie mają do tego predyspozycji.

  • Nie mam prawka. Po skończeniu liceum poszłam na kurs i podeszłam do egzaminu praktycznego raz, a potem wyjechałam zagranicę. Teraz żałuję tych wtedy wydanych pieniędzy i boli mnie to trochę, bo w sumie mogłabym spróbować. Wtedy niestety uległam tej modzie, że prawko mieć trzeba, że wszyscy tak jak piszesz dostawali pierdolca, bo chcą iść na kurs i niestety też się dałam w to wmanewrować. Na kursie nie szło mi źle, ale każde spotkanie z instruktorem kosztowało mnie dużo nerwów, stresu i ogólnie przeświadczenia, że nie daję rady. Nie było fatalnie, ale moje nastawienie i niewiara w siebie, były druzgoczące. Poza tym instruktor był wsiowym dupkiem i strasznie mnie irytował. Teraz sama nie wiem za bardzo co z tym począć, bo przecież mogłabym spróbować, kasy szkoda, ale boję się jakoś. Nie wiem co z tym fantem pocznę. Czuję przymus. Bardzo lubię komunikację, nie narzekam na nią, czy za wcześnie czy za późno przyjedzie, o tłok się nie spieram, nie jest źle. Nie czuję wielkiej potrzeby zmieniania mojego stanu na zmotoryzowany, ale ciśnienie czuję. Całe szczęście, że nie dałam się wtedy też wmanewrować w pójście na JAKIEKOLWIEK studia, skoro wszyscy idą, bo teraz i tego bym żałowała, a wtedy nie miałam pojęcia co chcę studiować.

  • Ja od dawien dawna chciałam mieć prawo jazdy, ale w sumie to tak naprawdę nie potrafię powiedzieć, po co :D Zbierałam się z tym od matury, bo Rodzicielka powiedziała, że jak zdam, to mi zafunduje, i dopiero rok temu się za to wzięłam… W ogóle się nie nastawiałam ani pozytywnie ani negatywnie, ale po pierwszej godzinie jazd byłam przerażona, bo faktycznie cholernie dużo rzeczy jest do ogarnięcia, a ja nawet nie potrafiłam dobrze skręcić :D Ale na drugiej godzinie już wyjechałam w miasto (na ruchliwą Ślężną w godzinach wieczornych!) i bardzo szybko mi się jazda spodobała – z instruktorem z boku człowiek czuje się jednak bezpiecznie, a jak się już nauczy jeździć na tych ruchliwych ulicach, to potem to pewnie idzie, tylko ja nie miałam okazji tego sprawdzić, bo… w końcu prawa jazdy nie zrobiłam. Zdałam wewnętrzny praktyczny, ale do teoretycznego (też wewnętrznego) nawet nie podeszłam, bo zniechęciły mnie te cholerne testy z durnymi pytaniami o kompletnie kierowcy nieprzydatne rzeczy typu „jaką maksymalną długość może mieć samochód osobowy z przyczepą?” (po cholerę mi to wiedzieć, w codziennej jeździe nijak mi się to nie przyda, a jak będę chciała sobie kupić przyczepę, to mogę to przecież sprawdzić!) Teraz pluję sobie w brodę, że nie zrobiłam tego prawka od razu po maturze, bo wtedy była ta znana baza pytań i zdałabym to z palcem w… nosie, a teraz teorię nawet trudno zaliczyć :/ A prawko by się przydało, bo samochód mamy z chłopakiem i czasem by się przydało, żebym mogła sobie gdzieś podjechać sama, a tak to jestem skazana na to, czy Jacek akurat nie jest zajęty albo zbyt zmęczony, a jeśli jest to na komunikację miejską, a wiadomo, że samochód to jednak jest o wiele większa wygoda… Tak że tego. Nie uważam, że każdy powinien mieć prawo jazdy, bo i po co? To żaden przymus i nikomu się nie dziwię, jeśli nie ma, ale ja bym chciała mieć, tylko trudno mi się zebrać, żeby wyklepać na pamięć te wszystkie przepisy, wolę w tym czasie czytać książki :D

  • Jeśli nigdy nie próbowałaś, to warto spróbować (pojeździć). Ja też nie zrobiłam prawa jazdy w LO, zwlekałam z tym o wiele dłużej, ale teraz nie wyobrażam sobie nie mieć prawa jazdy. Co do ogarniania tak wielu rzeczy – można kupić samochód w automacie, odpada 2/3 myślenia za kierownicą.

  • Zrobiłam prawo jazdy na studiach, więc nie tak od razu, gdy tylko metryka mi na to pozwalała. Zdałam, nie wiem w sumie dlaczego, bo raczej nie powinnam. Bałam się jeździć – podobnie jak Ty miałam wrażenie, że za dużo innych samochodów/rowerów/tramwajów/autobusów/pieszych. Aż pewnego dnia zostałam sama potrącona na pasach (spokojnie, przeżyłam ;)). I dotarło do mnie, że tym roztargnionym kierowcą mogłam być ja. Na kilka lat porzuciłam prowadzenie samochodu. Wróciłam do niego chyba trzy lata temu. Po prostu – musiałam być mobilna w pracy. Odnowiłam prawo jazdy, wzięłam dodatkowe lekcje i zaczęłam jeździć. Najpierw ostrożnie, później już coraz pewniej. I jeżdżę cały czas – nawet dzień przed porodem prowadziłam samochód :) Jeśli jednak obawiasz się prowadzenia samochodu, nie rób prawa jazdy. To jeszcze nie Twój czas :) Na szczęście są taksówki i komunikacja miejska.

  • jazzitall

    Mam arytmię – niby wiele osób ją ma, ale akurat ja z powodu jej objawów nie mogę jeździć, prędzej czy później skończyłoby się to wypadkiem. Nawet gdy idę pieszo muszę sobie czasem po prostu przystanąć jak starsza pani i odetchnąć, żeby nie zemdleć. Prawko mam (za granicą zrobiłam), ale w czasie kursu parę razy zasłabłam, a na egzaminie zaczynałam się dusić (wiadomo, dodatkowy stres) i ciężko mi było zdać. Zatem problem prowadzić/nie prowadzić mam z głowy :)

  • modka

    Haha, jakbym czytała o sobie.
    Mam 32 lata. Wiecznie obwieszczałam wszem i wobec, że nie nadaję się na kierowcę, bo jako pasażer potrafiłam panikowac, a co tu dopiero ogarnąc tyle rzeczy podczas prowadzenia!
    Jednakże odwazyłam się pójśc na kurs (zgodnie z zasadą – jak nie spróbujesz, to sie nie dowiesz) i choć podczas jego trwania miałam wiele chwil zwątpienia łącznie z niby ostateczną decyzją, że nie będę do egzeminu podchodzić, to jednak do niego podeszłam i zdałam za pierwszym razem :) Da się, da się :D
    Jestem ok. 2 miesiące po odbiorze prawka i muszę przyznać, że sprawia mi to przyjemność, choć oczywiście błędy jeszcze popełniam i pewnie jeszcze długo będe je popełniać. Mam liść klonowy przyklejony na szybkie i daje mi to wewnętrzny komfort ;)
    Za około miesiąc kupuję sobie autko, by ciągle nie zabierać samochodu mężowi (choć on zadowolony, że po zakupy nie musi jeździc, ale to kombi i uważam że dla mnie ciut za duże) i wówczas będę szlifowac umiejętności.

    Strasznie mi się podoba jedna z ostatnio puszczanych reklam, jak kobieta mówi: ’emocje, to sa podczas prakowania’ – to takie prawdziwe :D :D

  • To chyba ja jestem taką osobą, u której nie da się tego wyuczyć. Szkoda tylko, że nie wiedziałam tego zanim zaczęłam kurs. Zaoszczędziłabym sobie stresów, łez i pieniędzy, które wydawałam na każdy kolejny egzamin. W końcu się z tym pogodziłam, wytłumaczyłam sobie, że skoro nie jestem w stanie tego przeskoczyć i mimo starań nic nie wychodzi, to sobie odpuszczam. To wysokie IQ mnie pociesza :) Poza tym jestem zdania, że nie każdy musi mieć prawo jazdy. Jeżeli mieszka się w dużym mieście (od października również Wrocław) jest ono mniej potrzebne niż osobom, które mieszkają w miasteczkach i na wsiach.

    https://czarneoko.wordpress.com/

  • Mam bardzo podobne odczucia, nie czuje się dobrze za kółkiem i udowodnił mi to caaały kurs… najbardziej bola wydane na to pieniądze. Dobrze piszsz – ja za kółkiem jestem niepewna, przestraszona i naprawdę mogę stanoic zagrożenie.. po prostu nie daje rady nerwowo i psychicznie, a wówczas mi nic nie wychodzi.

    • Maja

      Ale przynajmniej masz tego świadomość. Na pewno są tacy, którzy nie mają albo mają, ale nie słuchają rozumu. I zapewne w dużej mierze w tym trzeba szukać przyczyny wypadków.

  • polaczkropki.pl

    Wczoraj poruszyłam podobny temat. Sama mogłabym mieć prawo jazdy od 6 lat i neiktórzy moi znajomi zaczynali kurs prawa jazdy jeszcze przed 18-nastką, aby w dzień 18 urodzin już pójść na egzamin i mieć prawo jazdy. Ja nie mam do tego pociągu i nie czuje, że chciałabym tego spróbować. Inni się dziwią i uważają, że w tych czasach to norma i każdy powinien mieć. Heh. Również nie czuje ograniczeń z tego powodu. Nie chcę robić prawka dla samej zasady. Jak będę miała konkretny powód to wtedy przemyślę sprawę:)

  • pzu

    Zrobiłem prawko. Nawet myślałem, aby kupić jakieś auto. Budzę się rano i się zastanawiam. Kupie coś w stylu Seicento, aby nauczyć się jeździć. Ok 1500zł w auto + 2000zł / rok w OC, a do tego koszty benzyny i prawdopodobnych napraw. Takie OC KURRRR… Zrezygnowałem z jazdy, prawko mam, ale nigdy jeździć nie będę. Sama myśl o tym,że mam wżciąś za kierownice powoduje ,że chce mi się rzygać.
    Jeśli PZU myśli,że mają doczynienia z debilami, to widocznie sami nimi są.

  • Nowhere Girl

    [ksywka anglojęzyczna, bo komentuję za pomocą tego systemu prawie wyłącznie na zagranicznych stronach]

    Nie umiem prowadzić samochodu. Koordynację pewnie mam nie najlepszą, bo mam „dwie lewe ręce”, dużo częściej niż parę razy w roku po prostu coś upuszczam, ale uważam, że mój brak zdolności ma przede wszystkim podłoże psychologiczne: po prostu paniczny lęk przed możliwością zrobienia komuś krzywdy. Nigdy mi nie szło. Formalnie prawo jazdy mam, uważam, że dostałam je z litości, ale od lat nie prowadzę. Ani razu nie prowadziłam bez mamy, a i tak wysiadałam po prostu obolała – tak się denerwowałam, że podczas jazdy cały czas miałam napięte mięśnie obręczy barkowej.
    Mam przy tym słabą motywację do prowadzenia samochodu, bo obecnie i tak nie stać mnie na samochód, w obrębie miasta z łatwością radzę sobie bez niego, a poza tym wykształciła się u mnie pewna wrogość do samochodów – jestem z tego stronnictwa politycznego, które uważa, że miasta są dla ludzi, a nie dla samochodów, środowisko jest bardzo ważne i ruch samochodowy należy ograniczać, a nie promować. A przy tym po prostu czuję się czasami dyskryminowana jako piesza (przykład pierwszy z brzegu: przyciski warunkujące zielone światło dla pieszych, nawet wtedy, gdy samochody w kierunku równoległym i tak mają zielone), więc utożsamiam się właśnie z ruchem pieszym i zbiorkomem, a nie z samochodowymi ambicjami.
    Dodam, że męża nie mam i uważam za istotne przypominanie, że nie każda kobieta ma kogoś, „kto by ją woził”. Nie mam i nie będę mieć męża, chłopaka, narzeczonego ani kochanka. Co najwyżej, może, platoniczną partnerkę. A jednak radzę sobie bez samochodu. Dodam jeszcze, że moja mama prowadzi znakomicie – faceci mogą jej czapką buty czyścić – i to ona próbowała mnie douczać (zrobiła nawet pachołki z butelek po wodzie mineralnej i listewek drewnianych) – a jednak nie wyszło, nie mam ani jej zdolności, ani jej podejścia.

  • Pingback: WTORLINKI #65 - Króliczek Doświadczalny()

  • Maja

    Mam 26 lat i wyrobienie prawa jazdy jest dla mnie wciąż kwestią zastanwiającą. Kalkuluję, czy dam radę ogranąc w jednym czasie tyle atakujących mnie bodźców (inni kierowcy na drodze i wszystko co nimi związane – ich emocje, myśli,np. oczekiwania oraz oceny mojej osoby), ewentualne wybiegające zwierzaki, strach przed tym, by żadnego nie potrącić, scenariusz jak się zachować, gdy jednak się to stanie, tzn. jak szybko i skutecznie pomóc rannemu. Do tego jak zapanować nad wyrzutami sumienia, które jeszcze bardziej wzmogą hiperstymulację oraz np. strasznym widokiem i cierpieniem, Dalej – jak zapanować nad przymusem spełniania oczekiwań innych, np. gdy czyjeś widzimisię żąda, abym jechała szybciej, bo się przecież wlokę albo jeżdżę jak księżniczka. Do tego jeszcze dochodzi przeświadczenie , że może oni mają rację, może serio nie umiem, może nie powinnam albo że stwarzam niebezpieczeństwo. Zbyt wiele myśli, emocji do ogarnięcia naraz, cudzych i własnych. Myślę, że delikatna budowa układu nerwowego powoduje takie reakcje (czyli HSP ma wplyw też na tą sferę, w sumie jak na wszystkie inne). Ale przy tych wszystkich trudnościach, błyszczy iskierka nadziei. ;) Czuję, że skoro wymyśliłam już tak wiele życiowych strategii, jeśli naprawdę zechcę, jakoś poradzę sobie i z tym. PS Pociesza mnie to, że przynajmniej mam świadomość swoich mocnych i słabych stron, swoich reakcji. Jak się zastanowię, to jest to jednak ewidentnie mądre, odpowiedzialne zachowanie. Dopóki nie obmyślę skutecznej strategii (stopniowo, po jednym kroczku), nie zrobię prawa jazdy. Aha, no i przydał by się jeszcze nauczyciel – spokojny, świadomy, opanowany, najlepiej flegmatyczny, żebym sondowanie jego emocji mogła sobie odpuścić. :)

    • Maja

      No przecież! – jeszcze zapomniałam o świadomości wpływu na środowisko (doczytałam w komenatrzu poniżej). Przecież zamierzałam w tej kwestii naśladować freegan. Świadomość robienia krzywdy naturze też jest w pewnym stopniu paraliżująca. Przyda się więc odpowiednie auto – takie z silnikiem przekonwertowanym na zużyty olej roślinny albo na energię słoneczną. Czyli podsumowując – będzie, co robić i tej sprawie, nie ma mozliwości, aby było nudno.

  • Kamil

    Ja mam 22 lata, nie mam prawa jazdy i do większości miejsc, które muszę odwiedzać, jeszcze kom miejską, rowerem albo idę piechotą. Trochę mi to ułatwia fakt, że mieszkam w większym mieście, ale gdybym mieszkał w mniejszym, to po prostu więcej czasu wkładałbym w konserwację roweru albo zrobiłbym uprawnienia na skuter. Dopóki mam pojazd, który jestem w stanie „ręcznie” przestawiać i prowadzić, to jeżdżę nim spokojny. Obecnie, nawet gdybym zrobił prawko, to wkrótce zapomniałbym umiejętności przez brak praktyki (studiuję i mieszkam w akademiku, kwadrans spacerem od uczelni, na której i tak pojedyncze miejsca parkingowe są zajęte, a w domu bywam za rzadko), więc wolę odłożyć to na okres, kiedy skończę studia i zacznę pracę. To, co mnie niepokoi na drodze, to zachowanie w razie stłuczki czy wypadku, i parkowanie- chyba najchętniej kupiłbym malucha i jeździłbym nim do zardzewienia całego nadwozia właśnie ze względu na wymiary (i dobry rozkład ciężaru).
    Mój kumpel z akademika prawo jazdy zrobił w wieku 19 lat. Wydał kupę kasy, a teraz mieszka ze mną, nie jeździ autem i przyznaje, że prawie wszystko zapomniał. Tak, jak nie jestem fanem chomikowania wielu rzeczy w przekonaniu, że może się kiedyś przydadzą, tak samo nie próbuję opanować jakiejś umiejętności, nie wiedząc, kiedy mi się konkretnie przyda.

  • alibunia

    Ja się zabrałam 2 lata temu potem pół roku przerwy dużo miałam egzaminów z czego tylko raz wyjechałam z placu . Mam 29 lat i na żadnej jeździe nie jechałam na luzie nie tyle boje sie o swoje życie co o innych. I zaczynam nienawidzic wszystkich ktorzy wciskaja kit ze jak nie masz to jestes lejba. To mam to gdzies lejba jestem i tak umre.

  • Marcin Szydłowski

    Witam.

    Pytanie pierwsze
    Nie bałem się prowadzenia samochodu i było to dla mnie świetne przeżycie. Nie posiadam pojazdu, ale szwagier dał mi kiedyś poprowadzić na łąkach w mieście, w którym mieszka (ok. pół godz. jazdy). Podeszłem do tego jak do kolejnej użytecznej czynności. W przypadku ludzi, którzy się boją to może niekoniecznie należy ich z tego strachu wyciągać? Może kwestią jest zdecydowane postawienie się znajomym/bliskim albo lepsze zrozumienie siebie, w sensie: „czy jest to potrzebne w moim przypadku”. Jeżeli jednak ktoś boi się, ale bardzo chciałby jeździć, to może jest to związane z brakiem wiary w siebie lub przesadnym mnożeniem czarnych scenariuszy, w których inni mogliby ucierpieć na drodze? Warto wtedy zastanowić się na ile takie scenariusze są prawdopodobne. Może lęk wynika też z tego, że ten ktoś po prostu czuje się niepewnie w obecności „zimnych”, brudnych, dużych i niebezpiecznych maszyn i urządzeń albo jest uczuciowym, ofiarnym człowiekiem, który nie chce skrzywdzić innych z powodu swoich ewentualnych błędów?

    Pytanie drugie
    Jak najbardziej nie. Dokument potwierdzający zdany egzamin – tak jak każdy dokument – nie jest wiele wart bez praktyki. Co z tego, że wydano pieniądze na egzamin, poświęcono czas i jest się szczęśliwym posiadaczem samochodu, skoro nie będzie się z niego korzystać. Odnosi się to do wszystkiego w życiu. Przykładowo, jestem po pewnym egzaminie certyfikacyjnym z programowania, ale nie wykorzystuję pewnych rzeczy i zdążyłem je już zapomnieć. Inną kwestią jest umiejętność prowadzenia wehikułów, np. pojazdów mechanicznych – to mogą być bardzo użyteczne i przydatne czynności i raczej na takiej formie bym się skupił, czyli obeznania z prowadzenia samochodu w różnych warunkach a nie zdania egzaminu dla idei.

    Pytanie trzecie
    To zależy jaki typ charakteru dominuje u człowieka. Jeżeli taka osoba jest wrażliwa i nie odczuwa potrzeby żeby prowadzić a pomimo tego radzi sobie w życiu całkiem dobrze nie wadząc innym albo im pomagając, to nie widzę sensu, żeby taki ktoś musiał zdawać i jeździć bo będzie tylko katowała siebie i być może innych. Robienie rzeczy na siłę i przymuszanie kogoś to raczej niezbyt dobra próba zrozumienia i pogodzenia się z jego umysłem. Inny przykład dotyczy mojej osoby: zamierzam pójść na egzamin, ale niekoniecznie po to żeby zdać, ale po to aby zdobyć nową umiejętność. W mojej sytuacji, posiadanie samochodu byłoby dużym, bezsensownym wydatkiem ponieważ po prostu nie korzystałbym z niego z racji świetnej lokalizacji zarówno do pracy jak i innych miejsc.

    Niestety, poruszona kwestia jest podobna do innych w naszym życiu: często otoczenie wie za nas lepiej niż my sami i może to jest jedyny problem.

    • Marcin, dziękuję Ci za to że chciało Ci się tak wyczerpująco odpowiedzieć na moje pytania :)

      Aktualnie już nie czuję takiego parcia na prawo jazdy, ale chciałabym – na wszelki wypadek – nauczyć się uruchamiania i prowadzenia samochodu. Może kiedyś będzie od tego zależeć czyjeś życie, więc warto by. Ale nie sądzę żebym zmusiła się do regularnego prowadzenia. :)

  • iza

    Witam..ciekawa dyskusja niewielu przyznaje się ze nie ma prawka i mu to nie przeszkadza. .to odwaga to jak w gronie mamusiek powiedzieć ze nie lubi się dzieci. .no lincz z marszu..he ja właśnie jestem znowu na kursie po 10 latach juz na studiach zdążyłam się zniechęcić, instruktor nagadał mi ze tylko debile nie zdają i chyba nim jestem ale studia nie łatwe tez skończyłam wiec nie wiem co ze mną nie tak. ? Teraz muszę to zrobić musze….muszę ciągle to słyszę wszędzie juz mi uszy wiedna od tego,nie czuje się jakoś super za kierownicą nie wiem moze to ilość godzin z czasem będzie lepiej mam kolejny egzamin nie zdany za sobą jakoś 10 lat temu szło mi lepeij bo na miasto za każdym razem wyjeżdżalam a teraz plac zawaliłam, nie wiem czemu mmyślę że 1h ćwiczeń łuku to za mało i schematyczne uczenie się typu kręc kierownicą jak zobaczysz 2 słupek to dla mnie instrukcja zła. .chyba potrzebuje czegoś bardziej skaplikowanego..moze faktycznie ludzie z mniejszym ilorazem inteligencji mają łatwiej nie rozpatrują od razu 100 wersji tego co może się wydarzyć jak małpy powtarzają odruchowo i są bardziej skupieni na czynności. .to pocieszające ale jakoś nie przekonuje to moich tesci co mi dupe trują od lat a naj madrzejisi są ci co prawka nie mają a ci co zdali za 1 razem to już próbują leczyc swoje kompleksy wrzywając się na mnie gadaniem typu: ale to takie proste jak to nie zdałas? ??znowu??!? Boże juz dość mam ich wszystkich. .pozdrawaim wszystkich i życzę odwagi stawiania czoła tym co wiedzą lepiej jak macie żyć co dla was dobre. ..

  • Toitoito

    Króliczku! Napisałaś genialny tekst. Ja należę do grupy osób, która pali się do zrobienia prawa jazdy 😊. Duży wpływ ma na to że ja bardzo często od urodzenia jeżdżę z mamą jako pasażer. Oczywiście że z przodu😊. A z kolei moja mama jest super kierowcą i pędzi przez miasto z całą prędkością oraz jeździ mega płynnie. Po prostu w tej kwestii jest hardkorowa. Prawo jazdy ma od kilkunastu lat i jednym jej poważnym wykroczeniem to było przekroczenie prędkości. Zresztą niewielkie 😉. Jedyną jej dysfunkcją jest to że podczas jazdy do tyłu mylą sie jej strony prawa i lewa. Jest jedną z najlepszych kierowców i na dodatek lepiej prowadzi od mojego taty. (co widać że kobiety są lepsze od facetów). Dzięki temu że mam styczność z pojazdami od urodzenia znam wszystkie przepisy, podzespoły samochodu, modele, marki, jak i kiedy zmieniać biegi itp. Uważam że najlepszym wzorem dla dzieci są rodzice. Bo jak miało się słabych kierowców w rodzinie którzy spowodowali wiele wypadków to będzie zawsze jakaś bariera. Jak zrobię prawko to zamierzam prześcignąć moją mamę ☺

  • Dorota T.

    Ja nie mam prawa jazdy – bo nie mogę ze względów zdrowotnych. Obracać się w środowisku ludzi, których nic nie ogranicza. Często spotykam się z wielkim zdziwieniem – Nie masz prawa jazdy?????? Jak Ty sobie radzisz? Jak w dzisiejszych czasach można tego prawka nie mieć? I dokładne te wszystkie argumenty, które Ty slyszysz. Przez takie reakcje często czuję się tak, jakby moja niepełnosprawność była moim wyborem. I jak nie muszę, to się do tego nie przyznaję. Czuję ciągłą presję. Nawet porady typu, by nieco oszukać lekarza…. Bez samochodu i prawa jazdy radzę sobie doskonale, choć w pracy jestem dziwolagiem, że dojeżdżam autobusem. Przyznaję, że bardzo chciałabym móc być kierowcą, ale choroby nie przeskocze. Z drugiej strony, wkurza mnie ograniczone myślenie, że bez prawa jazdy nie da się żyć. Pozdrawiam i dziękuję za post. Dobrze wiedzieć, że są wyjątki :)

  • wkrystek

    Witam! Chetnie dolacze do dyskusji choc nigdy nie pisalem na zadnych blogach poniewaz nie czulem takiej potrzeby I zawsze wydawalo mi sie to smieszne to co ludzie pisza, wiec wolalem tylko czytac a nie komentowac.
    Tym razem po przeczytaniu wielu opinii chcialbym napisac cos od Siebie jak ja uwazam I co mysle na temat o wszystko.
    Marzeniem kazdego bylo I bedzie posiadac dowod osobisty a dodatkowo posiadania prawa jazdy.

  • SonBartazSSB

    hm ^^ I go ! with You! :D