I znowu czas na podsumowanie miesiąca. Kiedy minął czerwiec? Mam wrażenie, że jego cztery tygodnie przeleciały mi trochę przez palce. Z resztą chyba zawsze tak jest. Czas między wiosną a latem, choć z pozoru piękny, optymistyczny, pozytywnie nastrajający itd., jest też pełen napięcia. Kończy się połowa roku (jak tam Twoje noworoczne postanowienia?), a w szkołach i na uczelniach semestry. To oznacza czas wewnętrznych rozliczeń – czy zasłużyłem na wakacje? Czy przez te pół roku zrobiłem coś, co popchnęło mnie do przodu? U mnie takie półroczne podsumowanie zakończyło się… kryzysem.

DNO

Czerwiec dał mi trochę popalić. Choć to też złe sformułowanie. W czerwcu ja sama dałam sobie popalić na tyle, że gdzieś w jego połowie usiadłam (nad brzegiem rzeki Odry) i płakałam: ale spieprzyłam! Ocknęłam się chora, pozbawiona energii, sfrustrowana i nie widząca wyjścia z tej ciemnej dupy, w jakiej się znalazłam. Naprawdę dawno nie miałam tak wyrazistego odczucia, że dotknęłam dna. Ale ten moment był jednocześnie przełomowy. Dno ma to do siebie, że pod nim nie ma już nic – można się jedynie odbić. Pod warunkiem oczywiście, że zostawi się balast, który nas do niego ściągnął.
I teraz, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że największej i najcięższej części mojego obciążenia się pozbyłam. Jeszcze sporo do przepracowania, ale nie ma już od tego odwrotu i idę w dobrą stronę.
Mieliście kiedyś wrażenie, że z dnia na dzień staliście się inną osobą? Albo że nagle zmienił Wam się filtr, przez który patrzycie na świat? Że zamiast niebieskiej tabletki, jak zwykle, wzięliście czerwoną? Nie ma w tym przesady, kiedy mówię, że tak się wtedy poczułam. Bolało w cholerę. Dosłownie – emocje tak owładnęły ciało, że ból był fizycznie dławiący i miażdżący. Nadal jeszcze momentami boli, ale nagle wszystko zaczyna układać mi się w całość – choroba, która wzięła się ‚nie wiadomo skąd’, brak sił, zniechęcenie do jakiejkolwiek aktywności, obezwładniające poczucie beznadziei i pustki – to były po prostu oznaki, że mój dawny styl życia/sposób myślenia się wypalił i kompletnie nie sprawdza się w starciu z rzeczywistością. Długo zwlekałam z jego zmianą, aż w końcu zlepek wspomnianych wydarzeń wymusił to na mnie niemalże przemocą. No cóż, im bardziej stawiamy opór wobec konieczności rozwoju i pozbywania się wad, tym potężniejszych sił używa świat, żeby nas do tego przekonać.
Ujmując to bardziej obrazowo: rzeczywistość (kto wierzy, może podstawić sobie w jej miejsce odpowiednią osobę  boską) zapędziła mnie w ciemny zaułek i spuściła ostry wpierdol, a ja uznałam, że w sumie to ma rację i oddałam jej do tego jeszcze portfel, dziękując za cenną lekcję. Tak to mniej więcej wyglądało.
Aktualnie czuję się zdecydowanie lepiej. Zmieniam trochę codzienne aktywności, podleczam różne sfery organizmu, a przede wszystkim – patrzę na świat bez okłamywania samej siebie i z większą świadomością różnych mechanizmów obronnych, które resztkami sił gdzieś tam jeszcze się mnie trzymają. Kolejne złudzenie na własny temat upadło z wielkim hukiem. A ja czuję się dzięki temu znacznie silniejsza. Jest dobrze, serio, nie martwcie się. :)

MIEJSCA, WYDARZENIA 

Wracając do przyjemniejszych i przyziemniejszych tematów: w czerwcu udało mi się odwiedzić Arboretum w Wojsławicach (50 km od Wrocławia), miejsce, które właściwie mogłoby nazywać się ogrodem botanicznym, ale ma większą powierzchnię i skupia się głównie na gromadzeniu ciekawych drzew i krzewów. Nie było źle, choć to jednak rozrywka bardziej dla rodzin z dziećmi i takich też było tam najwięcej w sobotnie przedpołudnie.

 

Przy okazji zobaczyliśmy miasteczko, w którym czas zatrzymał się jakieś 30 lat temu – pobliską Niemczę. Miałam wrażenie, że pokrywa je wciąż ten sam, co za komuny kurz. W dodatku na 4 restauracje, które się tam znajdują, 3 miały w tym dniu rezerwację (wesele, chrzciny i coś tam jeszcze) więc późnym popołudniem, kiedy już stamtąd wracaliśmy, byliśmy głodni jak wilki. Nie polecam takich atrakcji w upały.
Co poza tym – odwiedziłam Katowice i kolejną, 5 już Blosilesię. Krótkie, ale bardzo inspirujące spotkanie. Jeśli ktoś jeszcze tam nie był, zastanawia się czy warto – ja osobiście rekomenduję. O ile nie zawsze da się wyciągnąć coś nowego z wykładów i prelekcji, to każda okazja do zacieśniania blogerskich więzi (i nawiązywania nowych) jest cenna.
zdj. pożyczone ze strony blosilesia.org

 

 

STRAWA
DUCHOWA

Z przyczyn wiadomych, wyżej wymienionych, nie miałam w czerwcu siły na żadne lektury. Zrobiłam wyjątek tylko dla jednej – trafiła do mnie wreszcie kultowa Biegnąca z wilkamiJej czytanie jest trochę jak intelektualna masturbacja – autorka pisze o tym, co siedzi mi gdzieś głęboko w duszy i do czego byłam od dawna przekonana, ale dzięki jej słowom nabiera to w mojej głowie wyraźniejszego kształtu (czyli po prostu toruje mi drogę od serca do rozumu, od czuję do wiem). Polecam każdej dziewczynie poszukującej źródeł swojej kobiecości, oraz wszystkim, których interesuje antropologiczne spojrzenie na kobietę.
Filmy: 
Mad Max: Fury Road – od momentu rozpoczęcia seansu zapomniałam, że siedzę w sali kinowej – rozpoczęłam bardzo stymulujący trip, który wbił mnie w krzesło i nie pozwolił nawet przez chwilę mrugnąć i wypuścić oddechu (no dobra, może ze dwa, trzy wydechy zrobiłam). Kiedyś przyjęłabym taki stan rzeczy z radością, dzisiaj mam już świadomość, że nadmiar bodźców raczej mi nie służy i męczy mój organizm. Nie mogę jednak powiedzieć, że był to zły film – podobał mi się zwłaszcza sposób ukazania w nim kobiet jako równorzędnych bohaterek, wpływających na przebieg akcji, co w Holiłudzie jest rzadkością. No i obrazek zagrzewającego do walki gitarzysty, otoczonego ścianą głośników – jeśli lubicie heavy metal i klimaty steampunk, czy raczej dieselpunk, też Wam się spodoba.

 

PS – Nie wiem czy to tylko moja interpretacja, czy ktoś z oglądających też wyłapał tam motyw telepatycznej komunikacji pomiędzy kobietami? 8/10
American Sniper – nie rozumiem fenomenu Bradleya Coopera, ale w roli rednecka wcielonego do armii jako strzelec wyborowy, i walczącego później z zespołem stresu pourazowego jest bardzo przekonujący. Dobra rola, dobra historia oparta na faktach, choć nie jest to przyjemny film na wieczór. 8/10
Klub winowajców (The breakfast club) – podobno klasyk, podobno pierwowzór współczesnych amerykańskich komedii o nastolatkach i szkole (z roku 1985). Obejrzałam zaciekawiona pochlebną recenzją na Filmwebie, ale jednak nie do końca czuję ten klimat. Trochę za dużo dłużyzn, trochę za słabo zarysowane osobowości niektórych bohaterów. Mimo wszystko miał kilka ciekawych smaczków i… całkiem dobrą muzykę. Od momentu kiedy w poprzedniej pracy byłam codziennie katowana kanałem muzycznym Eighties, polubiłam i chyba nawet zaczęłam rozumieć tamte klimaty.  6/10


WYZWANIE? PLANY?


Wyzwania, które stawiałam sobie na czerwiec w trakcie miesiąca nieco się zdeaktualizowały, bo najwięcej czasu i energii zajmowała mi wspomniana przeprawa z samą sobą, ale to nie znaczy, że nie zrobiłam niczego, co zaplanowałam. Mogę sobie pogratulować postępu w small talkach (chociaż towarzyszące im uczucie pewnego wysiłku raczej nigdy mi nie minie), oraz tego, że odbierałam wszystkie telefony. Od razu też spotkała mnie z tego tytułu nagroda, bo dzięki którejś z takich rozmów dostałam za darmo od banku niebędący w standardowej ofercie cashback, tak na zachętę, żebym była ich aktywniejszym klientem. Miło.
Nie robię sobie żadnego nowego wyzwania na lipiec. W moich planach jest po prostu obserwowanie świata z nowej perspektywy i tym samym – uczenie się wielu rzeczy na nowo.Ten miesiąc przyniesie mi na pewno (już przynosi) sporo ożywczego ruchu i podróży. Wczoraj wróciłam z Blog Conference Poznań, później, 18-ego trafię najprawdopodobniej na piknik organizowany przez twórców Smok Blog, a ostatni weekend spędzę nad morzem, na See Bloggers. W międzyczasie będzie jeszcze kilka mniejszych wyjazdów w Polskę i imprez, a na początku lub końcu sierpnia trafię do Belgii. Chyba tym razem uda mi się wycisnąć wakacje jak cytrynę. To oznacza, że częstotliwość dodawania wpisów na blogu raczej nie wzrośnie, ale… z tym to nigdy nie wiadomo.
Kończę już, wracam do pracy, a Wam z opóźnieniem życzę naprawdę udanego lipca!
PS – jak na migawki wrzuciłam wyjątkowo mało zdjęć, ale zawsze możecie je podejrzeć tutaj: instagram.com/kroliczekdoswiadczalny.