Co odkryłam podczas samotnej podróży

0
55

Koleżanka, rodzina, facet. Dotąd zawsze, gdy wyjeżdżałam poza granice Polski, ktoś był obok. Bo razem raźniej, bo lepszy podział kosztów, bo… bo tak.

Będąc w związku nawet nie brałam pod uwagę podróżowania osobno. Pokonywała mnie wygoda: wszędzie tam, gdzie trzeba było większej przebojowości, na pierwszy ogień szedł on. On nawiązywał rozmowy z obcokrajowcami, on załatwiał różne formalności, on prowadził przez miasto, kiedy ja nie miałam pojęcia, gdzie w ogóle jesteśmy.

Takie zdanie się na drugą osobę i wyciąganie z podróży samych przyjemnych elementów miało swój niezaprzeczalny urok. Czasem tylko, pośrodku tego wszystkiego odzywał się we mnie głos, że to ja chciałabym przewodzić, to ja chciałabym musieć rozmawiać po angielsku, ogarniać mapy, podejmować decyzje w nieprzewidzianych sytuacjach, to na siebie chciałabym być zdana. Patrzyłam na znane podróżniczki i fizycznie wręcz czułam, że omija mnie coś ważnego,

a to, co nazywam podróżowaniem, w zasadzie nie różni się wiele od wożenia tyłka z biurami podróży.

Ale od zeszłego roku zaszło w moim życiu tyle zmian, że pewnego dnia obudziłam się z myślą: przecież już nic nie stoi na przeszkodzie, żeby tego spróbować. Już nikt nie powie mi, że to niebezpieczne i nie wypada i po co-w ogóle-chcę-wyjeżdżać-sama-skoro-jestem-w-związku. Dlatego pierwszą rzeczą, jaką podarowałam sobie po zmianie stanu cywilnego były bilety do Oslo. Dość nietypowy prezent, bo z początku na myśl o nim byłam bardzo daleka od ekscytacji. 

Potrzebowałam chwili, żeby na nowo obudzić swój zmysł przygody.

Bo przecież miałam go w sobie od zawsze. Z początku tylko, dość głupio ukierunkowany i prowadzący na bezdroża. Później uśpiony albo oszukiwany mikro-aktami odwagi – wszystko po to, by nie zmuszał mnie do opuszczania kokoniku zależności w jaki się zaplątałam. W końcu jednak udało mi się go wskrzesić. Więcej – chyba nawet udało mi się go pchnąć na właściwe tory!

Dlatego właśnie dwa tygodnie temu spakowałam mały, kabinowy bagaż, wskoczyłam w adidasy i pokonując mój irracjonalny strach przed odprawami na lotnisku poleciałam na północ. Okazało się, że nie zatrzymali mnie na bramkach (przynajmniej nie przy wyjeździe z Polski), samolot nie runął na ziemię, mój czynny angielski jest znacznie lepszy niż myślałam, a ludzie okazują się niezwykle pomocni, kiedy widzą dziewczynę samą w podróży.

Odkryłam nieznaną mi wcześniej przyjemność z podróżowania we własnym tempie.

A moje tempo to m.in. na godzinne leniwe siedzenie nad obiadem bez żadnych planów i nagłe zerwanie się do biegu po doczytaniu, że muzeum, w którym wisi „Krzyk” Muncha, będzie czynne jeszcze tylko przez pół godziny. Albo nieprzyzwoicie długie zapatrzenie w grę świateł i cieni rzucanych przez liście na pustą ulicę. Albo zaciąganie się zapachem morza, aż do momentu nasycenia. Albo pójście do łóżka po 21, bo ciało i umysł zmęczyły się ilością nowych bodźców. Albo chodzenie w kółko przez 15 minut, by w końcu znaleźć wejście do metra, które cały czas było przede mną #małezwycięstwa.

Przekroczyłam kilka granic.

Poznałam parę osób, które nie-przypadek postawił na mojej drodze. Zgubiłam się i wędrowałam po rzekomo najgorszej dzielnicy miasta. Spędziłam cały dzień leżąc na skałach pewnej wysepki, czerpiąc siłę z natury i zapisując kolejne strony. Moim największym zaskoczeniem było to, że oczekiwałam od tego wyjazdu znaczniej więcej stresu, niż przeżyłam w rzeczywistości.

Któregoś razu, zamawiając w typowo norweskiej restauracji z żółtym M w logo zestaw Happy Meal, dostałam zabawkę – żółwia. Kładąc go później przed sobą na trawie wzgórza Holmenkollen, pomyślałam, że ten żółw jest jak mała manifestacja od Wszechświata, w pluszowej formie pokazująca mi, na jakim punkcie mojej ścieżki właśnie się znalazłam.

Wystarczy na niego spojrzeć: jest powolny, może nawet nieco niezdarny. Nie wygrałby konkursu na Mistera Zwierząt. Ale ma jedną cechę, której zawsze mu zazdrościłam –

niezależnie od tego, gdzie się znajduje, zawsze jest w domu. W każdej chwili, w każdym miejscu może wrócić do siebie i sprawić, że poczuje się bezpiecznie.

Będąc w tej podróży, pierwszy raz tak wyraźnie poczułam, że w środku mnie nie ma już lęku, który długo był mi towarzyszem. Zaglądając tam odkryłam, że noszę w sobie ciszę, spokój i bezpieczeństwo, do których pokładów mogę sięgnąć w każdej chwili, każdym miejscu.

Prawie rok po tym, jak zdiagnozowano u mnie depresję, zdobyłam pewność:

jestem zdrowa, bardziej niż byłam kiedykolwiek.

 

Dla takich odkryć warto czasem wybrać się w podróż samemu.