Od kiedy samotna wizyta w kinie stała się aktem społecznej odwagi? Albo inaczej: kiedy przestanie nim być?

 

Zdanie w tytule to jeden z pomysłów na to, jak w subtelny sposób ogłosić światu, że jesteś singielką i starasz się sobie z tym radzić. Tak, to o mnie. Uszczupliłam ilość noszonej biżuterii o jeden i znów jestem singielką. Nie przyszłam tu jednak, by mówić o tym, jak do tego doszło, ale żeby pod tym pretekstem pogadać o umiejętności radzenia sobie z samotnością, choćby chwilową. I o tym, jak wielu osobom jej brakuje, co widać na polskich i zagranicznych forach, pełnych wątków w rodzaju:

  • czy chodzenie do kina samemu to obciach?
  • czy wypada mi iść samej do kina?
  • dlaczego niektórzy chodzą sami do kina?
  • czy dziwnie jest iść do kina samemu?

itd.

Fakt, że coś tak prostego, zwykłego i niekłopotliwego w realizacji, jak samodzielne wybranie się do kina, wywołuje w społeczeństwie tyle niepokoju, od lat zadziwia mnie i fascynuje.

 

NIGDY NIE JADŁEM SUSHI, BO GO NIE LUBIĘ

 

Znam osobę, która uparcie twierdzi, że nie lubi sushi. Zapytana o to, jakiego próbowała, odpowiada, że żadnego, nigdy – ale nie lubi i już. Mam wrażenie, że z samotnym chodzeniem do kina jest dość podobnie. Wydaje się nieprzyjemne, nieswoje, dziwaczne, a  nawet upokarzające – dopóki rzeczywiście się tego nie spróbuje.

W 2015 Journal of Consumer Research opublikował wyniki eksperymentu, w ramach którego uczestnicy mieli ocenić, jak będzie podobać się im samotne wyjście do galerii sztuki. Następnie rzeczywiście tam szli i po powrocie opisywali, jak było. Okazywało się, że ich przewidywania zakładały dużo mniej przyjemności z takiej wyprawy, niż mieli w rzeczywistości. Gdyby się tam nie wybrali z powodów, które podawali (brzmiały mniej więcej jak: ludzie będą dziwnie patrzeć, pomyślą, że nie mam znajomych), ominęłaby ich cała zabawa. Tymczasem wcale nie było tak źle. Więcej – było bardzo fajnie!

 

KTO CHODZI DO KINA SAM?

 

Samotna wizyta w kinie to dobra okazja do obserwacji ludzi. Zwłaszcza tych, którzy przychodzą i wychodzą z niego sami. Z cieniem sympatii (mamy coś wspólnego!) i zainteresowania (co cię to przywiodło?) przyglądam się ich profilom i potylicom.

Na jednym z ostatnich seansów siadł tuż przede mną brodacz po 30-tce. Sam. Hipsterski singiel z wyboru – strzeliłam w myślach. Podczas reklam wyjął jednak z kieszeni telefon. Z tapety świecił bezzębny uśmiech może rocznego bobasa. Ach, więc pewnie wymieniają się z partnerką wolnym czasem na mieście. Teraz ona karmi i bawi, a po powrocie przewija on. Ale może bezzębny był tylko ukochanym siostrzeńcem, a brodacz rzeczywiście niezależnym singlem, jak bohater „Nigdy cię tu nie było„, które razem oglądaliśmy?

Są też dziewczyny. W moim wieku i młodsze. To ciekawe, że z reguły siadają gdzieś na skraju rzędów, albo z przodu, zupełnie jakby nie chciały zajmować najlepszych miejsc, w domyśle przypisanych parom i roześmianym paczkom przyjaciół. One usiądą niewidoczne, przyjdą tuż przed i wyjdą tuż po, zanim reszta zdąży zebrać kurtki i torby.

I jeszcze starsze panie. Wdowy? Rozwiedzone i dawno z tym pogodzone? Współmałżonki mężczyzn niewrażliwych na sztukę? Nie wiem kim są, ale zauważam, że zasiadają na swoich miejscach z pewną godnością, jakby wykupiony na półtorej godziny fotel był ich ulubionym, przytulnie wysiedzianym, tym, którego z szacunkiem omijają wszyscy domownicy oprócz kota. Wiadomo: to Jej, usiądź gdzie indziej.

Ilu z tych zajmujących pojedyncze miejsca jest krytykami? Blogerami? Ilu studentami filmoznawstwa, którzy jeszcze w trakcie redagują w myślach zjadliwą recenzję? Ilu ma partnerów na odległość, którzy oglądają ten sam seans, w tym samym czasie, lecz innym mieście?

Kupując bilet, jeden film dostaję na ekranie, siedem innych rozgrywa się przede mną na widowni. Zbieranina przypadkowych osób pobudza moją wyobraźnię do tworzenia historii jak te wyżej, jeszcze przed pojawieniem się na ekranie tytułu. To PIERWSZY z powodów, dla których tak lubię chodzić sama do kina.

 

DRUGI to czysty hedonizm

 

Bez towarzystwa zapadam się głęboko w fotel i w pełni poddaję wszystkim emocjom, które chcą mną zawładnąć, nie bacząc na to, że ktoś może zauważyć moje łzy czy rozmarzenie w zupełnie niestosownym momencie.

Nie podpatruję odruchowo reakcji towarzyszącej mi osoby, nie zarażam się jej dyskomfortem podczas niektórych scen. Zamiast tego skupiam całą uwagę na akcji. Nie czuję się źle, gdy film, który wybrałam, jest dla kogoś zbyt kobiecy albo za mało kobiecy, za mało logiczny, zbyt metafizyczny, za bardzo ścisły, za mało niszowy czy zbyt artystyczny. Nie odczuwam tego głupiego i nie-do-przyznania zawodu, że scena, która dla mnie była najpiękniejsza i najbardziej wzruszająca na świecie, u drugiej osoby budzi raczej obojętność. To nie kwestia braku towarzystwa o podobnym guście. Po prostu niektóre filmy poruszają struny tak intymne, że przeżywanie tych rozedrgań z kimkolwiek u boku, coś w tym procesie zaburza, coś mu ujmuje.

 

Wiele rzeczy możemy przeżywać razem. Są filmy, które dobrze ogląda się we dwoje, troje, pięcioro. Ale są i takie, które trzeba obejrzeć w samotności lub tłumie nieznajomych. I dni takie, kiedy półtorej godziny samotnego oderwania od rzeczywistości jest potrzebne jak oddychanie. Właśnie dlatego lubię chodzić sama do kina. Teraz mam tylko więcej okazji ;)

Też spróbuj!