Patrzę na zdjęcie mojego psa i zastanawiam się, czy w momencie, w którym uwieczniłam jego zwrócony ku niebu pysk, był szczęśliwy.

Czy w  ogóle można powiedzieć o psie, że jest szczęśliwy? A może po prostu leży to w jego naturze, wystarczy, że ma co jeść, pić i wystarczającą ilość miejsca, by położyć się w cieple. Och, i swobodę, nie zapominajmy o swobodzie biegania i tarzania się gdzie chce i kiedy chce, niezależnie od niczyjej decyzji i przyzwolenia.

Czy był tak samo szczęśliwy przywiązany do budy, najbardziej komfortowej jaką mogliśmy mu dać, z najlepszą, opracowaną przez zootechników karmą i zimną wodą w aluminiowej miseczce? Miał też specjalną obrożę, wyściełaną tak, by nie skalała jego skóry nawet cieniem otarć i odgnieceń. I łańcuch, o długości zgodnej z wyliczeniami specjalistów, którzy wiedzą na ile centymetrów rozciągają się granice wolności. Czy bywał tak samo szczęśliwy, kiedy wychodziliśmy na spacer połączeni smyczą? Nigdy nie musiał nosić kagańca, ale niepisana społeczna umowa nakazywała mi trzymać go pod kontrolą, przynajmniej w miejscach, w których mogliśmy trafić na innych ludzi.

 

Patrzę na zdjęcie mojego psa i zastanawiam się, czy pamiętał wolność swoich wilczych przodków.

Jak oni miał czarne podniebienie, jak oni miał przerażające kły i silne, zwinne łapy. Gdzieś w nim tkwił ten instynkt, który nocą kazał mu robić podkopy pod bramą, by uciec z podwórka. Mieszał się on jednak z wygodą, przyzwyczajeniem, albo wyuczonym przez lata posłuszeństwem wobec człowieka i miejsca. Bo zawsze wracał tam, gdzie czekała go miska i posłanie. Zawsze wracał tam, gdzie wiedział, co czeka go następnego dnia.

Czy umiałby poradzić sobie sam, gdyby nagle znalazł się pośrodku wielkiego lasu? Czy przypomniałby sobie, co to znaczy polować, gdzie znalazłby legowisko? Z kim stworzyłby stado, gdyby nie został do niego wybrany, lecz mógł wybierać sam?

 

Patrzę na zdjęcie mojego psa i tym razem myślę o sobie.  

Gryzłam swoją smycz i robiłam podkopy wystarczająco długo, by w końcu znaleźć się po drugiej stronie. I jestem, wreszcie jestem w miejscu, w którym mogę wziąć rozbieg tak długi, na jaki tylko mam ochotę. Nikt nie wyznacza mi już ścieżek. Wykopałam swoją własną norę, a w samotności poluję dużo skuteczniej.

Znienacka zaczął towarzyszyć mi pewien zapach – skórzany, lecz słodki, świeży, lecz odurzający. Jeden z tych, za którymi bezwiednie odwraca się głowę. Teraz wiem, że tak pachną możliwości. Powietrze wokół jest ich pełne –  wirują, tańczą, mieszają się ze sobą. Jeśli tylko wie się o ich istnieniu, wystarczy sięgnąć. Ale żeby wiedzieć, czasem trzeba przegryźć smycz.

Patrzę na siebie w lustrze i widzę, jak z dnia na dzień moje podniebienie staje się coraz ciemniejsze.