morze w pogodny dzień, na pierwszym planie szare okrągłe kamienie

Migawki lipca – SeeBloggers, atomowa blondyna i sztuka odpuszczania

Polecam dobre horrory i filmy akcji, dzielę się wrażeniami z See Bloggers i zdradzam gdzie byłam, kiedy mnie nie było :) 

Ależ to był długi miesiąc! I do tego chyba najbardziej przełomowy od… nawet kilku lat. A jak napisać o czymś takim? Dlatego już od jakiegoś tygodnia na przemian otwieram i zamykam edytor tekstu, gapiąc się w niego bezproduktywnie przez jakieś pół godziny i czekając aż przyjdą odpowiednie słowa. Ale nie przychodzą. Nawet mimo ponaglania ich westchnieniami i kawą, którą przecież już ze trzy razy rzuciłam i wkrótce będę rzucać po raz kolejny.

Mam w sobie niezdrową ilość idealizmu, jeśli chodzi o rzeczy, które wypuszczam do sieci. Muszą być całkowicie zgodne ze mną i muszą być na temat, który akurat czuję. Dlatego czuję wewnętrzny zgrzyt na myśl, że w tym podsumowaniu nie mogę napisać o najważniejszej rzeczy, która zmieniła i będzie zmieniać tor moich dni. Jej pominięcie jest jak kłamstwo, bo to ona siedzi mi w głowie od kilku tygodni i to ona powinna mieć tutaj honorowe miejsce. Ale z drugiej strony – jest na tyle duża, że mówić o niej strach, dopóki wszystko nie zostanie doprowadzone do końca. Wtedy, obiecuję, napiszę i pokażę. A teraz, czuję się pewnie tak, jak muszą się czuć kobiety w wyczekanej ciąży, przed upływem magicznego trzeciego miesiąca. Te, które chciałyby podzielić się ze światem wielką nowiną, ale jeszcze boją się zapeszyć. Więc proszę, trzymajcie za mnie kciuki.

Ok, kompromis dotyczący prawdy mamy za sobą. Póki co, pozostaje mi podzielić się resztą.


 SEE BLOGGERS I GDYNIA

Trzeci weekend lipca spędziłam w Gdyni na konferencji dla blogerów SeeBloggers. Kiedy byłam na niej po raz pierwszy, jakieś 4 lata temu, było to małe spotkanie na jakieś 50 czy 60 osób. Teraz wydarzenie rozrosło się do ogromnych rozmiarów i w Pomorskim Paru Technologicznym gościło aż 1700 ludzi, w tym sporo celebrytów z youtube i telewizji. Niestety przespałam moment zapisu na warsztaty i mogłam uczestniczyć tylko w otwartych wykładach. Nie spotkałam wszystkich ludzi, których chciałam spotkać, nie zobaczyłam wszystkiego, co było do zobaczenia, nie doświadczyłam wszystkich atrakcji. Ale ostatecznie i taki układ mi pasował. Jadąc tam nie byłam w najlepszej kondycji, więc porzuciłam ambitne plany i po prostu patrzyłam sobie na wszystko z boku, bez większego zaangażowania. Z afterparty zmyłam się w stylu Kopciuszka, jeszcze przed wybiciem północy.  Na tyle było mnie wtedy stać i szybko przestałam sobie to wyrzucać. Najbardziej z całego SB zapamiętałam  wywiad z Mają Sablewską, który można sprowadzić do tego, że duża zmiana zaczyna się od małych rzeczy (w jej przypadku czerwonej szminki) i panel dyskusyjny z vlogerami naukowymi, którzy radzą sobie w tej niepopularnej branży całkiem dobrze i potrafią się z tego utrzymać. Dało mi to nadzieję na to, że ciągle jest miejsce na ambitne treści w internecie.


wystąpienie jasona hunta na see bloggers


Po See Bloggers zostały mi jeszcze dwa dni nad morzem, podczas których pogoda była iście kawiarniana. Dlatego musiałam obejść się smakiem na myśl o kolacji z widokiem na Bałtyk w jednej z orłowskich restauracji, bo na ten sam pomysł wpadło jakieś 2 tysiące ludzi, a rezerwacje były na tydzień naprzód. Porzuciłam też myśl o zobaczeniu wydm w Łebie, o których marzę od dawna. Napalałam się na pustynne piaski pod błękitnym niebem, a otrzymałabym pewnie błotko otoczone szarością i sznureczkiem znudzonych turystów. Cały ten pobyt był jedną wielką lekcją odpuszczania i tego, że plan B może być równie ciekawy. Dzięki temu poznałam wiele kawiarni i restauracji w Gdyni (między innymi kocią – Biały Kot, poniżej). A nad morze pewnie wybiorę się kiedyś po sezonie.


kocia kawiarnia w gdyni - stolik z laptopem i kawą na który wskoczył biało szary kot w łaty



30-DNIOWE WYZWANIE

Zgodnie z moimi planami z początku roku i z tym, że lipiec kryje w sobie słowo piec, miałam pochylić się nad tym, co mnie w życiu grzeje i tym, co gasi mój płomień. Wyszło… wcale. Te gaszące elementy jak na złość albo na szczęście, pojawiły się w ilości takiej, że trudno było je zignorować. Ale dzięki nim, przez kontrast, doceniłam bardzo normalne, zwyczajne przyjemności i stan spokojnego zadowolenia, który dzięki nim osiągam. Takie choćby oglądanie wieczornego nieba z balkonu, kiedy wyobrażam sobie, że to co widzę, to jakiś teledysk na panoramicznym ekranie, puszczony w zwolnionym tempie, a muzyka gra tylko w mojej głowie.


wieczorne niebo - granatowa chmura na tle białych, u dołu pomarańczowe podświetlenie zachodzącego słońca

 



 FILMOWE POLECENIA:

W lipcu z braku sił na aktywne rozrywki nadrabiałam filmowe zaległości i odkryłam nową aktorską fascynację: James McAvoy. Po pierwszym filmie z nim od razu zaczęłam sprawdzać całą resztę jego wcieleń. I póki co się nie zawiodłam. Niektórzy nazywają go nowym Edwardem Nortonem i coś w tym jest. Ma niebywały talent do grania szaleńców. A gdyby rozdawali Oscary za najlepszą mimikę, jego wilczy uśmiech musiałby zostać nagrodzony jako jeden z pierwszych.

Mc Avoy w kadrze Atomic Blonde


Atomic Blonde – ale to bylo dobre! Obecnie w kinach, więc polecam, jeśli szukacie czegoś rozrywkowego i przyjemnego do oglądania. Bo to film niezwykle smakowity wizualnie i mocno klimatyczny. Wszystko co najlepsze z późnych lat 80-tych, Berlin, przepiękna Charlize Theron (i jej stroje! chcę je wszystkie!), a do tego muzyka… klasyki z tamtych czasów, niektóre w wersjach oryginalnych, inne w ciekawych coverach i remasterowane (Blue Monday słucham do dziś po kilka razy dziennie). Ogląda się go trochę jak komiks, fabuła wprawdzie kuleje, ale wewnętrzny nastolatek głodny kobiet bijących mężczyzn, rosyjskich szpiegów, cwaniackich dialogów i [spoiler!] scen lesbijskiego seksu [koniec spoilera] powinien być usatysfakcjonowany. Sama za jakiś czas sobie go na pewno przypomnę.


Brud – wielbiciele Trainspotting mogą czuć się zaproszeni. Brud to hardcorowa zabawa, która z wierzchu traktuje o bezwzględności w wyścigu po karierę, serwując przy tym mnóstwo scen w stylu sex, drugs, rock ‚n’ roll. Ale pod tym wszystkim jest także mocno przygnębiająca historia rozpadu osobowości. Mc Avoy zagrał tu brawurowo.


Trans – super zagmatwana intryga godna Incepcji i Wyspy Tajemnic. Złodziej cennego obrazu traci pamięć. Jego wspólnicy wynajmują więc terapeutkę, która za pomocą hipnozy ma dowiedzieć się, gdzie schował dzieło. I kiedy wydaje się, że wszystko pójdzie gładko, okazuje się, że nie wiadomo nic. Obejrzyjcie, jeśli lubicie pogłówkować na filmie. Są przekombinowane momenty i dziwne twisty, ale i tak warto.


To przychodzi po zmroku – nowa produkcja, przez trailer reklamowana jako horror. Jednak miłośnicy tradycyjnych straszaków mogą się tu trochę rozczarować. Zamiast tego mamy dramat i więcej smutku, niż grozy. Obejrzeć i tak warto, ale bez nastawienia, że to horror. Raczej po to, by zastanowić się, ile zrobimy, żeby przetrwać i ocalić rodzinę.


Czarownica: bajka ludowa z Nowej Anglii  – kolejny horror, kolejny dość nietypowy w tym gatunku. Oglądałam z dość nieufnym nastawieniem, bo od bardzo dawna żaden film nie był w stanie mnie satysfakcjonująco przestraszyć :) Tutaj czuło się napięcie, może nie strach, ale stałe, narastające napięcie i coraz większą paranoję, budowaną podobnie jak w Antychryście von Triera. Dodajmy do tego dziką scenerię i dobrze oddane realia średniowiecza, a dostaniemy przepis na horrorową perełkę.


Sauna –  produkcja czesko – fińska, jeszcze bardziej klimatyczna i niszowa niż Czarownica, z akcją umiejscowioną na granicy Rosji i Finlandii u progu XVII wieku. Ciekawie odmalowane historyczne tło, mroczny klimat, a do tego przesłanie – dość rzadkie w filmach tego typu. Kategoria horror jest w tym przypadku chyba jedynie ograniczeniem. Historyczny film grozy – tak bym go opisała. Polecam wszystkim znudzonym mainstreamowym kinem.



W SŁUCHAWKACH

Pod koniec lipca nową płytę zapowiedział zespół Wolf Alice, moje niedawne odkrycie. Alternatywny rock z uroczą wokalistką. To młoda ekipa i czuć to w ich utworach, są pełne świeżości i energii. A to jeden z najlepszych starszych kawałków, często towarzyszy mi w drodze:


PS – Czy naprawdę tylko ja nie narzekam na to chłodne lato? Ok, podczas pobytu nad morzem mogę mieć upał, ale w resztę dni wystarczy mi, że nie pada. Kocham taką skandynawską pogodę!

Do przeczytania :)


 

Te wpisy również mogą Cię zainteresować
  • Asia

    Wolf Alice to zdecydowanie zespół, któremu warto się przyjrzeć ;D Czekam na ogłoszenie radosnej nowiny i trzymam kciuki żeby wszystko wypaliło ;)

  • Chłodne lato mówisz? W lubelskim grzeje od dawna i nie odpuszcza. Lubię to😃

  • Czytając wstęp, byłam właśnie pewna ciąży, ale szybko mnie zgasiłaś :D Cokolwiek to jest, mam nadzieję, że ułoży się po twojej myśli! :)

    Też byłam w Gydni w tym interesującym okresie jesieni w środku lata – w życiu się tyle kawy nie opiłam, co wtedy :P Ale jest taka knajpa z której widać morze – Minge – więc chociaż tyle dobrze :D

    • Tak właśnie myślałam, że ciąża może być pierwszym skojarzeniem, dlatego wolałam od razu usunąć wątpliwości ;)
      Dzięki!

      Widok na morze z suchego i ciepłego miejsca jest nieoceniony. Chociaż jedna restauracja w Orłowie przy samej plaży miała wtedy rezerwacje tydzień naprzód, więc została nam taka, z której widać je było tylko przez jedno okno i tylko w kawałku :P

      • W Orłowie uwielbiam Domek Żeromskiego, pyszne ciacha :D

  • Też się zakochałam w Mc Avoyu ;) widziałaś Split???

- BLOG I AUTOR -

Psychologia, świadomy lifestyle, a na dokładkę podróże... To znajdziesz na moim blogu. Chcesz zrozumieć siebie lepiej, odnaleźć się wśród ludzi - nie mogłeś lepiej trafić! A ja mam na imię Joanna - jeśli chcesz poznać mnie lepiej, kliknij tutaj.

- TU JESTEM -

           

- ARCHIWUM -