Co u Ciebie słychać? Pytam, bo dzisiaj, dla odmiany, nie chcę z Tobą rozmawiać o niczym poważnym. Dzisiaj chcę podzielić się z Tobą całkiem przyziemnymi myślami, polecić Ci dobre filmy i muzykę, i opowiedzieć trochę o tym, co działo się u mnie przez całą wiosnę :)

Gdybym miała podsumować ostatnie kilka miesięcy w jednym słowie, byłoby to: zmiany. Intensywna praca nad sobą, sporo odkryć dzięki kontaktom z innymi, zwłaszcza na uczelni. Nie mam już żadnych wątpliwości, że psychologia była strzałem w 10 – odkąd ją studiuję, czuję, że rozwijam się w jakimś dzikim tempie, a mój mózg stał się chłonny jak nigdy wcześniej. Poza tym – dużo małych radości i nieustanne poczucie ścigania się z czasem (brak wolnych weekendów przez studia trochę jednak dał mi w kość.). Ale po kolei:


30-DNIOWE WYZWANIA

Nie wiem czy pamiętasz jeszcze wpis o wyzwaniach – intencjach na każdy miesiąc. Miałam plan, by po zakończeniu każdego opisywać swoje wrażenia, ale jak dotąd wspomniałam tylko o jednym (#shame). Co nie znaczy, że nic się w tych tematach nie działo! Jak mi poszło? Skrótowo:

luTY – w tym miesiącu miałam skupić się na relacjach z innymi, tzn. wszystkimi bliskimi dla mnie osobami. Dbać o kontakt, spotykać, rozmawiać… No i to mi się zupełnie nie udało, przyznaję. Nie miałam czasu dla każdej z nich, ale za to bardzo mocno i intensywnie podbudowałam jedną relację rodzinną. Nikt nie zrozumie nas tak, jak ktoś, kto wzrastał obok, w tym samym czasie i miejscu.

MARZĘc – w marcu zajmowałam się swoimi marzeniami. Powstało parę zmian na liście Before I die (tej na blogu i tej bardziej prywatnej), coś dopisałam, ale bez żalu wykreśliłam też kilka rzeczy. (Prawie) pogodziłam się też z tym, że niektóre marzenia będą musiały jeszcze sporo poczekać w swojej kolejce.

kwieCIEŃ –  temat pracy nad cieniem towarzyszył mi w zasadzie całą wiosnę, nie tylko w kwietniu. To ciekawe, że do tej pory uważałam się za bardzo samoświadomą osobę, a wystarczyło kilka wydarzeń, nowych informacji, bym odkryła, że… że ciągle wiem o sobie tak mało. Nabrałam pokory, ale też zaczęłam podważać niektóre swoje decyzje, podejmowane z wcześniejszego poziomu świadomości. Nie chcę brzmieć w tym miejscu jak ktoś na drodze do oświecenia [icon icon=”lightbulb-o” color=”” size=””][/icon] Właściwie dopiero zamajaczył mi się jakiś kształt tej drogi, dość mglisty i ciągle czuję lekki strach na myśl o tym, co mnie tam czeka i ile razy jeszcze odkryję, że to co wiem, to złudzenia.

MAj – tematem maja był stan posiadania. Wyrzucałam więc kolejne rzeczy z szaf i szuflad i pracowałam nad uzupełnianiem swojego fuck-off fund.  Dotarło do mnie mocno, jak ważne jest dla mnie poczucie finansowego bezpieczeństwa i niezależności. M.in. po tym jak trafiłam na ten tekst o FOF [ENG], który powinna przeczytać każda kobieta.

czerWIEc – w czerwcu towarzyszył mi temat wiedzy i edukacji. Nie musiałam specjalnie się starać, zaliczenia i sesja sprawiły, że przyjrzałam się temu jak się uczę… i z przyjemnością stwierdziłam, że chyba wreszcie robię to dobrze! Wzięłam sobie do serca zasady zapamiętywania, o których tu pisałam i okazało się, że mimo ograniczonej ilości czasu na naukę, mnóstwo rzeczy łączy mi się w głowie w całość i zostaje tam na dłużej. Być może jest to jednak kwestia tego, że póki co, wszystko czego się uczę jest dla mnie autentycznie ciekawe, a i większość prowadzących na mojej uczelni wykłada świetnie (zwłaszcza kiedy porównuję ich z tymi z poprzedniej uczelni).



BULLET JOURNAL

Jeśli lubisz podobne zegarki, do 31.07 działa mój 15% kod rabatowy: kroliczekdoswiadczalny na www.danielwellington.com/pl.

Dałam się ponieść modzie na prowadzenie bullet journal. Czym jest BuJo, możecie poczytać u Agwer. Dla mnie ten ulepszony kalendarz jest czymś w rodzaju myślodsiewni, miejsca, gdzie spisuję wszystkie zadania codzienne, tygodniowe, miesięczne, mam też spisane plany długofalowe i różnego rodzaju listy (np. książek do przeczytania, odcieni kosmetyków, których używam, rzeczy o które chcę uzupełnić szafę, czy choćby miejsc na wycieczki w dolnośląskim). A do tego daję tam przestrzeń do zabawy wewnętrznemu przedszkolakowi – używając kredek, pisaków i naklejek. Skrótem – Bullet Journal to odciążenie nadpobudliwego umysłu, który boi się zapomnieć.



SIŁA! 

Nie uwierzysz – w kwietniu zaczęłam chodzić na siłownię. I nie był to jednorazowy zryw – robię to do tej pory. Zaliczam to do kategorii wielkich wydarzeń, bo zawsze byłam niechętna zorganizowanym typom aktywności i miałam jakieś dziwne przekonania, że na siłowniach jest głównie tłok, lans i podryw. Ale odkryłam we Wrocławiu miejsce z salą tylko dla kobiet i chodzę tam w porach, kiedy ludzi jest najmniej. Efekty? Przytyłam 3 kilo i to bez suplementacji białka (#duma, próbowałam od lat, wcześniej głupio myślałam, że na siłowni raczej schudnę niż przytyję). Jednak nie to mnie cieszy najbardziej. Odkryłam, że po godzinie ćwiczeń wchodzę w stan głębokiego odprężenia, cielesnego zen, mocnego zakotwiczenia w tu i teraz, gdzie nie ma zmartwień – jest tylko poczucie, że zrobiłam dla siebie coś dobrego. I że potreningowy kurczak z ryżem nigdy wcześniej nie smakował tak dobrze.  Polecam, 12/10.




FILMOWA WIOSNA

Gdzieś między pracą a nauką udało wcisnąć mi się kilka wyjść do kina, domowych seansów i jeden obejrzany serial. Najlepsze z tego co widziałam:

  • Trainspotting 2. Film, na który czekałam w tym roku (a może nawet… w tej dekadzie) najbardziej. Jakiś głos mówił mi, że wskrzeszanie tematu po 20 latach nie może się udać, ale pozytywnie się rozczarowałam. Było dobrze, z odpowiednią proporcją sentymentu i nowości. Ciekawie było też patrzeć, jak podczas premiery salę zapełnili 40-latkowie, którzy w momencie wypuszczenia 1. części prawdopodobnie utożsamiali się z jej bohaterami. Jeszcze ciekawiej (i smutniej) było słuchać ich komentarzy, wskazujących na to, że utożsamiają się również z tym, dokąd zaprowadziła bohaterów część 2. A ja sama wracałam z tego filmu zalana łzami i emocjonalnie zniszczona. To znaczy, że naprawdę było dobrze.

  • Przetrwanie (The Grey). Odrobina zimy w środku lata i jedyny sensowny Grey w dziejach kina ;) Jeśli lubisz klimaty surwiwalowe, twardych mężczyzn i… wilki, może Ci się spodobać. Gdzieś między tym wszystkim przemycone są pytania o sens tego, po co wstajemy każdego dnia i o to, co daje nam nadzieję.
    Jeśli zdecydujesz się go obejrzeć, nie wyłączaj do końca napisów!

  • 13 powodów. Po komentarzu spod tekstu o serialach psychologicznych zdecydowałam się obejrzeć i ten. A wcześniej sporo się na jego temat naczytałam (sporo głupich rzeczy, trzeba dodać). Dawno żadna produkcja nie budziła tyle kontrowersji i sprzecznych ocen. A ja, nawet miesiąc po obejrzeniu ostatniego odcinka nie wiem, czy polecać go, czy nie. Z jednej strony dostrzegam, że może być niebezpieczny i gloryfikować samobójstwo, jak przestrzegają niektórzy psycholodzy, z drugiej strony – relacje między bohaterami dość dobrze uczulają na wszystko, co jest nie tak z współczesnym światem. Werdyktu więc nie będzie. Wspomnę tylko o muzyce – jest tam naprawdę świetna.

  • Nie film i nie serial. Tym razem mój ulubiony ostatnio kanał na youtube: Living Big In Tiny House poświęcony ludziom, którzy mieszkają w mikro apartamentach i budują miniaturowe domy (często mobilne, na kółkach). To nie tylko świetny pokaz kreatywności – jak mając mały budżet i jeszcze mniejszą powierzchnię wyczarować funkcjonalne i przytulne miejsce do życia. To także inspiracja dla tych, którzy twierdzą, że  marzenie o własnym kącie musi wiązać się z utratą niezależności i życiem na kredyt w jednym miejscu przez całe lata. Polecam – filmy na tym kanale są świetnie zrealizowane, a prowadzący uroczy.

W SŁUCHAWKACH

5 nowych muzycznych fascynacji, które zapętlałam na playliście przez całą wiosnę.


Zespół The XX
, duet o cudownie uzupełniających się głosach z romantycznym elektronicznym vibem, trochę jak z lat 80-tych:



K.Flay
– zadziwiająco mało znana, jak na cały jej potencjał kołysania nastoletnich, zbuntowanych serc (uwielbiam ten fragment o sercu w blenderze):


2 wersje tej samej piosenki, pop vs rock, czyli kiedy cover jest lepszy od oryginału:



Conjure One
– projekt, który przypomina mi najlepsze czasy muzyki trance i zaskakuje tym, że spod szyldu Armada Music może jeszcze wyjść coś dobrego:



i Tame Impala
, czyli… rock psychodeliczny. Kto dziś robi rock psychodeliczny? Brakowało mi czegoś takiego we współczesnej scenie muzycznej:



PRZECZYTANE

Lektury nie-psychologiczne odkładam głównie na wakacje (już za tydzień!), ale o dziwo, coś tam udało mi się przeczytać:

  • Irena A. Stanisławska, Robert Rutkowski – Oswoić narkomana  – wywiad rzeka z terapeutą Robertem Rutkowskim na temat jego uzależnień. I jednocześnie jedno z najciekawszych, najmądrzejszych spojrzeń na ten temat jakie widziałam. Obowiązkowa lektura dla ludzi z tendencjami do kompulsywnych zachowań. Jeszcze do niej wrócę, żeby na spokojnie pozaznaczać i przetrawić wszystkie najlepsze myśli.

  • Russel Hoban – To była Lola – powieść dziwaczna, żeby nie powiedzieć schizofreniczna, ale ostatecznie – przyjemna odmiana od standardowych historii miłosnych.

  • Aktualnie raz na jakiś czas udaje mi się jeszcze zajrzeć na karty islandzkiej powieści, w której czas płynie tak wolno, że niemal się cofa, a kilka minut trwa całą książkę ;) polecam więc tylko prawdziwym fanatykom Islandii, którzy chcą poczuć jej kojący klimat:


I chyba starczy tego dobrego, bo post rozrósł się do rozmiarów tasiemca.

A co u Ciebie?