Dlaczego nie powinineś wstydzić się bycia innym

49
18
wstydze się że jestem inny

Sytuacja nr 1

Pewien bloger, który zawsze pisał z sensem, ale popularność i akceptację zyskał dopiero tekstami pełnymi heheszków i prostych odniesień do seksualności, postanowił dla odmiany stworzyć tekst płynący z głębi serca. Widać, że aby dojść do przedstawionych w nim wniosków, musiał spędzić trochę czasu w swoim wnętrzu. I wszystko byłoby pięknie a tekst godny polecenia, gdyby nie to, że opublikował go z całym akapitem wytłumaczeń, dlaczego tym razem tak poważnie i głęboko. Nie zapomniał też dodać samo-umniejszających uwag w stylu: jak na mnie to nawet mądre wyszło.

Brakowało tylko przeprosin.


Sytuacja nr 2

Rozmawiamy w towarzystwie 4 innych osób. Wcześniej nie zwracałam na niego większej uwagi, mówił o tak samo lekkich i błahych tematach jak inni, nie przedstawił żadnej wyrazistej opinii. Nagle wspominam o jednej z moich ulubionych książek. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zwraca się ku mnie i wciąga w intensywną dyskusję, w której odsłania inteligentne poczucie humoru, wrażliwość, zmysł obserwacji. Nie ma w tym podrywu, nie ma prób zaimponowania – to po prostu jeden z tych rzadkich momentów, kiedy trafia się na wspólną częstotliwość i żal z niej nie skorzystać. W końcu reszta jego znajomych, która wyraźnie odstaje poziomem intelektualnym, zauważa to i zaczyna rzucać: i tak nie wyrwiesz; chyba za dużo wypiłeś; już mu się włączył filozof; ej, nie jesteś w szkole. 

Udało im się. W końcu rezygnuje z rozmowy i wraca nad butelkę.


Ej, czy TY też wyrównujesz do dołu?


To tylko 2 przykłady sytuacji, które widuję dużo częściej i których czasem doświadczałam sama. Większość swojego życia spędziłam w małych społecznościach. Najpierw na wsi, potem w 15-tysięcznym miasteczku, potem w trochę większym mieście we wschodniej Polsce. Przykro to stwierdzić, ale talenty, niepopularne poglądy czy styl, wysoka inteligencja lub wrażliwość były tam akceptowane tylko do pewnego stopnia. Po przekroczeniu niepisanej granicy lądowało się, w najlepszym razie, z etykietą outsidera albo śmiesznego dziwaka, tłumaczącego przebłyski swojej autentyczności ‚fazą’ lub ‚gorszym dniem’.

Ludzie, których horyzonty nie wybiegały zbyt daleko (przynajmniej oficjalnie), w nieprzeciętnych jednostkach upatrywali zagrożenia, więc starali się albo ściągnąć je w dół, albo wypchnąć poza grupę.

Ciekawe, że nawet teraz pisząc te słowa, mam w sobie głos wewnętrznego krytyka, który przestrzega mnie przed popadnięciem w ton kogoś, kto stawia się wyżej inni. Tak, on ciągle powraca, w końcu słyszałam go z różnych ust tyle razy. Trudno było się przed nim bronić, trudno było mu się nie poddawać, gdy w grę wchodziła konsekwencja najstraszniejsza dla dziecka, nastolatka, czy nawet młodego dorosłego:


Alienacja. Samotność.


Człowiek zrobi wszystko, byle nie być samotnym. Zapomni o prawdziwym sobie i wciśnie w wyznaczone ramy z desperacją siostry Kopciuszka, odcinającej piętę, by włożyć jej pantofelek. Uzna, że te otarcia, siniaki i niewygoda to po prostu część życia. Że tak już wygląda dorosłość, w końcu rodzice, sąsiedzi robią tak od lat.

I będzie tak funkcjonował, aż do momentu gdy jakiś przypadkowy bodziec przyniesie otrzeźwienie.

Tym bodźcem może być chwila, w której patrzysz w lustro i nagle orientujesz się, że wcale nie widzisz w nim siebie, lecz przebierańca z maską na twarzy.
Może być moment, gdy słyszysz swój-nieswój głos wypowiadający słowa, które wcale nie są Twoimi słowami, a wyuczonymi przez lata skryptami, oficjalnymi, ugrzecznionymi opiniami.
Może być sytuacja, w której serce wyrywa Ci się z ciała, by zaśpiewać pełnym głosem, kogoś przytulić, zburzyć jakiś porządek, ale zamiast tego stoisz w miejscu i tylko uśmiechasz się głupio. Albo tajemniczo, żeby wyglądało lepiej.


W takiej sytuacji możesz zrobić dwie rzeczy.


Możesz nauczyć się jeszcze lepiej tłumić ten głos ze środka Ciebie, żeby nie narażać się na nieprzyjemne emocje. Nauczyć się zagłuszać go jedzeniem, pracą, dudniącą muzyką, unikaniem za wszelką cenę ciszy i pustych pomieszczeń, a potem udawać, że bóle pleców, głowy i napady lęku trafiły Ci się przypadkiem.

Możesz też spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: dokopię się do ciebie. Jeszcze  cię znajdę i przywrócę na powierzchnię. I wliczyć w koszty tej operacji cały dyskomfort, zerwane relacje, zmiany miejsc pobytu, niepewność tego co Cię czeka.

Ale uwierz, będzie warto.

Przyznasz to sam, kiedy odczujesz korzyści  z wyrażania siebie takim, jakim jesteś, choćbyś był zupełnie nietypowy w swoim środowisku.

Zaczniesz akceptować siebie i czuć się dobrze w swojej skórze. 

Przestaniesz brać do siebie opinię innych ludzi. 

Nie będziesz trzymał się kurczowo tych, którzy traktują Cię źle.

Przejmiesz kontrolę nad kształtowaniem swojego życia.

Uwolnisz swoją spontaniczność i naturalną ekspresję.

Ustawisz granice tam, gdzie Ty je widzisz.

I to wszystko bez największego ze strachów przed odrzuceniem i samotnością.

Bo dopiero kiedy zaczynasz pokazywać prawdziwego siebie czeka Cię najlepsze:

odnajdujesz ludzi, z którymi jesteś kompatybilny. 

Będąc sobą wysyłasz w świat wiadomość. Nie każdy będzie w stanie ją odebrać, niektórzy odrzucą ją na starcie, co ostatecznie i tak wyjdzie Ci na dobre. W końcu jednak zaczniesz przyciągać tych, którzy docenią to jaki jesteś, bo czują tak samo, myślą tak samo, widzą świat w tych samych barwach. Odnajdując ich zrozumiesz, jak pozbawione sensu były próby ukrywania siebie tylko po to, by utrzymać akceptację ludzi, którym nie zależało na Tobie na tyle, by znieść to, kim jesteś.

I nie popełnisz tego błędu już nigdy.