2016 był dziwnym rokiem. Tak, dziwnym, to zdecydowanie najlepsze słowo. Dziwnym dla świata i dla mnie osobiście też. Dlatego to nie będzie pełne entuzjazmu i otuchy podsumowanie. Nie mam żadnego asa w rękawie, jak osoby, które ogłaszają, że w 2017 startują z firmą, budują dom, czy za parę miesięcy urodzą dziecko. Mam za to jakiegoś waleta, dziesiątkę, parę szóstek i wszystkie trójki. Mam też całkiem niezłą kolekcję osobistych oświeceń, trochę zadziwień, mnóstwo pytań, na które będę musiała znaleźć odpowiedzi w tym roku.  I o dziwo, żadnego siwego włosa więcej.


 

Lekcja nr 1: Zmiana musi boleć.

Banalnie,  ale chyba nigdy dotąd nie poczułam tej zasady na własnej skórze aż tak, jak w tym roku.

Tak jak z  budowaniem mięśni – ćwiczysz, ćwiczysz, czujesz euforię, a dzień później… umierasz od zakwasów. Wszystko dlatego, że podczas treningu w mięśniach powstają mikropęknięcia, których naprawianie powoduje przyrost masy. Czyli – żeby urosnąć i nabrać siły, trzeba najpierw pozwolić się zniszczyć. I nie poprzestawać w tych bolesnych wysiłkach, stale zwiększać ich intensywność, bo inaczej efekt szybko zniknie i wszystko pójdzie na marne.

Czy to nie jest piękna metafora życiowych zmian? Takich wiecie, zmian na dobre i nie w sensie: ‚przestaję jeść kanapki na śniadanie, zaczynam owsiankę’.  Raczej tych z rodzaju: ‚odkrywam dlaczego jestem taki, jaki jestem, skąd mi się to wzięło, i że dobrze byłoby to zmienić’.

Fajnie byłoby pokochać ten ból. Na razie tylko udaję i z niecierpliwością wyczekuję interwałów.


 

Lekcja nr 2: To, czego nie przeżyjemy do końca, zawsze wróci.

Na blogu od dawna wygłaszam peany o sile wyrażania emocji, o pozwalaniu sobie na gniew, smutek czy żal, żeby nie zapuściły w nas korzeni i nie rozsadziły od środka. A tymczasem, przypadkiem – nie przypadkiem (nie wierzę w przypadki!), trafiłam u siebie samej na bogate złoża takich przestarzałych odczuć. Wróciły sprowokowane bodźcem przypominającym ten, który wywołał je w przeszłości.

W pierwszym odruchu miałam ochotę je stłumić. Cieszę się, że jednak tego nie zrobiłam. Jedna sesja krzyku i tupania nogą, kilka szaleńczego szlochu i poczułam się, jakby nagle spadło mi z ramion jakieś 10 kg. Nie wiem czy u Ciebie też to zadziała, ale jeśli nosisz w sobie coś, czego wystarczająco nie opłakałeś, nawet jeśli miało to miejsce jakieś 20 lat temu… spróbuj.

Przy okazji tego burzliwego wchodzenia w kontakt ze swoimi emocjami, zastanawiam się, co myślą o mnie moi sąsiedzi zza ściany. Albo nie – nie chcę się zastanawiać ;)


 

Lekcja nr 3: Strach jest dobrą wskazówką.

Czyli to, czego się boisz, jest tym, co powinieneś zrobić w pierwszej kolejności. Bo w końcu i tak będziesz musiał, bo w życiu nie da się robić wiecznych uników – przynajmniej u mnie zawsze tak to działa.

Im dłużej coś odwlekam, tym trudniej jest mi się za to zabrać, bo w międzyczasie wymyślam milion powodów, dla których coś może pójść źle. I jeśli nie zrobię nic, do konfrontacji ze strachem zostaję prędzej czy później zmuszona siłą. Dlatego w tym roku wielokrotnie nie dawałam sobie czasu na zastanowienie, na myślenie czy czegoś się boję, czy może się nie udać – po prostu to robiłam. Zwykle niedoskonale, ale lepsze zrobione, niż perfekcyjne (przynajmniej tak mówią, a ja uczę się w to uwierzyć).


 

Lekcja nr 4: Każdy ma jakiś problem.

Do pewnego momentu żyłam w przekonaniu, że niektórzy ludzie musieli wygrać na życiowej loterii. Zdarzało mi się patrzeć z zazdrością na ich beztroskie uśmiechy i nieskazitelne outfity jak z reklamy Rafaello, zwłaszcza w dniach, kiedy sama skupiałam się głównie na tym, żeby dotrwać w zdrowiu psychicznym do następnego poranka.

Ale potem zaczęłam się im przyglądać. Poznawać. I nagle okazywało się, że każdy z tych ‚normalnych, poukładanych i bezproblemowych’ z czymś się zmaga. Czasem z czymś, z czego sam nie zdaje sobie nawet sprawy i na co na pewno nie chciałabym się z nim zamienić. Bo… w byciu sobą i byciu ze swoimi problemami mam dużo większą wprawę.



Lekcja nr 5: Czasami różne rzeczy spadają z nieba i zdarzają się cuda.

Nie opłaca się polegać na cudach, ale jednak… te czasem się zdarzają.

W tym roku zdarzyło mi się kilku doświadczyć i za każdym razem przyjmowały postać jakiegoś człowieka, który chciał mi dać coś, czego akurat potrzebowałam.

Ludzie spadający z nieba to chyba anioły, nie? Można więc powiedzieć, że jedną z lekcji w tym roku było odnowienie wiary w anioły i w to, że nie każdy ma jakieś ukryte, niecne intencje, kiedy próbuje Ci coś ofiarować.


 

Lekcja nr 6: Autentyczność przyciąga.

Od pewnego momentu na blogu zaczęłam wspominać o moich słabościach, o rzeczach nad którymi dopiero pracuję, czy różnych moich dziwactwach. Pisząc coś takiego zawsze miałam dwojakie uczucie:

po 1 – na cholerę przed Wami się odkrywam, kogo to w ogóle interesuje… merytoryka głupcze!

po 2- pojawiało się uczucie ulgi, zrzucenia ciężaru, a jakiś czas później… często dostawałam maile od ludzi, którzy twierdzili, że właśnie ze względu na te moje cechy czują wobec mnie jakąś bliskość, porozumienie, są gotowi się zwierzyć. I zwierzali. A mi rosło serce.

Doświadczyłam tego samego także od drugiej strony. Poznałam w tym roku całkiem sporo nowych ludzi, ale najbardziej interesujący wydali mi się ci, którzy od początku stawiali na szczerość. Czasem taką wręcz trudną do ogarnięcia. Niekomfortowe sekrety, niedoskonałości, słabości – doceniam, kiedy ktoś potrafi je pokazać. Czuję wtedy, że mam kontakt z prawdziwym człowiekiem, nie awatarem, i mogę powtórzyć za Emery Allen:

“I think I fall in love a little bit with anyone who shows me their soul. This world is so guarded and fearful. I appreciate rawness so much.”


 

Lekcja nr 7: Jestem INFP. Zawsze byłam INFP!

Miałam świadomość istnienia klasyfikacji MBTI, ale do niedawna nie przywiązywałam do niej większej uwagi. Aż ktoś zwrócił mi uwagę na to, że na pierwszy rzut oka wyglądam na INFP. Sprawdziłam, poczytałam więcej o tym typie osobowości i… zdumiałam się, jak trafnie mnie opisuje. I jak przewidywalna jestem w tym co robię, co lubię, z czym się zmagam. Podobają mi się nawet te same filmy, które wybierają inni INFP, najbliższe jest mi wierzenie, która zostało przypisane właśnie do INFP, czy miejsca podróży, które przyciągają INFP.

Czuję się, jakbym nagle odkryła, że po świecie chodzi kilka milionów moich bliźniaków. Dziwne, ale i kojące uczucie. Bo skoro jest nas tylu, to ktoś już na pewno odkrył, jak sobie radzić z naszymi wadami. I takich właśnie informacji ostatnio uparcie szukam: jak poprawić podejmowanie decyzji, jak odpuścić perfekcjonizm w niektórych dziedzinach i jak utrzymać koncentrację na zadaniach.

PS – Link do oryginalnej wersji testu MBTI  i tłumaczenie pytań znajdziecie tutajRobiliście go? Znacie swój typ? Napiszcie w komentarzach, którym jesteście!


 

Lekcja nr 8: Dajesz empatię innym, daj ją sobie. 

Jestem z tych, którzy zawsze wysłuchają, spróbują doradzić, pozwolą na potknięcie, złagodzą czyjąś samokrytykę i powiedzą, że wcale nie było tak źle. Jednocześnie potrafię być niezwykle surowa wobec samej siebie. W ostatnich miesiącach zaczęłam się bardziej wsłuchiwać w swoje wewnętrzne monologi i trochę przeraziłam się, ile jest w nich połajanek i zwracania uwagi nawet na drobne błędy.

Dlatego jednym z moich haseł przewodnich na rok 2017 zostaje autoempatia. Postanowiłam też spisywać każde, nawet niewielkie osiągnięcie, żeby w momentach zwątpienia mieć przed sobą dowody, że mnóstwo rzeczy robię dobrze, a nawet nieprzeciętnie dobrze.


 

Lekcja nr 9: Warto słuchać opozycji.

Nie mam zbyt wielu niezmiennych zasad, czy rzeczy w które wierzę, ale w tych paru tematach, których się trzymam, trudno jest mi ustąpić. Zdarzało się też, że racje osób o przeciwnych przekonaniach budziły we mnie agresję.

Ostatnio jednak powstrzymywałam w sobie chęć polemiki i po prostu słuchałam argumentów. I co ciekawe, w każdym przypadku udało mi się znaleźć w nich trochę sensu, a czasami wręcz coś z ich filozofii zapożyczałam. Coś, co naprawdę mi później służyło.


 

Lekcja nr 10: The hardest part of holding on is letting go.

Chyba najbardziej bolesna. Odkryłam jedną z przyczyn swojej nieufności wobec nowych, bliskich relacji.

W każdym potencjalnym początku widziałam już jego koniec.

Powoli jednak zaczynam rozumieć, już nie tylko głową, ale i sercem, że szybszy lub późniejszy koniec wpisany jest w każdą relację. Że tego bólu nie da się uniknąć. I że ze strachu przed nim szkoda byłoby rezygnować z całego pięknego pomiędzy.


A teraz szczerość za szczerość – co było Twoją najmocniejszą lekcją w 2016?