Ktoś płacze. Ktoś wyraźnie się martwi. Wiesz, że jest ciężko chory. Że rozstał się z partnerem, albo stracił pracę. Niezależnie od tego, czy jest to krewny, czy znajomy w pracy, pojawia się poczucie, że COŚ trzeba takiej osobie powiedzieć, jakoś ją wesprzeć, jakoś odnieść się do jej sytuacji.

I to jest zwykle dobre i chwalebne, +10 do szansy na zbawienie i budowania międzyludzkich więzi.

Tylko czasem robimy to tak, że jednak lepiej żebyśmy w ogóle nie otwierali ust.

Jak NIE pocieszać i jak NIE okazywać wsparcia smutnym i cierpiącym?

 

Do tego wpisu zainspirowała mnie informacja o projekcie Emily McDowell, która przeszła złośliwy nowotwór i jak sama mówi – to nie leczenie było w tej chorobie najgorsze. Trudniej było jej znieść samotność i brak zrozumienia. Chociaż ludzie odwiedzali ją i starali się pocieszać, to jednak często ich słowa zamiast wsparcia przynosiły zakłopotanie albo zwyczajną złość. Kiedy w końcu rak poszedł sobie precz, Emily postanowiła stworzyć coś, czego dotąd na rynku nie było: empatyczne i szczere kartki pocztowe, które można przesłać lub podarować ciężko chorym, osobom w żałobie, czy ludziom, którzy przechodzą coś trudnego.

 

Oto kilka przykładów (źródło: emilymcdowell.com):

jak nie pocieszać

Tłumacząc ich treść (od lewej górnej):

  • „Bardzo mi przykro, że nie kontaktowałem się wcześniej. Nie wiedziałem co powiedzieć.”
  • „Obiecuję, że nigdy nie porównam Twojej choroby do podróży. No chyba, że ktoś zabierze cię w rejs.”
  • „Na to nie ma dobrej kartki. Bardzo mi przykro.”
  • „Śmiech to najlepsze lekarstwo! …zanim wymyślą rzeczywisty lek na to, co masz (przykro mi, że czujesz się kiepsko).”
  • „Kiedy życie daje ci cytryny, nie opowiem ci historii o tym, jak mój kuzyn zmarł z powodu cytryn.”
  • „Tak mi przykro, że jesteś chory. Chcę, żebyś wiedział, że nigdy nie będę próbował ci wcisnąć jakiejś przypadkowej terapii, o której przeczytałem w internecie.”
  • „Pozwól mi przywalić kolejnej osobie, która powie ci, że nic nie dzieje się bez przyczyny.”

Genialne, co? Wiele z tych kartek nieco wyszydza stereotypowe formułki, jakich zwykliśmy używać przy pocieszaniu. I bardzo dobrze, bo powtarzając je, tracimy ludzką twarz, a zamieniamy się w chodzącego mema. Podejrzewam, że jeśli chory, porzucony czy pozbawiony pracy człowiek chciałby słyszeć tego typu wzruszające coelhizmy, sam zajrzałby na jedną z tysięcy stron na Facebooku, tych z błędnie postawionym znakiem interpunkcyjnym w patetycznej nazwie.

Inne z kartek Emily stawiają na szczerość – jak np. pierwsza zacytowana. Od dawna wychodzę z założenia, że jeśli nie wiadomo co powiedzieć, lepiej nie używać wyszukanych słów, wymyślać białych kłamstw, a postawić na rozbrajającą szczerość, choćby miała obnażyć naszą niewiedzę, zakłopotanie i bezradność.

To zdecydowanie bardziej ludzkie niż bycie fabryką cytatów.


 

Wracając jednak do rzeczy – to jest chyba

6 NAJGORSZYCH RZECZY, JAKIE MOŻNA POWIEDZIEĆ, POCIESZAJĄC 

(i które, nie łudźmy się, tak naprawdę żadnym pocieszeniem nie są):

 


 

Wiem co czujesz. Przechodziłem to samo. 

Wiem, że cierpisz, ale teraz ja, teraz posłuchajmy o mnie, też mam w zanadrzu mocną historię!

Wydaje się, że opowieść o  własnych, podobnych doświadczeniach, będzie dla pocieszanej osoby kojąca czy pouczająca. ALE to tak naprawdę nic innego, jak odwracanie uwagi od problemu tej osoby i przenoszenie jej na siebie. Nawet jeśli mówimy to z całkiem pozytywną intencją i nadzieją, że w taki sposób pokażemy rozwiązanie, dowód, że z tego da się wyjść, to nie do końca pomoże osobie pogrążonej w smutku.

Czasem, na późniejszych etapach, kiedy pojawi się u niej trochę więcej otwartości, można tego spróbować. Pod warunkiem oczywiście, że nie potraktujemy tego jako pretekst do zwierzeń i opowiadania własnej historii, a bardziej jako punkt odniesienia do tego, co ona przeżywa.

Jednak na początku, kiedy złe emocje dominują i przysłaniają świat, taka osoba zwykle bardziej chce wyrzucić z siebie SWOJE smutki, skupić się na SWOICH problemach, a nie słuchać, że Ty miałeś tak samo. To pomniejsza unikalność jej doznań. A przecież kiedy przeżywamy jakąś tragedię, stajemy się na chwilę egoistami i – MAMY DO TEGO PRAWO.


 

Zawsze mogło być gorzej.

Masz raka? Zawsze mógł być złośliwy. Zostawił cię chłopak? Zawsze mógł cię do tego zapłodnić, pobić, a potem okraść, tak jak przydarzyło się Kaśce.

Budowanie perspektywy dla czyichś przeżyć czasami może się sprawdzić, ale znowu – na dalszym etapie przeżywania smutku. No i pod warunkiem, że wyrażamy się z wyczuciem. W przeciwnym razie pośrednio dajemy komuś do zrozumienia, że to, co przeżywa, jest nad wyraz i właściwie to powinien przestać się mazać. Bo przecież nawet wisząc na krzyżu można zaśpiewać: always look on the bright side of life!

Wymuszanie poczucia wdzięczności najczęściej powoduje w pocieszanych złość lub żal – za  odbieranie im prawa do żałoby/smutku/rozgoryczenia i za zmuszanie do bycia na siłę optymistą, którym wtedy na pewno się nie czują.

To trochę jak z dziećmi – często ich problemy w szkole czy na podwórku wydają nam się tak błahe w porównaniu do Ważnych Spraw Dorosłych, że aż śmieszne. Dla nich jednak są całym światem. Najgorsze, co można wtedy zrobić, to je wyśmiać czy odmówić im prawa do przeżywania, bo dzieci w Afryce mają gorzej. Kiedy dorastamy, w tej kwestii niewiele się zmienia – też chcemy mieć prawo do swoich smutków, niezależnie od tego, czy ktoś gdzieś przeżywa kataklizm. „To, że czyjś ból wydaje się większy, nie sprawia wcale, że mój jest mniejszy.”


 

Może tak musiało być.

Co cię nie zabije, to cię wzmocni, pewnie Bóg tak chciał, bo przecież nic nie dzieje się bez przyczyny!

Jasne, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a jeśli ktoś wierzy w Boga, to może i jego do tego wmieszać. Ale w jaki sposób miałoby to pocieszyć kogoś, komu właśnie zawalił się świat? Jaką wizję świata i Boga mu to buduje – że jest to miejsce, w którym pisane mu było odnieść porażkę, że Bóg ma go gdzieś? Nikt nie chce stawać się silniejszym przez to, co go nieomal zabiło. Więc nie powtarzaj mu tego – on być może za jakiś czas dojdzie do tego wniosku SAM. Nie narzucaj nikomu swojego punktu widzenia. 

Jest też inny podprogowy przekaz takich pocieszeń – jeśli mówisz komuś, że właśnie tak musiało się stać, to prawie tak, jakbyś stwierdzał: zasłużyłeś na to cierpienie.



Będzie dobrze. 

Mówisz, że to śmiertelna choroba? Yyy, będzie dobrze, trzymaj się. 

Powiedzmy sobie wprost – niezależnie od tego, jak byśmy nie zaklinali rzeczywistości – są sytuacje, po których już nigdy NIE BĘDZIE DOBRZE. A przynajmniej nie tak dobrze, jakby tego oczekiwała osoba, która z ich powodu teraz cierpi.

„Będzie dobrze” to jedna z najbardziej bezrefleksyjnych formułek jakie rzucamy przy pocieszaniu. Brzmi tak samo empatycznie jak „nie płacz już” i „trzymaj się”. I jedne, i drugie obnażają nasze poczucie bezradności (które samo w sobie nie jest niczym złym), ale i w pewnym sensie chęć wyjścia z tej kłopotliwej sytuacji, w której nie wiemy co zrobić i powiedzieć. Najlepiej niech cierpiący radzi sobie sam.

Z takim podejściem lepiej całkowicie sobie odpuścić pocieszanie i zamiast tego np. wysłać kwiaty.


 

Czas leczy rany.

Wiem, że straciłeś nogę, ale pamiętaj – czas leczy rany. 

Czas nie leczy ran. Czas sprawia jedynie, że pojawiają się na nich blizny. A te, jeśli rana była głęboka, potrafią odezwać się głuchym bólem jeszcze po wielu latach. No i jak to blizny – mniej lub bardziej widoczne, zostają z nami na stałe.

Kiedy przypominasz komuś to zdanie, dajesz mu do zrozumienia, że kiedyś zapomni o swojej tragedii albo straci ona dla niego na znaczeniu. A w najgorszych momentach, jak np. po stracie kogoś bliskiego, myśl o tym, że za jakiś czas przejdzie się nad jego brakiem do porządku dziennego, boli niemal tak samo, jak ten nagły brak.



Czas pójść do przodu.

Kochana, popłakałaś już sobie, ale czas wziąć się w garść, nie uważasz? 

Dopóki sami nie cierpimy, możemy czuć wewnętrzny przymus wykopania negatywnych emocji z osób w naszym otoczeniu. I znowu – choćbyśmy robili to z całkiem pozytywną intencją, myśląc, że uda nam się zmotywować i zarazić radością tę osobę, efekt może być przeciwny. Ona się do nas zdystansuje, czując, że jej nie rozumiemy albo, że niecierpliwi nas jej stan i mamy dość słuchania smutnych opowieści.

Tymczasem każdy na straty i problemy reaguje inaczej. Nie ma reguły, że żal wypali się po dwóch tygodniach, miesiącu czy z nadejściem wiosny. O końcu żałoby czy etapu smutku decyduje tylko ta osoba. A jeśli widzisz, że coś jest naprawdę nie tak i nie widać żadnej szansy wyjścia z tego stanu, nie pomogą Twoje motywacje i porady, tylko specjalista.


 

jak pocieszać


 

JAK POCIESZAĆ, ŻEBY NIE ZASZKODZIĆ


Ok – zapytasz – jak jesteś taka mądra, to powiedz jak pocieszać, skoro każdy mój sposób jest zły? 

Zacznijmy od tego, że wcale nie jestem taka mądra, bo mimo całej mojej empatii, też zdarzały mi się wpadki w tym temacie. Kiedy dowiedziałam się, że jedna z moich ulubionych blogerek ma depresję, bez zastanowienia napisałam jej komentarz: „kurcze, zawsze miałam Cię za taką silną osobę”. Wstyd i wiocha na maksa… równie dobrze mogłam powiedzieć: ale teraz wyszło, że jesteś cienias. Dlatego moja pierwsza zasada pocieszania brzmi:


 

  1. Nie pocieszaj bez namysłu, na początek postaw na kontakt twarzą w twarz, a nie przez internet czy telefon, bo tam łatwiej o nieporozumienia. I zastanów się, naprawdę zastanów nad sytuacją tej osoby, zanim coś jej powiesz lub poradzisz. A jeśli o problemie dowiadujesz się nagle, spontanicznie, bezpieczniej będzie najpierw zapytać o jej uczucia, lub po prostu przytulić.

  2. Bycie obok  – jest czasem najlepszym, co możemy zrobić. Okazywać wsparcie można przez swoją widoczną obecność, uszy gotowe do słuchania i ręce do przytulania, niepozostawianie tej osoby samej w nocy czy w weekend, milczące zrozumienie, albo nawet zadbanie o jej codzienne, domowe sprawy, kiedy ona nie ma to siły (swoją drogą, zauważyliście, że na amerykańskich filmach osobom w żałobie zanosi się pojemniki z gotowymi obiadami i deserami, a u nas często to właśnie ten, kto przeżył stratę, dba o to, żeby inni najedli się na stypie…).

  3. Słuchaj naprawdę. Nie tylko pozwalaj się wygadać, ale zadawaj pytania, parafrazuj wypowiedzi tej osoby, nie osądzaj, powstrzymaj się od zbędnych komentarzy, chyba, że ona tego chce. Na podrzucanie rozwiązań przyjdzie czas później.

  4. Zadbaj o warunki do rozmowy. Jeśli sprawa jest poważna, nie planuj nic innego na ten dzień, wybierz spokojne miejsce w którym da się bez oporów płakać, i na Boga, wyłącz telefon! Nie ma nic bardziej irytującego, niż ktoś, kto między słuchaniem o Twoich problemach, odbiera telefon od Misiaczka i słodko ćwierkocze mu, żeby odgrzał obiad (to niby podstawa, ale widać nie taka oczywista, pamiętam jak miałam ochotę rozwalić łeb kobiecie, która odebrała telefon… w kościele, tuż przed pogrzebem mojego dziadka).

  5. Zapytaj co możesz zrobić. Zaoferuj pomoc, nie tylko teraz, ale i później. Oczywiście, jeśli naprawdę tego chcesz, a nie dlatego, że wypada. Powiedz tej osobie, że może do Ciebie zadzwonić kiedy chce i sam zadzwoń, jeśli tego nie zrobi (może krępuje się zwrócić o pomoc?). Wyprzedzaj o krok i odgaduj potrzeby, ale nie bądź nachalny, gdy ktoś chce pobyć sam, albo jeszcze nie dojrzał do szczerej rozmowy. Jak powiedział Lemony Snicket: „Kiedy ktoś płacze, oczywiście, szlachetnym jest pocieszenie go. Ale jeśli ktoś próbuje ukryć swoje łzy, tak samo szlachetne może być udanie, że ich się nie widziało.”

 

A główna zasada w tym wszystkim brzmi – spróbuj przez chwilę postawić się w sytuacji tej osoby i nie mów nic, czego sam byś nie chciał wtedy usłyszeć. To i tak już będzie więcej, niż zrobi większość osób.


PS – Macie jakieś przykłady najgorszych pocieszeń z własnego życia?

 

 

  • Marta Maksylewicz

    W gimnazjum miałam koleżankę, która właśnie posługiwała się tym słynnym zwrotem: „Wiem co czujesz, ja też tak miałam”. I nie żeby tekst sam w sobie mnie irytował, ale powtórzony 4 razy w miesiącu to już przesada. Aż miałam ochotę zmyślić jakąś historyjkę z gwałtem i ciążą w roli głównej, żeby posłuchać czy ona też przypadkiem tak nie miała.
    Pocieszanie mnie w trudnych momentach czasem bywa bardzo ciężkie i niewdzięczne, ale za każdym razem staram się być wyrozumiała, bo wiem, że nie jest łatwo zrobić to dobrze. Liczą się chęci i intencje, a te widać gołym okiem, kiedy ktoś szczerze próbuje okazać swoje zainteresowanie i troskę.

    • Marta, akurat wczoraj się zastanawiałam co u Ciebie, bo dawno Cię tu nie widziałam :)

      Zgadzam się, że kiedy widać od razu takie szczere podejście i pozytywne intencje, to można wybaczyć głupie słowa, bo czasem to zwykła niezręczność i zakłopotanie je powoduje. Ale bywa, że słowa wcale nie są potrzebne :)

      • Marta Maksylewicz

        Czytam ten komentarz chyba trzeci raz z rzędu i mam wielkiego banana na twarzy :D To takie miłe, że obserwujesz aktywność swoich czytelników :)
        Fakt, ostatnio byłam bardziej pasywna, ale to dlatego, że mało czasu spędzałam przy komputerze. Nadrabiam braki! :)

  • Bardzo dobry tekst, jak najwięcej osób powinno się z nim zapoznać. Chyba najbardziej denerwujące są słowa „miałem tak samo”. A co do prawdziwego pocieszania… chyba najlepiej potrafię pocieszyć siebie sama ;) mam taki ulubiony cytat, który zawsze się sprawdza w trudnych sytuacjach: „To również minie – te słowa dają mi poczucie dystansu i pomagają wykorzystać to, co mnie spotyka dobrego i przyjąć ze spokojem to, co złe w życiu.” Claire Rayne. Te słowa rzeczywiście zawsze pomagają mi nabrać dystansu.

    • Jak zawsze masz właściwy cytat na każdą okazję :)
      Też sobie często powtarzałam w trudnych sytuacjach podobne zdanie – wszystko w końcu mija i do wszystkiego łapiemy z czasem dystans. Tu można by dorzucić kolejny banał: ‚kiedyś będziesz się z tego śmiać’, ale w chwili, kiedy zupełnie nie jest do śmiechu, też lepiej się powstrzymać od mówienia tego komuś ;)

  • Świetny tekst! Powinien dotrzeć do jak największej ilości ludzi!
    Spotkała mnie kiedyś sytuacja, gdzie w żałobie po dziadku usłyszałam takie słowa od własnej (jeszcze wtedy przyszłej) teściowej, że nigdy przenigdy ich nie zapomnę. Nie wiem czy chciała mnie pocieszyć, ale spowodowała że dystans będę trzymać chyba do końca życia. Ech :(
    Fantastyczny pomysł z tymi kartkami! Pomogłyby nie jednej osobie wyjść z kłopotliwej sytuacji. Zgadzam się z Tobą, w wielu sytuacjach ludzie nie wiedząc co powiedzieć potrafią zdołować totalnie jednym wyszukanym słowem, zamiast po prostu powiedzieć co się naprawdę czuje….a wystarczyłoby czasem chwilę pomilczeć…

  • Och! Jak żałuję, że mam teraz w łapkach tylko telefon i jestem w wysysającej mózg pracy, bo tak wiele mogłabym teraz napisać w tym okienku. Choć może tylko pustosłowie.
    Najbardziej spodobało mi się zdanie o stawianiu się memem, są tak niezwykle trafne! Czasami mam wrażenie, że żyjemy w czasach terroru szczęścia, gdzie tylko pozytywne uczucia mają rację bytu, a te negatywne są urojeniem świadczącym o braku wdzięczności…
    Gdzie my tracimy pełnię życia?!

    Zwróciłam jeszcze uwagę, że zabrakło Ci „wszystko będzie dobrze, zobaczysz” i „wszystko zależy od Ciebie ” i „zaufaj czasowi „. To nie robi dobrze, kiedy słyszymy takie rzeczy w ciężkich chwilach. Banały robią więcej szkody niż milczenie.

    • Jak będziesz miała klawiaturę pod ręką to nie hamuj się ;)

      Nie wiem jak mogłam zapomnieć o „będzie dobrze” i o tych powiedzeniach z czasem leczącym rany itd – dorzucam je do posta.
      ‚Wszystko zależy od ciebie’ też jest okropne – znowu cierpiący może mieć poczucie, jakby zrzucało się na niego winę za to, że cierpi i w pewien sposób zostawiało z problemem samego…

      • Wiesz, ja w ostatnich dniach czuję jakbym wywróciła światopogląd do góry nogami, nie wiem czy to wiosna, nów, czy po prostu niezaprzeczalny fakt. Niemniej chodzę drażliwa po świecie na co ogrom ludzi reaguje potrzebą dawania mi rad i pocieszenia. Co jest o tyle patowe, że czuję potrzebę bycia pocieszaną tylko w obliczu tychże rad. Bo są przykre, a ja się męczę z wewnętrznym pytaniem, czy są przykre i prawdziwe, czy też stanowią tylko przeszkodę do pokonania. A to nie jest dobry stan. I zaraz ktoś przylatuje z pocieszeniem, że przecież co by nie było to mam zajebiste życie, bo jego kuzyn nie ma nogi i jest złotym medalistą paraolimpijskim, a murzynki w Afryce żyją bez prądu.

        • A może to ustawienia w jakiś sposób się odzywają?

          Im więcej głosów się słyszy w takich sytuacjach, tym trudniej jest odsiać te właściwe. Nie wiem czy masz taką możliwość, żeby się na trochę odseparować od ludzi, ale może to pomoże?

          • Co do ustawień to jestem mocno wątpiąca, czy działają w ogóle.

            Myślę, że to sprawa „życia materialnego”, ludzie dają sobie rady, bo tu ludzkie. I tu w ogóle nie chodzi o odsiewanie właściwych głosów. Ja się nieprecyzyjnie wyraziłam, ale to tu nieważne, bo właściwie podlega już pod inny temat.

  • Ja NIE ZNOSZĘ zdania „będzie dobrze” zwłaszcza jeśli wiem, że nie będzie. Po prostu wiem, że dany temat jest nie do odratowania – wówczas to zdanie kojarzy mi się z czymś tak bezrefleksyjnym, że… grrr :D A gdy komuś jest przykro, to zwykle mówię „w razie potrzeby jestem obok”. Nie wiem, czy ktoś będzie mnie potrzebować, ale bliskiej osobie nigdy wsparcia nie odmówię. Nawet jeśli ma to oznaczać siedzenie i milczenie lub nieporuszanie przykrego tematu :)

    • To prawda, są sytuacje, że jest jasne, że nie będzie dobrze, wtedy te słowa brzmią trochę jak powiedziane na odwal się, żeby czasem nie milczeć.
      Dopiszę je do listy :)

  • Do tego jeszcze „czas leczy rany”, „nie ten, to inny”, „tego kwiatu jest pół światu” czy „tak miało być” – niby mądre, ale głupie… Jeśli ma się coś do powiedzenia, to niech to będzie szczere. Czasami jest lepiej trzymać buzię na kłódkę, a wsparcie czy współczucie okazać w inny sposób…

    • O tak, ‚czas leczy rany’ to taki klasyk (i tak samo nietrafiony), że chyba go dopiszę do listy :)

  • Świat Ci się zawalił, ledwo powstrzymujesz łzy (publicznie), a ktoś: „Ojej, TYLKO NIE PŁACZ”..
    Świetny post! Mi się wydaję że bardzo trudno jest kogoś pocieszyć i dopiero kiedy sami jesteśmy w potrzebie wsparcia- doceniamy to co nam naprawdę może pomóc. Kartki Emily- genialne!
    Ja staram się być obok i wysłuchać ale przyznaję ze krępują mnie często takie sytuację- wolałabym rozśmieszyć, powiedzieć ze wszystko będzie dobrze..a czasem tak się po prostu nie da..

  • Aśka, wpis na szóstkę! Z jednej strony sama czasem doświadczam tych aktów pocieszania i rozumiem ludzi, którzy palną takim tekstem. Są sytuacje, na które nie jesteśmy przygotowani i kiedy w głowie pojawia się potężna pustka, wszystko wydaje się słowami nie na miejscu, a wiele osób uważa, że coś powiedzieć trzeba. No i cisną nam się potem na usta takie banały (z resztą, chyba każdemu z nas się od czasu do czasu wymsknie). Ale tak czy siak warto uświadamiać, że czasem wystarczy po prostu być, okazać wsparcie, a przede wszystkim… ugryźć się w język :)

    • Jest chyba w nas taki przymus powiedzenia czegoś wyjątkowego, znaczącego, wymagamy od siebie wiele w takich sytuacjach, jakby każdy z nas chciał z miejsca zamienić się w coacha.
      A przecież szczerość, nawet niezręczna, zbliża bardziej.

  • Czasem wystarczy milczeć. Sama obecność, moim zdaniem, daje więcej wsparcia niż te często powtarzane puste frazesy. Na przykład na pogrzebie, zamiast silić się na nic nie znaczące słowa pocieszenia, lepiej przytulić i szepnąć do ucha: „Przykro mi”. Tak po prostu.

  • Ula z prostoofinansach

    Na trudne sytuacje chyba nigdy nie jesteśmy przygotowani. Dlatego ten tekst bardzo się przyda, oby nie za szybko…

  • Jednocześnie zgadzam się i nie zgadzam. Oczywiście, każdy, kto aktualnie przechodzi przez jakiś problem cierpi, jest nadwrażliwy i łatwo go zranić nawet jeśli nasze intencje były najczystsze na świecie. I zgadzam się, że pewnych rzeczy po prostu powiedzieć NIE WOLNO. Ale jeśli ktoś mi jest naprawdę bliski i nawet jeśli pocieszanie mu nieszczególnie wychodzi, to się po prostu czuje, że chce dla Ciebie jak najlepiej. Może i czasem powie coś niezręcznego, ale chwila, przecież nie chce mnie tym skrzywdzić. Robi co może, bo dla niego to też trudna sytuacja – bo jest mi bliski i współodczuwa. I jest obok. I myślę, że jest to więcej warte niż na przykład jego uporne milczenie i unikanie tematu, bo się boi, że powie coś nieodpowiedniego. Tak to widzę ja :)
    Jeśli sprawa zaś się tyczy osób z dalszego kręgu znajomych – zgadzam się w 100%, wtedy sytuacja prezentuje się zupełnie inaczej.

    • Tu też się z Tobą zgadzam – niektórym takie słowa się wybacza, wtedy ważniejsza jest obecność i starania. Ale jeśli już za takie pocieszenia biorą się osoby mniej znane, wtedy lepiej żeby sobie odpuściły. Nie bez powodu często ogłasza się na pogrzebach „proszę nie składać kondolencji”, bo w większości przypadków jest to krępujące i nieprzyjemne dla obu stron.

      • O to to, to jest mega niezręczna sytuacja.
        Co do bardziej prozaicznych problemów – wszystko zależy, jaki to ma wymiar. Nieraz jak obcy wypali z czymś głupim, zrobi się nam ciepło na sercu, że się zainteresował, a znajomego mamy ochotę zwyzywać tylko dlatego, że chciał dobrze :P

  • Prawda jest taka, że pocieszać nie potrafimy bo po pierwsze nikt nas tego nie uczy, i to od małego. Po drugie nawet jak w teorii wszystko wiemy, to i tak emocje i sytuacja w której jest nasz rozmówca czasem paraliżują nas samych. Sam nie wiem czy w takich sytuacjach lepiej się wczuwać w rolę tego potrzebującego, czy starać się maksymalnie dystansować i z takim zimnym podejściem próbować coś ratować. Najlepiej według mnie jest po prostu przytulić, złapać za rękę, pomilczeć, potem powiedzieć, że możesz na mnie liczyć i zapytać jak mogę Ci pomóc.

    • Też jestem za tą ostatnią opcją, którą wymieniłeś – dotyk, obecność robią już bardzo dużo.
      Ale każdy jest inny i może okazać się, że dla niektórych cenne byłoby takie zimne ocenienie sytuacji i podsunięcie rozwiązań. Biorąc się za pocieszanie na pewno trzeba mieć wyczucie i dozę delikatności w sobie.

  • Pomaganie to bardzo trudna rzecz, wymagająca wyczucia i empatii. Wspomniane zasady bardzo ułatwiają zadanie…

  • Oprócz „będzie dobrze” najgorsze jest dla mnie „nie martw się”. Człowiek to nie maszyna i nie jest w stanie wyłączyć sobie jakichś uczuć. Jeśli się czymś martwię i dzielę się swoimi obawami z drugą osobą, to znaczy, że potrzebuję wsparcia. A dostaję tekst niemal żywcem z reklamy: „nie garb się… jest Pajączek!”.

    Zazwyczaj po prostu mówię ludziom, że jest mi przykro i pytam, czy mogę jakoś pomóc. Przykład z zapiekankami po pogrzebie, który podałaś, jest bardzo sensowny – często w żałobie zwyczajne czynności wydają nam się nie do przeskoczenia. Poza tym zapiekanki to klasyczny „comfort food”.

    Ps. W kwestii „Bóg tak chciał” – chyba się komuś pomytlały religie, to kalwini wierzą w predestynację :-P

    • Trafne skojarzenie z tym Pajączkiem.
      Nie martw się, nie płacz, trzymaj się… a wszystko to pstryk, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i znów świat jest piękny jak w reklamie margaryny ;)

  • Poruszasz bardzo ważny temat. Ja przyznam szczerze sama nieraz popełniam typowe błędy, próbując kogoś pocieszyć. Generalnie mam wrażenie, że w bardzo trudnych sytuacjach cokolwiek byśmy nie zrobili czy nie powiedzieli, to może przynieść to odwrotny skutek. Zazwyczaj w takich momentach kierujemy się tym, co nam wydaje się dobre. Niestety to, co dobre dla nas niekoniecznie będzie dobre dla osoby przeżywającej tragedię. Nawet jeśli nam kiedyś to pomogło wyjść z podobnej sytuacji. Moim zdaniem najważniejsze jest to, żeby druga osoba wiedziała, że może na nas liczyć i może się wygadać i wypłakać bez oceniania z naszej strony.

    • Myślę, że w takiej sytuacji, kiedy istnieje zagrożenie, że powiemy coś niezręcznego, albo nie wiemy jak się zachować, dobrze jest po prostu szczerze uprzedzić o tym tą osobę. Zaznaczając, tak jak mówiłaś, że może na nas liczyć i z wszystkiego się wygadać.

  • Jestem osobą z III stopniem alergii krzyżowej i mogę jeść (dosłownie) 30 rzeczy i do końca życia na lekach. Przyjaciele, partner i znajomi pomagają mi jak tylko umieją najlepiej, ale niestety nie wszyscy potrafią to zrozumieć. Ostatnio od jednego mojego kolegi usłyszałam „Nie męczy cię to, że nie możesz zjeść nawet frytek? Wiesz współczuje ci bardzo, ale w sumie to mogłaś mieć gorzej” – nie rusza mnie to jakoś specjalnie, ale nie jest mi z tym łatwo i wychodzę z założenia, że lepiej się za przeproszeniem zamknąć. Kiedyś na zakupach ze znajomymi (jakaś impreza była) ja kupowałam rzeczy dla siebie studiując każdy skład ze 100% dokładnością, moja koleżanka podeszła i powiedziała „o jeej jak to dobrze, że ja nie mam tak przeje*ane, przecież to jest katorga”. Potem się dowiedziałam, że to miała być forma pocieszenia, no cóż…
    Mimo wszystko najgorsze dla mnie jest to, jak ludzie, którzy wiedzą, że nie pozbędę się tej alergii mówią „Wszystko będzie dobrze, wyzdrowiejesz” – z naciskiem na „wyzdrowiejesz” :)

    • Forma pocieszenia? Dla niej samej, rozumiem? ;)

      • Ja to właśnie tak odebrałam, że to ona się pociesza, ale nie, to miało być 100% pocieszenie dla mnie :D Uzasadnienie: „powinnaś się cieszyć, że inni tak nie mają” :)

    • Kasia

      Polecam przeczytać książki, które moje życie diametralnie odmieniły, a ja odkąd pamiętam męczyłam się z nerwicą, a od 18 roku życia także z depresją. Zanim komuś coś polecę najpierw na sobie robię i potwierdzam, że działa, ale proszę nie wierzyć mi na słowo i na sobie wypróbować :) „Kod uzdrawiania”, „Kody sukcesu” – A.Loyd

  • Rozpływam się właśnie nad genialnością tego posta! Do tej pory myślałam, że umiem pocieszać moich bliskich, ale jednak ten post uświadomił mnie, że chyba się mylę, bo czasem zdarza mi się powiedzieć coś zupełnie bezmyślnego :( Dziękuję za ten świetny post i cudowne rady :)

  • Pingback: MORTYCJA POLECA #75 - PRZEGLĄD INTERNETÓW | M O R T Y C J A()

  • Świetny i potrzebny tekst. Mnie nóż w kieszeni otwiera się najczęściej na przypadki pierwszego typu. Wszystko potrafią obrócić w taki sposób, by dotyczyło ich osoby – przecież są pępkiem świata…

  • Pocieszanie jak widać, wcale nie jest takie proste. Wielu ludzi próbując nas wspierać w jakimś ciężkim przeżyciu mówi: będzie dobrze. Kogo oni chcą oszukać? Czasami po prostu lepiej jest nie mówić nic. Czasami lepiej razem usiąść, napić się herbaty i przemilczeć ;)

  • Reakcja na czyjąś trudną sytuację nie jest łatwa. Czasami nie wiem co powiedzieć i mówię głupstwa. Lepiej wtedy nie mówić zbyt wiele, najlepiej słuchać, ale tak aktywnie, aby druga osoba czuła, że jest wysłuchana. Najbardziej mnie w takich sytuacjach złoszczą „zawodowe samarytanki” – pociesza mówiąc całą sobą, „patrz jak się dla ciebie poświęcam, czyż nie wspaniale się poświęcam dla ciebie?”

  • Dużo w tym racji, ale dorzucę tylko, że nawet to niewłaściwe pocieszanie jest lepsze, niż milczenie. Przeżywałam kilkuletnią chorobę, a potem śmierć jednej z najbliższych osób na świecie i nikt z rodziny czy przyjaciół w tym czasie nie zapytał mnie, jak się trzymam – wszyscy unikali tego tematu „żeby nie sprawić mi przykrości”, a tak naprawdę dla własnej wygody. Ponieważ byłam jeszcze niedojrzałą nastolatką, uznałam, że nie powinno się o tym w ogóle rozmawiać i pozwalałam temu zjadać mnie od środka.
    To już wolałabym, żeby ktoś powiedział mi „przechodziłem przez to samo”.

  • Moje najgorsze pocieszanie udało mi się dokonać całkiem niedawno, bo zamiast choćby spróbować jakoś porozmawiać z kumplem po prostu uciekłam po byle pretekstem… Teraz sama nie wiem- z jednej strony mogłam spróbować z nim pogadać, z drugiej strony po moim pytaniu „Co się stało?” odpowiedział, że nie chce o tym rozmawiać. Najcięższe są dla mnie takie sytuacje z ludźmi, którzy są tylko moimi kumplami, znajomymi, kolegami. Boję się ich wypytywać bardziej o życie, bo czuję że nie mam do tego prawa, a oni aż na tyle mi nie ufają, by mi się zwierzać (nie jestem człowiekiem, przed którym inny się otwierają, wręcz przeciwnie). Czy jest jakaś granica znajomości, przed przekroczeniem której nie powinno się za bardzo wtrącać w problemy drugiej osoby? To straszne, gdy widzę że ktoś cierpi, a nawet nie mam „prawa” zapytać o co chodzi, bo jestem zbywana krótkim „Nie chcę o tym rozmawiać.”
    Teraz mi głupio, że zwiałam od kumpla właściwie nic nie mówiąc. Ale miałam wrażenie, że nie powinno mnie tam być, że wtrącam się w jego życie prywatne. Strasznie ciężko jest być człowiekiem bez empatii.
    Sama najbardziej nienawidzę gdy ktoś każe mi się ogarniać i brać do roboty. Swoje chandry muszę dosłownie przeleżeć- gdy zaczynam się nudzić wraca mi kreatywność i dobry humor. Najgorsze co można zrobić to przeszkadzać mi w moim rozpaczaniu…

  • Dobra robota!

    Podam przykład najlepszego pocieszenia, które udało mi się usłyszeć, a bardzo zmieniło moje podejście do chwil kryzysowych. Usłyszałem, że „Negatywne emocje są potrzebne – smutek, żal, brak energii, czy apatia – to wszystko jest bezpiecznikiem, który w chwilach kiedy wali ci się na głowę cały świat nie pozwala byś sobie zrobił krzywdę. Nie możesz wstać z łóżka przez 2 tygodnie? Bardzo dobrze, bo mógłbyś zrobić coś czego będziesz żałował albo wyrządził sobie krzywdę, a tak, będziesz leżał dopóki sam sobie wszystkiego nie poukładasz. Smutek odejdzie kiedy Ty na to pozwolisz.”

    • Diana

      Zgadzam sie, najwazniejsze: jesli masz ochote lezec i kwiczec przez miesiac, to rob to. Pozwol temu wybrzmiec, a jak przyjdzie czas, to staniesz powoli na nogi. Ludzie z problemami czuja presje otoczenia pt. ‚musisz sie wziac w garsc’ ‚nie mozna tak dluzej zyc’ itd. A wlasnie, ze mozna, i trzeba ‚przecierpiec swoje’ :-)

    • Otóż to, lubimy o tym zapominać, zwłaszcza że z każdej strony krzyczy się nam, że mamy być pozytywni i się nigdy nie poddawać… przez to nawet chwilowe załamanie niektórym jawi się jako totalna porażka.

  • A mnie kiedyś w czasie zawirowania życiowego teksty typu „będzie dobrze” i „tak musiało być” pomagały. Długo sama je sobie powtarzałam, po tym, jak usłyszałam je od kogoś. Faktycznie tak musiało być. Zawsze był to też wyraz zainteresowania moim życiem, zamiast nadawania cały czas o sobie. Za to nie lubię takiego pocieszania, które próbuje wprawić mnie w dobry nastrój. Nie płacz, weź się w garść itd. Bo komuś moje trudne emocje nie leżą. Właśnie że będę płakać, kiedy będę miała taką ochotę. Niewypłakane łzy paprzą się w źle zabliźnionych ranach na duszy. A najlepsze pocieszenie to po prostu czyjaś obecność.

  • Diana

    ‚Bedzie dobrze’ to najdurniejszy tekst w historii pocieszania, zazwyczaj uzywam go przekornie i z ironia ;)

  • Rainy

    Najgorsze jest całkowite unikanie tematu. Moja była przyjaciółka nigdy nie zapytała mnie, jak się czuję, po dramatycznym wydarzeniu w moim życiu, nigdy nie zaproponowała wysłuchania, ani nie zaoferowała bycia obok.
    Dlaczego? Bo się bała (czego? nie wiem) i nie wiedziała, jak pocieszyć i co powiedzieć. Co więcej, po pewnym czasie, kiedy zwierzyłam jej się, że wciąż cierpię, odpowiedziała, że jej zdaniem to trochę za długo i czy nie powinnam poszukać pomocy u specjalisty? Na szczęście miałam kontakt z osobami, które przeszły przez to samo, co ja i rozumiały więcej, więc jej niedelikatność gdzieś tam rozproszyła się wśród tych taktowniejszych osób. Kiedy dowiedziała się o chorobie bliskiej mi osoby, pierwsze co powiedziała, to że zna szpital w którym ktoś z jej rodziny się na to leczył. Pytanie „jak się czujesz? czy mogę coś dla ciebie zrobić?” nie przyszło jej na myśl. Nie rozumiem takiego braku empatii. Już się nie przyjaźnimy, oczywiście. Od tamtej chwili w ogóle wątpię w ludzi, a szczególnie jestem uczulona na słowa „możesz na mnie liczyć”. Na pewno mogę? Bo w tamtych sytuacjach, też tak mi się wydawało, a osoba mówiąca to, nie wiedziała jednak do końca co mówi.

  • Mam przykład może nie najgorszego, ale najlepszego pocieszenia, które otrzymałam od przyjaciółki po stracie mojego Taty. Pojawiła się w drzwiach ze świeżo upieczonym ciastem. Niby nic, ale przez najbliższe dni jadłam tylko to. Nic innego nie byłam w stanie przełknąć. A ona wiedziała, że nic nie musi mówić, wystarczy, że przyjdzie posiedzieć.

  • Koczilla

    Kiedy umarł mój ojciec, większa część rodziny i znajomi – oprócz teściowej i jednej koleżanki – byli tacy taktowni i tak „nie chcieli wchodzić z butami w moje życie”, że temat nie tylko nie zaistniał, ale nie złożyli mi nawet kondolencji.
    I to było gorsze niż wszystkie wyświechtane teksty tu przytoczone.

    • Fakt, że całkowite zignorowanie problemu może zaboleć jeszcze bardziej.
      Ciekawe tylko, że aż tyle osób jednocześnie podjęło taką decyzję…

      • Koczilla

        Nie rozmawiałam z nimi na ten temat. Może nie wiedzieli, co powiedzieć, a może tylko udawali, że mnie lubią.

  • Matrioshka

    Kiedy traciłam trzy kolejne ciąże, wszystkie w I trymestrze, wiele razy usłyszałam „Dobrze przynajmniej że na tak wczesnym etapie ciąży, potem byłoby gorzej”. Tak ? Naprawdę ?
    Szkoda słów :)

    • No cóż, niektórzy uważają, że skoro oni w dany sposób wartościują rzeczywistość,
      to pewnie wszyscy inni się z nimi zgadzają…

  • Jesienią mój szwagier miał wypadek. Stracił palce. Kompletnie nie wiedziałam co mu powiedzieć, nie dzwoniłam, nie odwiedziłam go, mieszka w innym mieście, więc ten telefon przynajmniej… Mama mi wymawiała, że go nie lubię/że jak tak można itp. W końcu zadzwoniłam i powiedziałam, że przepraszam, ale nie wiedziałam co powiedzieć w takiej sytuacji, jak się czujesz?

    • Szczerość, to prawie zawsze potrafi emocjonalnie rozbroić.

      • Ewa C.

        Mnie to tylko potwierdziło, że ta osoba nie jest mi bliska tak jak wcześniej myślałam. Równie dobrze nie musiała się ze mną kontaktować, a zrobiła to dla własnego interesu.

    • Ewa C.

      Mnie to tylko potwierdziło, że ta osoba nie jest mi bliska tak jak wcześniej myślałam. Równie dobrze nie musiała się ze mną kontaktować, a zrobiła to dla swojego interesu.

  • Magda

    Myślę, że tyle najgorszych / najlepszych pocieszeń, ile osób potrzebujących pocieszenia. I kluczowym jest dostosowanie słów i zachowania do osobowości osoby cierpiącej. Coś, co mi przyniesie pocieszenie, kogoś może dobić lub rozwścieczyć. „Będzie dobrze” jest dla mnie pustym frazesem, skazującym wypowiadającego na banicję, dla kogoś, kto woli iść przez życie z zaciśniętymi zębami – motywacją aby wstać i przetrwać. Są osoby, którym rzeczywiście historie o cudzym nieszczęściu w jakimś stopniu pomagają – poniekąd sama się do nich zaliczam. Po prostu wiele moich zmartwień – nawet naprawdę traumatycznych – w ten sposób sprowadzam do właściwego rozmiaru. Dlatego…. Empatia. To chyba najważniejsze.

  • Kasia

    „Musisz wziąć się w garść”.

  • Kasia

    Moja przyjaciółka prę lat temu mnie pocieszyła po śmierci mojego taty. Byłam załamana, tata zmarł po długiej chorobie i po tym jak długo go reanimowałam. Ona powiedziała mi: „podziwiam Cię, Ty jesteś po prostu taka silna”. Wcale nie byłam silna, świat mi się załamał, ale po jej słowach zaczęłam myśleć inaczej i zauważyłam, że rzeczywiście długo dawałam radę i opiekowałam się tatą łącząc to z pracą. Spojrzałam na siebie z innej strony i to bardzo mi pomogło.

  • Aleksandra

    A mnie właśnie najbardziej pociesza to że ktoś mi opowie że miał podobną sytuację. Nie wiem co to za bzdury o odwracaniu uwagi od problemów, kiedy jestem w dole i wydaje mi się że mój świat się zawalił bardzo dobrze mi robi zaprzestanie myślenia o tym choć na sekundę i skupienie się na historii drugiej osoby, jeśli rzeczywiście miała podobne doświadczenia. To daje nową perspektywę i pozwala spojrzeć na własny problem w inny, może nieco mniej wyolbrzymiający problem sposób. Wydaje mi się to oczywiste. Twoje rady w stylu ,,po prostu bądź przy osobie” są dosyć miałkie, wolałabym mieć koło siebie kogoś, kto będzie pajacował, zrobi mi naleśniki, i NAPRAWDĘ wypowie tą błahą formułkę że ,,wszystko będzie dobrze” i że ,,dwa lata temu miał podobną sytuację i poradził sobie następująco”.

  • Pingback: WTORLINKI #66 - Króliczek Doświadczalny()

  • Nie uważam żeby „Będzie dobrze” było takie straszne. To wyswiechtana formułka, oczywiście, ale wszystko zależy kto to powie i w jakiej sytuacji. Jeśli powie to Twój przyjaciel, który jest obok Ciebie i nie znajduje słów żeby pocieszyć Cię w inny sposób to dla mnie to jest ok. Jeśli powie to ktoś, kogo twoje problemy w rzeczywistości obchodzą tyle samo co zeszłoroczny śnieg to lepiej by było żeby się w ogóle nie odzywał. Najgorszy według mnie jest punkt pierwszy: sama niejednokrotnie miałam mniejsze lub większe problemy i zdarzało się, że jak tylko zaczynałam komuś o nich opowiadać to po 5 minutach rozpoczynałam wysluchiwanie całej litanii problemów z jakimi boryka się mój rozmówca od 10 lat.

  • N.

    Dodałabym tutaj jeszcze „dasz sobie radę”. Na pierwszy rzut oka (a raczej ucha) brzmi super, daje wrażenie, że ktoś w nas wierzy, a przy okazji zabiera w lepsze jutro, kiedy już wszystko będzie dobrze. Jasne, będzie, kiedyś, ale teraz, będąc w ogromnym dole, kiedy mamy wrażenie, że wszystko nas przytłacza i przestajemy dawać sobie radę, taki komentarz chyba tylko wprawia nas w uczucie bezradności i świadomości, że ktoś nie rozumie no i wywiera na nas straszną presję. „Dasz radę” mówi jednak trochę „no dobra,skończ się już nad sobą użalać, to tylko mały problemik”. A co jeśli czujemy, że nie damy rady?

  • Mara

    A mnie się bardzo podoba ten artykuł (a jestem osobą bardzo krytyczną i lubię na wszystko wybrzydzać) ale tym razem podpisuję się pod tym tekstem rękami i nogami. Marzę, żeby mnie pocieszano w taki sposób jak tam jest opisane i sama także chciałabym się nauczyć w ten sposób pocieszać innych

  • Ania

    Pamiętam kiedy napisałam do, jak mi sie wtedy wydawał, przyjaciółki, i napisałam jej wszyściutko, chciałam to z siebie wyrzucić, usłyszeć że jest ze mną… a jedyne, co dostałm, to wiadomość że dramatyzuje, przesadzam i jestem przewrażliwiona. Nóż w serce i łzy same mi popłynęły. Uważajcie, aby nie bagatelizować cudzych problemów.

  • Mnie denerwują zalewające blogosferę posty skierowane do maturzystów ,,matura nic nie znaczy, nie masz się czego bać, wszyscy przez to przechodzą, dorosłość to będą kłopoty, a to będziesz wspominać z rozrzewnieniem”. Jak najbardziej rozumiem, że ludzie po maturze tak myślą, ale może niech chociaż nie udają, że piszą tak do maturzystów, gdy chcą się pokazać jako ci dojrzali przed innymi ludźmi po maturze.

    Przeżyłam 18 lat, 12 z tego to edukacja zmierzająca do matury. Zatem 2/3 mojego życia to przygotowanie do tego egzaminu. Skąd pomysł, że chcę przeczytać ,,2/3 twojego życia w zasadzie nie ma znaczenia, potem zacznie się prawdziwe życie i będzie jeszcze gorzej”?

    Podoba mi się punkt 3: słuchaj naprawdę. Zwykle gdy jest mi bardzo źle, to chcę być sama. I moje ,,zostaw mnie” znaczy dokładnie ,,zostaw mnie” (nie, to nie jest zakamuflowane ,,nie odchodź”, bo kobiety, które porozumiewają się w ten sposób istnieją tylko w wyobraźni twórców memów o mężczyznach i kobietach). Prawie zawsze ktoś próbuje mnie przekonać, że jednak nie chcę być sama.

  • Ilit015

    Ja dodam jeszcze coś od siebie… Jeśli ktoś mówi, żebyście się odwalili, gdy próbujecie go pocieszać, to się odwalcie. Nawet, jeśli ci się wydaje, że znacie się na tyle długo, że masz prawo do takich rzeczy .-.

  • Pingback: Niechciane porady. Dlaczego ludzie je dają i co z nimi zrobić?()