LISTOPADOWE MIGAWKI Z ŻYCIA

 

Żegnaj listopadzie, witaj grudniu. Choć mówi się, że listopad to najpodlejszy miesiąc roku, ten był dla mnie wyjątkowo przyjemny. Mimo, że nieraz zaskakiwał chłodem, mrozem, śniegiem, czy marznącym deszczem – zawsze byłam w stanie powiedzieć sobie: nie jest tak źle. Po wrześniu na Islandii, polski listopad nie jest mi straszny. Od powrotu jakby coś przestawiło mi się w głowie – pogoda to tylko pogoda, niezależnie od tego jaką przybiera formę, wokół dzieje się tyle fajnych rzeczy, że nie ma sensu przejmować się scenografią. Wystarczy nieprzemakalna kurtka, kaptur, wygodne buty i już czuję, że mogę wszystko. W przeciwieństwie do przechodniów z głowami wbitymi w kołnierze, ja idę sobie bez pośpiechu i cieszę się jak szczeniak na pierwszym spacerze, pilnując tylko, żeby z tej euforii nie wejść gdzieś pod samochód. Polecam wszystkim takie odczulanie na północy. Kiedyś wrócę tam zimą po to, żeby przestał na mnie działać również szybciej zapadający zmrok.Oczywiście, pomiędzy chwilami z cyklu „z czego ona się tak cieszy?!”, zdarzały mi się dni, w trakcie których w ogóle nie wychodziłam z kapci. To był idealny czas na nadrabianie książkowych zaległości (w tym roku czytałam rekordowo mało) i pisanie – głównie dla siebie samej.

Poza tym udało mi się zaliczyć kilka mniejszych wyjazdów, pochodzić samotnie z aparatem po Wrocławiu i… rozpieścić trochę podniebienie.

 

 

KIELCE!

 


Ostatnio w Kielcach bywam tylko przelotem, ale mimo wszystko czasem udaje mi się zaliczyć krótki spacer uliczkami tego miasta, w którym spędziłam 5 lat studiując. Jak się okazuje, na studiach musiałam być niesamowicie zajęta, bo dopiero teraz odkryłam, że Kielce mają swój własny, włoski ogród. Może zimą nie wygląda zbyt imponująco, ale i tak jest fajnym miejscem żeby odciąć się od ludzi i podumać w samotności.
Swoją drogą, jeśli myślicie o Kielcach jako mało atrakcyjnej mieścinie gdzieś na wschodzie, to… macie trochę racji, ale tylko trochę, bo tylko tam znajdziecie potężne skały w centrum miasta, pogłowicie się, co robią na nich tablice z 10 przykazaniami, znajdziecie też UFO, z którego wyjeżdżają autobusy i któremu patronuje Baba Jaga, a przy odrobinie szczęścia traficie na jakiegoś rapera na emeryturze.

 

WARSZAWA I BIAŁYSTOK

 

Początek jednego z listopadowych tygodni witałam w Kielcach, a już trzy dni później jechałam do Warszawy. Pół piątku, sobota, niedziela – wiedziałam, że nie chcę spędzać całego tego czasu w samej stolicy, bo to miasto mnie zwyczajnie męczy, zwłaszcza w weekendy. Dlatego korzystając z okazji, że teraz mam bliżej niż dalej, zerknęłam na białe plamy na swojej mapie miejsc, w których byłam i… postawiłam na Białystok.
Białystok to nie tylko stolica Podlasia, języka esperanto, czy miasto, w którym łączy się wiele kultur i religii. To także… stolica disco polo, podobno to stąd pochodzi większość muzyków. Tym czym wieża dla Paryża, a Sagrada Familia dla Barcelony, jest dla Białegostoku Pałac Branickich, który robi wrażenie w dzień i w nocy – i to wokół niego spędziłam najwięcej czasu. Większość atrakcji Białegostoku skupiona jest wokół centrum, więc dla osoby, która trafia tam tak spontanicznie jak ja, nie ma problemu z odnalezieniem się, można też spokojnie zwiedzić wszystko w ciągu dnia. Kierując się podpowiedziami z bloga Crust and Dust wpadłam też do bistro Kaffka i do restauracji Esperanto – na obu się nie zawiodłam i polecam. Swoją drogą, w tej drugiej po raz pierwszy próbowałam buzy, czyli orzeźwiającego napoju z… kaszy jaglanej.
Wracając do Warszawy – jadąc tam miałam okazję pierwszy raz przetestować linie PolskiBus Gold. Wrażenia? Nie zauważyłam specjalnie wygodniejszych siedzeń ani więcej miejsca na nogi, jedyna różnica to fakt, że podawali tam poczęstunek, kawy, 3 rodzaje herbat, soczki, a do tego 3 rodzaje kanapek i herbatniki. No i nie trzeba się było logować do WiFi. Tyle że kiedyś takie rzeczy (może oprócz WiFi) były nawet i na zwykłych trasach… Poza tym – tak samo tłoczno, takie same ‚łazienki’, zaduch i chamskie przepychanki przed wejściem. A cena wyższa.

TO I OWO

 

– W listopadzie byłam na pierwszym w życiu stand-upie, a właściwie całym konkursie na najlepszy stand-up (w ramach kabaretowego festiwalu Wrocek). Zdjęć nie mam, ale podrzucam krótkie wystąpienie mojego faworyta (i zwycięzcy) – Jaśka Borkowskiego, które najlepiej pokazuje jego styl.
– Kulinarne odkrycie: restauracja Wok In na wrocławskich Sukiennicach. Uwielbiam tajską kuchnię, a w tej można samemu skomponować danie, wybierając składniki. W dodatku jak na centrum nie poraża cenami, więc jeśli coś Was przywieje w tamte strony – polecam, polecam, polecam itd.
– Kulinarna porażka: próba przyrządzenia w domu kasztanów jadalnych zakończyła się stwierdzeniem, że żaden z nich nie jest jadalny. Teraz wiem, że trzeba kupować tylko te o lśniącej skórce i bez dziurek i wgnieceń. Albo zaopatrywać się na jarmarku bożonarodzeniowym, płacąc jak za złoto.
– A skoro o jarmarku mowa – takie cuda na patyku dzieją się teraz na wrocławskim rynku:
– Z tych mniej aktywnych dni: grzane wino i Murakami. Po pierwszej jego książce mam ochotę na dużo więcej.
– I moje ulubione zdjęcie tego miesiąca. Nie wiem co dokładnie miałam na myśli je robiąc, ale urzekł mnie ten obrazek na tyle, że musiałam go uwiecznić:
Ok, ale robi mi się z tego monolog: a jak minął Wasz listopad? 




PS – I z kim się spotkam na Blogowigilii?

 

Te wpisy również mogą Cię zainteresować

- BLOG I AUTOR -

Psychologia, świadomy lifestyle, a na dokładkę podróże... To znajdziesz na moim blogu. Chcesz zrozumieć siebie lepiej, odnaleźć się wśród ludzi - nie mogłeś lepiej trafić! A ja mam na imię Joanna - jeśli chcesz poznać mnie lepiej, kliknij tutaj.

- TU JESTEM -

           

- ARCHIWUM -