NA WSCHÓD OD WISŁY: CZ. 1 – LUBLIN

 

Mówi się, że nie ma sensu wyjeżdżać za granicę, dopóki nie pozna się dobrze własnego kraju i nie zwiedzi wszystkich jego regionów. Nie traktuję tego zalecenia dosłownie (bo najczęściej powtarzają to ci, których POZORNIE  nie stać na wyjazd za granicę, albo po prostu nie umieją go zorganizować), jednak widzę w nim pewien sens. Mam nawet specjalną interaktywną stronkę, na której zaznaczam pineską MIEJSCA W POLSCE W KTÓRYCH BYŁAM  i kiedy kolejny raz zastanawiam się, dokąd tym razem pojechać na weekend albo gdzie zaplanować nieco dłuższy pobyt, patrzę przede wszystkim na białe plamy na tej mapie. Jeśli też na nią zerknęliście, to widzicie, że na wschodzie mam poważne zaległości. Poza całym północnym wschodem nie znałam też do tej pory rejonów szeroko rozumianej granicy z Ukrainą: Lublin, Zamość, Rzeszów, Bieszczady – jakoś nigdy nie było mi tam po drodze, nawet mimo tego, że przez 25 lat mieszkałam w świętokrzyskim, czyli zdecydowanie bliżej niż teraz, z Wrocławia.
Wreszcie jednak pojawiła się okazja – tydzień wolnego, który, jak obliczyliśmy, powinien nam wystarczyć na spokojne odwiedzenie przynajmniej trzech miast na wschód od Wisły. Nie planowaliśmy dokładnie trasy, noclegów ani niczego takiego – to miał być totalny spontan, zerwanie ze smyczy perfekcjonizmu. Oczywiście podróżowaliśmy bez samochodu, opierając się wyłącznie na zbiorowej komunikacji. Gdybyśmy mieli własny transport, cała wyprawa wyglądałaby zapewne inaczej i zapisalibyśmy z niej nieco inne wspomnienia. Podejrzewam też, że udałoby się nam zobaczyć więcej. Taki sposób podróży dostarczył nam jednak wielu dodatkowych, hmm, atrakcji i przemyśleń…


Dzień 1: Kielce -> Lublin

 

Dzień pierwszy był właściwie drugim dniem naszej podróży, bo pierwszego przemieszczaliśmy się z Wrocławia do mojego rodzinnego domu, w zachodnim świętokrzyskim. Wszystko po to, by wystartować do Lublina na świeżo. Cała ta świeżość wyparowała z nas jednak po ponad trzech godzinach jazdy trzęsącym się i śmierdzącym spalinami busem relacji Kielce – Lublin. Wam polecam raczej pociąg…Mniejsza o niedogodności – jesteśmy na miejscu. Dworzec autobusowy w Lublinie nie zachęca, ale oddając mu sprawiedliwość – mało który dworzec autobusowy zachęca. Do czegokolwiek. Jeszcze na miejscu, ramię w ramię z ciekawską babcią zerkającą na ekran mojego laptopa, szukamy noclegu w akademikach. Dzwonimy, pytamy, licząc, że zaraz nadamy jakiś azymut krokom. Akademik nr 1 – w remoncie, nr 2 – w remoncie, kolejny – brak osoby, która wie cokolwiek na temat, akademik KUL-u – na dzień dobry pytanie czy na pewno jesteśmy małżeństwem (bo inaczej będziemy spać w osobnych pokojach!)… W końcu znajdujemy jeden z akademików UMCS, z najlepszą tego dnia ceną za nocleg – ok. 80 zł (kto ustala te ceny!). Meldujemy się, od pani ze śpiewnym akcentem dostajemy przydział pościeli, która pewnie niejedno pokolenie kołysała do snu, i przykazanie, by wrócić przed 23 – bo inaczej tego dnia już nie wejdziemy do budynku. Momentalnie czujemy się 10 lat młodsi.

A w Lublinie…
Wędrujemy niepozornymi ulicami od Ogrodu Saskiego, przez Plac Litewski i Krakowskie Przedmieście, nieświadomie pokonując jedną z zalecanych turystom tras, gdzie można zobaczyć najciekawsze punkty miasta.

 

W końcu wkraczamy do Rynku, gdzie stajemy jak osłupiali. Niby wszystkie polskie, stare miasta wyglądają tak samo, a jednak tutejsze kamienice są jakieś takie bardziej kolorowe, bardziej różnorodne i mimo odrapanych tynków (a może to właśnie z ich powodu) robią wrażenie. Nie ma co, atmosfery temu miejscu nie można odmówić.

 

Czarujące są zwłaszcza te wszystkie zaułki, zakamarki i ciasne, kręte uliczki. Na niektórych z nich można rzeczywiście poczuć, że złoty okres tego miasta przypadał na XVI – XVII wiek.

 

 

Widząc takie miejsca, zawsze zastanawiam się, czy osoby mieszkające z jednej i drugiej strony podawały sobie rano rękę przez okno:

 

 

Nie mniejsze wrażenie robi Zamek (którego budowę rozpoczęto w XII wieku, a murowana wersja powstała w XIV wieku) i rozpościerający się sprzed niego widok.

 

 

Po wejściu do informacji turystycznej mamy wrażenie, że zassała nas czarna dziura. Mężczyzna, który tam zasiada, wygląda, jakby tylko czekał na kogoś, kto wykaże więcej niż minimalne zainteresowanie historią Lublina. Zamiast krótkiej pogawędki otrzymujemy więc półgodzinny wykład i kiedy tylko udaje nam się wejść mu w słowo, wymykamy się, by zdążyć na ostatnią turę spaceru po podziemiach Rynku. O ile same piwnice i korytarze między nimi wyglądają typowo, to już ruchoma inscenizacja wielkiego pożaru miasta, na makiecie pod koniec korytarzy budzi emocje – i głównie dla niej polecam tę atrakcję. Cena – 10 zł za bilet normalny, 8 zł ulgowy.
Głód wrażeń kulinarnych nasycamy pizzą za 15 zł i lawaszem (czyli w praktyce tortillą z nieco innej mąki) z kurczakiem za 11 zł  w bistro Ostro na Krakowskim Przedmieściu. Jedzenie smakuje i przyjemnie syci, porcje za tę cenę są słuszne, widok na ulicę też całkiem ok, gorzej jest tylko z hałasem wewnątrz tego małego lokalu – dziewczyny za ladą przyjmowały akurat swoich hiperrozentuzjazmowanych znajomych…

 

 

Nie zatrzymujemy się więc tam zbyt długo i ruszamy spróbować piw w browarze Grodzka 15, gdzie za około 12 zł można spróbować deski piw – czyli małej porcji każdego z produkowanych tam rodzajów złotego trunku. To miejsce kojarzy mi się z wrocławskim Spiżem albo Piwnicą Świdnicką – podobne położenie, wystrój, podobna popularność – głównie wśród turystów. Co oczywiście nic nie ujmuje temu miejscu.

 

Oczywiście, żeby było milej powrót do akademika uprzyjemnia nam ulewa, podobno pierwsza od trzech miesięcy w tym rejonie. Chyba nie muszę dodawać, że zgodnie z prawem Murphy’ego nie mamy kurtek ani parasoli. Po tym wydarzeniu tracimy nieco na spontaniczności i zajmujemy się szukaniem noclegu na następny dzień – tym razem w Zamościu (o nim więcej jutro).

Gdybym miała więcej czasu w Lublinie: 

– odwiedziłabym Muzeum na Majdanku, choć to po dłuższym mentalnym przygotowaniu – do tej pory nie byłam nawet w Oświęcimiu i trochę obawiam się siły rażenia takich miejsc;
– wstąpiłabym do znajdującego się na przedmieściach skansenu, czyli wielkiego Muzeum Wsi Lubelskiej. Uwierzycie, że nigdy dotąd nie byłam w żadnym skansenie?
– weszłabym na punkt widokowy na Wieży Trynitarskiej, skąd rozciąga się widok na Lublin z 40 metrów wysokości,
– wybrałabym się na cmentarz żydowski położony na wzgórzu – nie tylko dla panoramy, najstarsze znajdujące się tam nagrobki pochodzą z XVI wieku;
– poszukałabym cebularzy, czyli lokalnego pieczywa z cebulą, które tak wszyscy zachwalają i które smakuje podobno inaczej, niż jego odpowiedniki w całym kraju;
– zjadłabym w wegetariańskiej knajpce Umea, która jest dość dobrze schowana w jakimś zaułku na ulicy Orlej, ominęłabym za to od razu tak często polecany Stół i Wół, gdzie podają głównie mięso w każdej postaci;
– spróbowałabym lodów w Polonia Cafe, znanych również jako Polskie Lody Rzemieślnicze, które tylko minęłam, nieświadoma, że mają je tam aż w 100 różnych, nietypowych smakach.

 

Gdybym miała więcej czasu + przemieszczała się samochodem:

– zajrzałabym do Kazimierza Dolnego (ok. 60 km od Lublina), w którym już kiedyś byłam, ale jego klimat totalnie mnie zauroczył,
– odwiedziłabym uzdrowiskowy Nałęczów (ok. 35 km. od Lublina),
– zajrzałabym do Puław, (ok. 60 km), gdzie znajduje się Pałac Czartoryskich i kilka pomniejszych zabytków,
– a potem także do Lubartowa (25 km) i tamtejszych ogrodów pałacowych.

Czy spodoba Ci się Lublin? 

TAK, jeśli: 

–  lubisz naprawdę stare miasta i interesujesz się historią,
– kręci Cię architektura – tu zobaczysz na żywo „renesans lubelski”, który jest skutkiem odbudowy prawie całego miasta po pożarach w drugiej połowie XVI wieku,
– cenisz sobie miasta z wyjątkowymi zabytkami, ale bez typowego dla Warszawy, Krakowa, Wrocławia, turystycznego zgiełku;
– nie znasz wschodniej Polski – tu poznasz jej specyficznego ducha.

NIE, jeśli: 


– rażą Cię odrapane tynki, krzywe chodniki i nieatrakcyjne przedmieścia,
– chcesz spędzić w jednym mieście cały tydzień i codziennie mieć co zwiedzać – na zwiedzenie Lublina wystarczy weekend,
– szukasz miasta, w którym chcesz głównie wypocząć w atrakcyjnej okolicy,
– ważny jest dla Ciebie wygodny dojazd zbiorową komunikacją.

Są tu jacyś lublinianie albo osoby znające dobrze Lublin? jeśli tak, to dopiszcie koniecznie, co jeszcze warto zobaczyć i doświadczyć w Waszym mieście! 

Te wpisy również mogą Cię zainteresować

- BLOG I AUTOR -

Psychologia, świadomy lifestyle, a na dokładkę podróże... To znajdziesz na moim blogu. Chcesz zrozumieć siebie lepiej, odnaleźć się wśród ludzi - nie mogłeś lepiej trafić! A ja mam na imię Joanna - jeśli chcesz poznać mnie lepiej, kliknij tutaj.

- TU JESTEM -

           

- ARCHIWUM -