Na początku kwietnia pisałam Wam, że będę próbowała ogarnąć swoje poranki, które zaczęły wymykać mi się spod kontroli. Nietrudno o to pracując zdalnie, kiedy nie obowiązują żadne ramy czasowe dnia pracy. Zwłaszcza zimą i wczesną wiosną można ulec pokusie spania do 9. A potem wstawać z wyrzutami sumienia, omijając rozgrzewkę czy odkładając na później śniadanie. Stąd już prosta droga do gonienia własnego cienia przez resztę dnia i zakończenia go z niezadowoleniem, że znów zrobiło się za mało.O korzyściach z ustalenia sobie porannych rytuałów i ścisłego się ich trzymania słyszałam już od dawna – można powiedzieć, że to jeden z modnych tematów w tych wszystkich kręgach funkcjonujących gdzieś pomiędzy minimalizmem a produktywnością. Nie sądziłam jednak, że zimne prysznice i poranna gimnastyka to coś dla mnie. Zwłaszcza na myśl o tych pierwszych miałam dreszcze. Ale – dopóki nie spróbujesz, nigdy nie wiesz, więc przez cały kwiecień próbowałam po przebudzeniu trzymać się 5 stałych punktów:


  1. Zimny prysznic
  2. Szklanka ciepłej wody z cytryną
  3. Rozgrzewka
  4. Śniadanie
  5. Poranny apel

Jesteście ciekawi jak mi poszło i czy udało mi się ogarnąć na tyle, by polubić poranki?

Wyniki mojego doświadczenia były pozytywne i okazało się, że jeśli chcę (i zdeklaruję się publicznie, bo to pewnie też miało znaczenie) potrafię się z niezłym skutkiem zdyscyplinować. Wyrwy w mojej nowej rutynie pojawiły się tylko podczas dwóch wyjazdów, kiedy musiałam bardzo wcześnie wstawać na pociąg i kiedy nie miałam dostępu do wody z cytryną ani czasu na ćwiczenia (wolałam chwilę dłużej pospać). Zimnego prysznica nie pominęłam jednak ani razu i o dziwo, to on z tego wszystkiego stał się moim ulubionym elementem poranka.


DLACZEGO WARTO BRAĆ RANO ZIMNY PRYSZNIC?



Mój pierwszy dzień eksperymentu nie był zbyt zachęcający – o ile polewanie zimną wodą po stopach, nogach i udach było do wytrzymania, to już na wysokości brzucha krzyczałam i miałam ochotę przerwać. Jednak założyłam sobie, że prysznic ma trwać przynajmniej 2 minuty i objąć całe ciało, więc wytrzymałam, a potem szybko zaczęłam rozcierać się ręcznikiem i… to był moment, który wszystko zmienił, bo poczułam lekką euforię, wewnętrzne rozgrzanie i niesamowitą rześkość. O ile do łazienki wchodziłam z półprzymkniętymi powiekami, to wychodziłam z niej już jak po dawce jakiegoś dobrego stymulanta. Następnego dnia było mi łatwiej, a z każdym kolejnym utwierdzałam się w przekonaniu, że zimny prysznic to najlepsze co mogę sobie zrobić zaraz po przebudzeniu. I tu mogłabym mówić Wam dalej jakie to cudowne uczucie, jaka świeżość, jak dobrze czuję się w swojej skórze po, jakie mam jędrne uda i jak bardzo nie potrzebuję już potem kawy, ale moje własne doświadczenie wcale nie musi Was przekonywać. Dlatego przytaczam kilka sprawdzonych naukowo korzyści wynikających z brania zimnego prysznica:

  • zwiększenie wydzielania noradrenaliny, adrenaliny i histaminy, które pobudzają do wysiłku fizycznego i poprawiają nastrój,
  • poprawę wyglądu skóry, dzięki zwężeniu a później rozszerzeniu naczyń krwionośnych, a także jej ujędrnienie i spowolnienie przetłuszczania się,
  • działanie przeciwbólowe dzięki zmniejszeniu przewodnictwa w nerwach czuciowych,
  • poprawienie lepkości płynów stawowych, zwiększające ruchomość stawów,
  • zwiększenie wentylacji minutowej płuc, poprawiające dotlenienie ciała,
  • złagodzenie lekkich stanów zapalnych, uszkodzeń mięśni, szybsze gojenie się siniaków, stłuczeń i obrzęków,
  • poprawa odporności i zwiększenie liczby leukocytów (po regularnym stosowaniu zimnych pryszniców),
  • a nawet – zamiana białej, niechcianej tkanki tłuszczowej na brunatną (przy stosowaniu dłuższej ekspozycji na zimno – ok. 10-15 minut).
Dodałabym do tego jeszcze efekt psychologiczny – bo zimny prysznic to nie tylko hartowanie ciała, ale także woli i umysłu. Najlepiej podsumował to w swoim wystąpieniu TED Joel Runyon: „Jeżeli nie jesteś w stanie znieść czegoś tak niewygodnego i nieprzyjemnego jak 5 minutowy zimny prysznic, to jak zamierzasz zrobić coś naprawdę trudnego i nieprzyjemnego z twoim życiem?”. Osoby biorące zimne prysznice są bardziej odporne na wszelkie niedogodności, niewygodę, czy choćby zmiany temperatur, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Może zmniejszyć się także skłonność do ulegania wymówkom i unikania wysiłku. W końcu skoro co rano jesteśmy w stanie wytrzymać taką torturę, to wytrzymamy też i dużo więcej!


CO DAJE PICIE WODY Z CYTRYNĄ (I IMBIREM) NA CZCZO?



Po prysznicu zalewam gorącą wodą plasterek cytryny i kilka plasterków imbiru, wyciskam też z cytryny trochę soku. Co mi to daje? Przede wszystkim umożliwia spokojne przejście do punktu następnego, czyli śniadania. Rano zwykle dolegał mi brak apetytu, a czasami wręcz… poranne mdłości, mimo że nie zagnieździł mi się w brzuchu żaden alien. Postanowiłam więc wrócić do starego zwyczaju kiedy stosowałam metodę Tombaka z porannym piciem Mikstury Oczyszczającej, czyli  mieszanki cytryny, aloesu i oleju lnianego. Tym razem uprościłam procedurę, bo nie chodziło mi o większe oczyszczanie, a bardziej o pobudzenie trawienia i zniesienie nudności. Z dawnej mikstury zostawiłam cytrynę, dodałam imbir i ciepłą wodę. I muszę przyznać, że jeśli chodzi o moje obecne wymagania, ten napój bardzo dobrze się sprawdza.

Skrótowo korzyści z picia wody z cytryną:

  • ochrona przewodu pokarmowego,
  • oczyszczenie i pobudzenie do działania wątroby,
  • pobudzenie do wydzielania soków trawiennych,
  • mała dawka witaminy C (wspierającej układ immunologiczny i pomagającej w przyswajaniu żelaza),
  • przywrócenie równowagi kwasowo – zasadowej (powrót do właściwego pH
  • lekkie działanie moczopędne (oczyszczanie z toksyn).
Jeśli do wody z cytryną dodamy imbir, to efekt cytryny się wzmacnia, bo imbir również wspomaga odporność,  a poza tym działa przeciwzapalnie i zapobiega nudnościom. Idealnie!
Po wypiciu tego napoju rozciągam się, ze szczególnym naciskiem na rozluźnienie karku i kręgosłupa,  czasem robię powitanie słońca, czasem przysiady, a potem przygotowuję sobie śniadanie. Zwykle są to jakieś sałatki warzywne, czasami serek wiejski lub twaróg z olejem lnianym, a jeśli mam wiejskie jajka, to jem wiejskie jajka (te ze sklepu, nawet 0, już w ogóle mi nie smakują). Kiedy zjem śniadanie, przychodzi czas na ostatni etap mentalnej rozgrzewki, czyli… poranny apel.


O CO CHODZI Z PORANNYM APELEM?



Nie wiem czy w Waszych podstawówkach był taki zwyczaj jak poranne apele. Jeśli jesteście ode mnie młodsi, to podejrzewam, że nie, bo to trochę komunistyczna naleciałość. Pomijając jednak całą polityczną otoczkę, sama idea jest dość inspirująca i warto przenieść ją na grunt osobisty. Poranne apele mają jedną podstawową zaletę – potrafią wywołać odpowiednie nastawienie na resztę dnia.W ramach mojego osobistego apelu tworzę listę zadań do wykonania (ze wszelkimi logistycznymi szczegółami, jeśli muszę gdzieś wyjść, pojechać lub coś załatwiać), planuję też co będę robić na obiad, a potem mam chwilę, żeby przypomnieć sobie o moich nadrzędnych celach – czyli dlaczego w ogóle pracuję i zarabiam pieniądze (bo zdecydowanie nie robię tego dla samego utrzymania i gromadzenia dóbr).

Wiem, że niektórzy ten moment dnia poświęcają też na czytanie czegoś inspirującego (np. Biblii), lub medytację i to jest chyba taki dorosły odpowiednik odśpiewania hymnu szkoły. Tak czy siak chodzi o wzbudzenie motywacji i poczucia sensu tego, co się robi.


 

***

 

Przechodząc do konkretów – w kwietniu pracowałam więcej i bardziej efektywnie, bo zarobiłam… 27% więcej, niż w poprzednim miesiącu. Skłaniam się ku twierdzeniu, że była w tym duża zasługa zmiany porannych zwyczajów. Wpływ wiosny i lepszej (?) pogody był w tym raczej niewielki, bo jak wiadomo, ten kwiecień był bardzo kapryśny. Nie zmieniałam też specjalnie diety, nie zażywałam żadnych suplementów (innych niż zwykle) ani nie piłam więcej kawy, więc z dużym prawdopodobieństwem mogę uznać, że to właśnie efekt wprowadzonych zmian.
10/10, polecam, Joanna G.