Kiedy chodziłam do liceum, byłam w swojej klasie najlepsza z angielskiego. Tak obiektywnie.
Po prostu jako jedna z niewielu w tym 20-paroosobowym gronie, chodziłam na dodatkowe lekcje już od 2 klasy podstawówki, podczas gdy niektórzy rozpoczęli jego naukę dopiero w gimnazjum. Nie przechwalam się, kiedy mówię, że miałam wśród nich największy zasób słownictwa i najswobodniej pisałam – wynikało to też z ocen. To wszystko sprawiało, że czułam lekkie rozleniwienie, a czasami wręcz pychę. Nie musiałam się uczyć, bo większość informacji była powtórką tego, co przerobiłam w poprzednich latach. Nuuuda!

Chyba dopiero w trzeciej klasie przyszedł taki moment, kiedy obecność pewnego zagadnienia gramatycznego na sprawdzianie totalnie mnie zaskoczyła, a nauczyciel, mimo sympatii jaką mnie darzył, dał mi wyraźnie odczuć, że idę na łatwiznę i się nie staram. Powiedział wtedy tylko jedno zdanie:

W krainie ślepców, jednooki jest królem. 

Reszta klasy nie wyłapała tego subtelnego pocisku, a ja momentalnie zostałam sprowadzona do parteru.  Touché! Wtedy po raz pierwszy zaświtało mi, że coś jest nie tak. Jeszcze więcej do myślenia dała mi ustna matura, parę miesięcy później. Na początku roku założyłam, że z palcem w nosie zdam wersję rozszerzoną – no jak nie, jak tak, jestem najlepsza! Tymczasem, kiedy wylosowałam swój temat rozmowy, okazało się, że w tej akurat dziedzinie moje słownictwo mocno kuleje. Dodatkowo ze stresu zaczęłam dukać tak niemożliwie, że nauczyciel będący w komisji w pewnym momencie nerwowo nie wytrzymał i wbrew zasadom podpowiedział mi słowo, którego w danej chwili mi brakowało.

Na maturze w wersji podstawowej, którą z pełną świadomością swoich możliwości i ograniczeń wybrała wtedy cała moja klasa, zapewne mogłabym sobie brylować i cieszyć się tą swoją pozycją jednookiego króla.  Tymczasem na rozszerzonej potrzebna była już konkretna wiedza. Trzeba się było do niej przygotować, a nie liczyć na szczęście. A mi, jednego i drugiego zabrakło. Oprócz oczywistej lekcji pokory (i drastycznego spadku pewności siebie), jaką z tego wyniosłam, coraz częściej docierały też do mnie nieprzyjemne myśli, że z moim porównywaniem się do innych coś poszło nie tak.

CO?

W kwestii językowych zdolności porównywałam się wyłącznie z osobami słabszymi ode mnie, co dawało mi złudne poczucie wyjątkowości. Nie zauważałam, że poza moją szkoły (nie najlepszą, to trzeba przyznać), są ludzie, którzy mając za sobą tyle samo lat nauki angielskiego co ja, znajdują się na znacznie wyższym poziomie. Być może moje ego broniło się w ten sposób przed oczywistym stwierdzeniem, że od momentu gdy osiągnęłam średni poziom… nie zrobiłam nic, żeby go poprawić i przejść na zaawansowany. Wiadomo, ego nie lubi rozczarowań.

Zabrakło mi wtedy tego:

 

Powyższy wykres to krzywa Gaussa, tutaj akurat prezentująca rozkład inteligencji w społeczeństwie. Jak widać, największa liczba osób, to te o przeciętnej inteligencji, z IQ pomiędzy 85 a 115, równomiernie rozkłada się również liczba osób wybitnie inteligentnych i z wybitnie niskim IQ. Podobnie wyglądają wykresy wielu innych zdolności czy cech społeczeństwa.

Ja ze swoimi english skills plasowałam się wtedy gdzieś na szczycie krzywej. Jak widać na załączonym obrazku, nie jest to jednak żaden powód do dumy. Królowałam wśród przeciętności,  nie patrząc w ogóle na prawą stronę wykresu. A ona również (czy przede wszystkim) powinna być moim punktem odniesienia, jeśli chciałam się rozwijać.

 

Wół też cielęciem był

Oczywiście, i w patrzeniu na prawo tkwi pułapka – porównując się wyłącznie z lepszymi od siebie, bez odpowiedniej refleksji, można doznać tak samo paraliżującego i zniechęcającego do wysiłku poczucia „jest między nami tyle różnicy, że nigdy tego nie nadrobię”. Albo wrażenia, że nasze wysiłki są trochę jak próba dobiegnięcia do linii horyzontu* – jak szybko byśmy nie biegli, ona stale jest daleko przed nami.

Dlatego, żeby porównywanie się z innymi miało sens, trzeba zwrócić uwagę na kilka rzeczy:

  • ci (obecnie) lepsi od nas nie zbudowali swojego sukcesu w tydzień – każdy z nich przeszedł drogę, na której jednym z etapów był ten, na którym my znajdujemy się teraz. Zastanów się, co reprezentowali sobą właśnie wtedy, nie dzisiaj – może nie było między Wami większych różnic? A jeśli były, może jest w nich coś, co może zainspirować, zmotywować, poszerzyć Twój widnokrąg?
  • ci gorsi nie są od nas gorsi na stałe – są po prostu na początku drogi, którą szliśmy i my. Pytanie tylko, jak dobrze wykorzystują możliwości swojego obecnego etapu, jaki start sobie zapewniają i czy dążą do czegoś więcej. Kolejne pytanie – jaki potencjał w miejscu, które oni dziś zajmują, mieliśmy my. Nie tak rzadkie są przecież przypadki typu „uczeń przerósł mistrza”.

Gdziekolwiek się obecnie nie znajdujemy, zawsze znajdziemy lepszych i gorszych od siebie. Grunt, żeby to nie spowodowało zgorzkniałości lub próżności**, które w zależności od tego, co w nas obecnie dominuje, domagają się wzmocnienia i nakarmienia przez porównania z innymi. Ważne też, żeby nie traktować systemu porównań jako narzędzia w wyścigu. Od każdej ze stron krzywej można się czegoś nauczyć porównując, ale nie oceniając. Wiem, to niezbyt łatwe. Dlatego jest jeszcze jeden sposób.

Porównuj się sam ze sobą

Najbezpieczniejsze, najbardziej budujące wydaje się być porównywanie siebie dzisiaj z sobą z przeszłości. Sięgając pamięcią rok czy kilka lat wstecz, albo do momentu w którym rozpoczynaliśmy jakieś wyzwanie, proces z którym dziś się zmagamy, warto zadać sobie pytania: kim byłem WTEDY, jakie miałem WTEDY osiągnięcia, cele, trudności? Kim jestem dzisiaj?W taki sposób zyskujemy najlepszy obraz tego, czy się rozwijamy, czy stoimy w miejscu, albo wręcz cofamy. Jeśli z naszych obserwacji wynika, że nastąpił rozwój, to super – teraz wystarczy trzymać się tego kursu, nie spoczywając na laurach. Jeśli widzimy stagnację lub zacofanie, mamy pole do dalszych przemyśleń – czy wykorzystaliśmy w pełni swoje możliwości, czy odpuściliśmy, czy może mimo wielkich wysiłków w ogóle nam nie wychodziło i czy nie należałoby przemyśleć sensu dalszego wykonywania tej aktywności.

Sięganie do swojej przeszłości ma jeszcze jedną zaletę.Naukowiec z południowej Kalifornii, Omar A. El Sawy przeprowadził kiedyś ciekawe badanie. Zebrał dwie grupy menadżerów i kazał im opisać swoją przeszłość, a także napisać, co może czekać ich w przyszłości. Jedna grupa zaczynała od przeszłości, druga opisywała najpierw przyszłość.

Co się okazało? Jeśli chodzi o przeszłość, to obie grupy sięgały tak samo daleko – maksymalnie do 20 lat wstecz. Różnice pojawiły się w opisanej przyszłości. Grupa zaczynająca właśnie od niej sięgała przewidywaniami naprzód o średnio 2 lata, maksymalnie 5. Grupa, która najpierw przypomniała sobie swoją przeszłość, opisywała przyszłość w dłuższej perspektywie – średnio 3, maksymalnie 9 lat. Tą prawidłowość nazwano „efektem Janusa” (Janus był rzymskim bóstwem z dwoma twarzami, jedną skierowaną w przeszłość, drugą w przyszłość, a jego święto obchodzono – nieprzypadkowo – 1 stycznia).

El Sawy podsumował doświadczenie  tłumaczeniem, że dopiero gdy spojrzymy w przeszłość i nadamy sens temu, co się z nami działo, możemy pewnie wybiegać myślami w przyszłość, przewidywać gdzie będziemy za parę lat i tworzyć plan swojej ścieżki życia.

Żeby patrzeć w przód, trzeba spojrzeć również za siebie.
Paulo Coelho 

Żartuję, żaden Coelho, autorem tego zdania było po prostu życie. I z tym Was zostawiam.
*-  też bawiliście się w to jako dziecko?
** – „Porównując się z innymi możesz stać się próżny i zgorzkniały, bowiem zawsze znajdziesz lepszych i gorszych od siebie” – to słowa z Dezyderaty.