DLACZEGO WRACAMY DO TYCH SAMYCH FILMÓW I KSIĄŻEK?

Niedawno postawiłam sobie pytanie: DLACZEGO oglądamy po raz 20 film, którego zakończenie doskonale znamy, dlaczego czytamy znowu książkę, którą moglibyśmy cytować z pamięci? Jaka jest ich rola w naszym życiu? Przyjrzałam się samej sobie i chyba mam odpowiedź. A Wy macie moje mniej i bardziej wstydliwe wspomnienia. Bierzcie, czytajcie i przewracajcie oczami wszyscy.

 

Już u kilkulatków możemy zauważyć taką tendencję – jeden odcinek swojej ulubionej kreskówki potrafią oglądać dopóty, dopóki się wyczerpie (cierpliwość słuchającego jej dźwięków rodzica), a ich ukochana książeczka z bajkami ledwo trzyma się w jednym kawałku, podczas gdy inne leżą sobie na kupce czyste, niepozaginane i śmiertelnie znudzone swoim losem odrzuconych.
Potem wyrastamy na nastolatków i młodych dorosłych, a w tych kwestiach niewiele się zmienia. Niejedno dziewczę, od kiedy tylko zobaczy w TV po raz pierwszy „Szkołę uczuć”, młóci ją na wyproszonym u rodziców DVD tak długo, aż życie nie pokaże jej dobitnie, że w jego realnej wersji bad boye wcale nie zmieniają się w pobożne, romantyczne baranki. Po paru latach wraca do tych seansów z sentymentem, by przy winie i paczce lodów triple-choc pochlipać za utraconą niewinnością i złem tego świata. Wyrzuciwszy z siebie łzy przy dobrze znanym zakończeniu, zasypia jak… dziecko. To samo, któremu rodzic przeczytał bajkę z wygniecionej, dobrze znanej książeczki.Wiem, upraszczam, i wiem, Wy tak wcale nie macie. Ale ja mam, albo miałam. I o tych właśnie granych w kółko filmach i zaczytanych do bólu książkach, które dawały mi lub dają spokój ducha, bezpieczeństwo, albo motywację – chcę Wam opowiedzieć. Przy okazji liczę, że Wy opowiecie mi o swoich.

1# MIASTO ANIOŁÓW

Zaczynam z grubej rury. W czasach, gdy mój romantyzm i marzycielstwo osiągały swoje emo-apogeum, odkryłam wyjątkowy film – Miasto Aniołów. A w nim Nicolas Cage, nieskażony jeszcze grą w shitty-produkcjach Disneya, i Meg Ryan z daleką od dzisiejszej botoksowej maski twarzą.

Motyw przewodni – anioły istnieją, i do tego śledzą każdy nasz ruch, słyszą myśli i dbają o to, by nie stała się nam krzywda. Wieczorami słuchają muzyki płynącej z zachodzącego słońca, przesiadują na najwyższych budynkach miasta i notują najciekawsze zdania wypowiedziane przez ludzi, którzy w odróżnieniu od nich mogą odczuwać pełne spektrum korzyści płynących z posiadania zmysłów.  W tym oto świecie młoda, piękna i do bólu racjonalna pani doktor spotyka jednego z nich, oczywiście nie wiedząc, że jest on aniołem. Można się domyślać, jak to się kończy.

Nicolas Cage przez cały film patrzy na nią tymi swoimi oczami głodnego spaniela, wypowiadając tak czułe i podniosłe kwestie, że kiedy dziś o tym myślę, robi mi się mdło. A jednak, mając te 17 czy 18 lat, pochlipywałam przy każdym godnym Coelho zdaniu, by na koniec, kiedy Meg… (nie, nie będę spoilerować) wytoczyć całe morze łez i przez całe dwa następne dni nie móc się pozbierać. Historia z Miasta Aniołów była wtedy dla mnie synonimem najpiękniejszego uczucia i inspiracją do zupełnie nieekologicznej (bo pochłaniającej mnóstwo papieru) emo-twórczości. Była również… testem dla każdego następnego kandydata na chłopaka.

Katowałam tych biedaków wspólnym seansem, po czym, jeśli im się nie spodobało/nie zrozumieli przesłania, zostawali odrzuceni. Jak się zapewne domyślacie, testu nie przeszedł pomyślnie nikt (może dlatego, że celowałam głównie w hetero, a docelowa grupa odbiorców tego dzieła woli chłopców?). Pozostawałam samotna i och-taka-nierozumiana, a później miałam oczywiście pretekst, by kolejny razy pocieszać się seansem, łkając jednocześnie w poduszkę za wyidealizowaną miłością.

Upłynęło trochę wody w Nidzie zanim odrzuciłam tę bajkę dla (nie)dorosłych. Z dzisiejszego, pragmatycznego punktu widzenia patrzę z pół-zażenowaniem, pół-rozbawieniem na swoją minioną ‚romantyczność’, ale nadal uwielbiam soundtrack z tego filmu – z Jimmym Hendrixem, Goo Goo Dolls, Peterem Gabrielem, czy seksownym kawałkiem Pauli Cole.

2# SAMOTNOŚĆ W SIECI

 

I chodzi mi tu wyłącznie o książkę Janusza Leona Wiśniewskiego, a nie o film, który pomimo doskonałej obsady strasznie spłaszcza tę historię (co poszło nie tak?).

Mój własny egzemplarz, który był dodatkiem do jakiegoś kobiecego czasopisma, ma miękką okładkę i cienkie strony z żółtawego papieru, pełne podkreśleń i krótkich notatek na marginesach. Jest czymś w rodzaju pamiętnika – każda z sesji czytania zostawiła na nim ślad, po którym potrafię odtworzyć jaki wtedy miałam nastrój.
Głównym wątkiem fabuły jest internetowa znajomość żonatej kobiety i samotnego naukowca. Banał, mogłoby się wydawać. I to dość przewidywalny. Tymczasem, to co stanowi o smaku tej książki, to nie jej główna linia, a liczne wątki poboczne, „powieści w powieści”. Bohaterzy, którzy pojawiają się tam tylko raz, są tak samo barwni i ciekawi, mają tak samo zajmujące historie jak pierwszoplanowe postaci.

Cytaty, mocne sformułowania, trafne metafory, to również mocna strona powieści Wiśniewskiego. Kiedy smakowałam je po raz pierwszy, byłam w głębokim szoku, że mężczyzna może tak dobrze poznać i oddać naturę kobiety, opisać emocje. Nawet po latach i licznych zmianach charakteru twierdzę, że bardzo uniwersalnie opisują one niektóre prawidłowości w damsko-męskim świecie.

Samotność w Sieci pokochałam też za jej soundtrack – ten w wersji książkowej oczywiście. W wielu miejscach Wiśniewski podkreśla klimat wydarzeń przez konkretną piosenkę – wszystkie je po kolei sprawdzałam i dzięki temu – pokochałam blues. Ten amerykański, czarny. A „Rock me baby” jest do dziś jedną z moich ulubionych piosenek, przez opis pewnego tańca.

Mnóstwo fascynujących szczególików, krótkich wyjątkowych scen, pojedyncze, zatrzymujące na chwile oddech zdania – to właśnie zamieniło tę książkę w skarbnicę pełną inspiracji. Początkowo wracałam do niej często, teraz robię to niemal od święta – tak, aby nie wyczerpać pierwotnej fascynacji, by starczyło jej na dłużej.

PS – Polecam lekturę cytatów z Samotności w sieci.

3# AMERICAN BEAUTY

 

Do American Beauty wracałam kilka razy w życiu, bo to zbyt wyjątkowy film, by przypominać go sobie co kwartał. Zwykle czułam, że muszę go obejrzeć, kiedy w moim życiu szykowała się konieczność poważnej zmiany. Ale nie zmiany, z rodzaju tych, przed którymi los stawia nas bez pytania – mam na myśli te, które zależą wyłącznie od nas i naszego ruchu.

Bohater American Beauty (genialny w swojej roli Kevin Spacey) jest tak szarym i przeciętnym człowiekiem, że niknie w tłumie, zupełnie pomijany w świecie amerykańskich wybielonych uśmiechów i dyktatury sukcesów. Jednak jeden bodziec, jedna chwila sprawia, że budzi się w nim głęboka chęć totalnej przemiany swojego życia. I tak się zaczyna dziać – po prostu zaczyna żyć życiem, jakim zawsze chciał żyć. W dwa tygodnie nadrabia to, co gubił przez lata. I choć kończy się to może nie do końca tak, jakbyśmy chcieli, to czy może być lepsza motywacja do działania?

Pozostałe postacie z tego filmu, jakoś tak dziwnie się składa – mają cechy ludzi towarzyszących mi stale lub przejściowo w trakcie życia. Po części odzwierciedlają też i moje własne: czasem jestem Rickym, nie mogącym pomieścić w sobie ciężaru piękna świata, czasem zakompleksioną Jane, a czasem zakochaną w sobie Angelą. Bywam neurotyczną Carolyn, czy sfokusowanym na sukcesie Buddym Kanem, ale przede wszystkim – poszukującym szczęścia Lesterem.

Ich osobowości tworzą na tyle uniwersalne zestawy cech, że pewnie i Wy znajdziecie je w sobie lub otaczających Was osobach. A to pozwala idealnie nabrać dystansu, spojrzeć na nich i siebie z oczyszczającej perspektywy. Za to właśnie (plus kolejny cudowny soundtrack) kocham, lubię i szanuję American Beauty. I chyba właśnie zbliża się ten moment w życiu, w którym znów po nie sięgnę.

PS – Tekst powstał częściowo przy albumie Mezzanine Massive Attack, do którego też cyklicznie wracam od czasów liceum, bo żaden inny nie komponuje mi się tak dobrze z ciszą, pustym pokojem i skupieniem.  O muzycznych powrotach i wykorzystywaniu muzyki do osiągania określonych stanów emocjonalnych za jakiś czas powstanie odrębny wpis.

Te wpisy również mogą Cię zainteresować

- BLOG I AUTOR -

Psychologia, świadomy lifestyle, a na dokładkę podróże... To znajdziesz na moim blogu. Chcesz zrozumieć siebie lepiej, odnaleźć się wśród ludzi - nie mogłeś lepiej trafić! A ja mam na imię Joanna - jeśli chcesz poznać mnie lepiej, kliknij tutaj.

- TU JESTEM -

           

- ARCHIWUM -