O ZBIERANIU NAKRĘTEK I INNYCH MIEJSKICH LEGENDACH

To oni naćpali się LSD, a potem upiekli swoje dziecko w piekarniku. To  było w Twoim mieście? A ja słyszałam, że w moim…

 

Kiedy przestaliście wierzyć w świętego Mikołaja? Gdzieś w okolicach zerówki, jak mniemam. W księcia/księżniczkę z bajki pewnie nieco później (o ile w ogóle). Wyrastając z tego typu bajek nabieramy przekonania „teraz już nikt mnie nie oszuka”. A potem okazuje się, że dalej nam to robią, i to nie raz. Czasem nawet nieświadomie.Miejskie legendy to dla mnie jakiś niesamowity fenomen. Jakim cudem dziwna historyjka wymyślona przez jednego cwaniaka potrafi przewędrować z ust do ust i w krótkim tempie obejść cały kraj, a nawet świat? Wychodzi na to, że strasznie plotkarskie z nas stworzenia, a niektórzy mają w sobie spory potencjał do trollowania, nie tylko w Internecie. Co wynika z powtarzania takich opowiastek i wierzenia w nie? 

Najczęściej tylko towarzyski blamaż, czasami zrobienie z siebie głupka w oficjalnej, wymagającej uchodzenia za intelektualistę sytuacji. Kiedy indziej naiwni podejmą jakieś działanie, które okazuje się albo całkowicie bezsensowne, albo przynosi korzyści jedynie autorowi historii. Abyście tego wszystkiego mogli uniknąć, przychodzę z odsieczą i puszczam w obieg legendy, które i mi niegdyś wciskano.

 ŚLUBNE TRAGEDIE

Zwykle opowiadane są przez barmanów, obsługę wesel, albo osoby, które na ślubnych potańcówkach niejedne buty zdarły. Ja słyszałam je głównie w czasach liceum, choć zdarzało się, że i później ktoś chciał zabłysnąć opowieścią np. o pannie młodej, która zdradziła świeżo poślubionego męża z drużbą, w łazience lub innej kryjówce, po czym w wyniku stresu z powodu przyłapania nastąpiło u nich ‚zakleszczenie’ i trzeba było parę okrytą jedynie hańbą i prześcieradłem wynosić przy wszystkich gościach na noszach.

Jest też i straszna tragedia, kiedy panna młoda podrzucana przez gości uderza się o wentylator lub jakiś kant i pada martwa. Żeby trupów nie było za mało, pan młody widząc to nieszczęście wiesza się, a jego ojciec czasami, w zależności od opowiadającego, pada z tej okazji zawał. Tyle nieszczęść, sama słyszałam to od grabarza, który kopał jednego dnia trzy groby!

Bazując na nośnej tematyce zdrady, mówi się też, jak to na weselu, na którym był ‚znajomy znajomego’ pan młody przed rozpoczęciem imprezy poprosił gości, by zajrzeli pod swoje talerze/krzesła. Każdy z nich miał tam w kopercie zdjęcie panny młodej przyłapanej in flagranti z mężczyzną, który zupełnie nie przypominał jej męża… no i wesele zrujnowane, małżeństwo odwołane, ale popijawa trwała nadal – tyle, że bez głównych bohaterów. I ja tam byłam, i wódkę weselną piłam.

 

NEKROFILSKIE KLIMATY


Twórcy legend mają często pociąg do opowieści w klimatach Edgara Allana Poe i nie wiadomo czemu ich wyobraźnię pobudzają opowieści o bliskich, żeby nie powiedzieć intymnych, kontaktach ze zwłokami… Ja po raz pierwszy słyszałam taką na… zajęciach na studiach. Ponieważ studiowałam resocjalizację, wszelkie patologie były stale na tapecie.

Przy rozmowie o nekrofilach jedna z moich koleżanek, słynąca z wyjątkowo lotnego umysłu (!), opowiedziała, jak znajoma jej przyjaciółki poznała w krakowskim barze chłopaka. Para tak przypadła sobie do gustu, że zakończyła wieczór namiętnie się całując i przytulając. Dziewczyna nie skorzystała z zaproszenia na noc, ale zachowała numer i wróciła do siebie. Zaniepokoiła ją tylko dziwna wysypka na twarzy. Dermatolog, do którego się udała, po wielu trudach ustalił w końcu, że źródłem wyprysku jest… trupi jad. Dzięki numerowi telefonu policja dotarła do nowego znajomego dziewczyny i odnalazła w jego mieszkaniu dwa świeże ciała zabitych kobiet…

Trupi jad występuje też w opowieści o zabójczej sukni ślubnej, wykopanej przez Cyganów ze świeżego grobu (?) i sprzedanej w komisie. Nowa panna młoda po całym dniu w tej sukni padła martwa.

Brzmi żenująco, zwłaszcza gdy mówi się o tym w środowisku akademickim. Trupi jad, jak nazywane bywają potocznie substancje powstające przy rozkładzie zwłok, żeby był śmiertelny, musiałby być pochłonięty w ogromnej ilości (pewnie nie wywołałby nawet opryszczki). Ale wcześniej zabiłby osobę, która by się tego podjęła… odrzucającym odorem zgnilizny. Taki drobny szczegół, który w emocjach można przeoczyć.

 

STUDENCKIE OPOWIEŚCI

Na uczelni często słyszałam też (zwłaszcza w czasie sesji) opowieści o brzydkiej studentce, której egzaminator kazał odpowiadać z szafy, by na nią nie patrzeć, o ładnej studentce która została zmuszona podczas odpowiedzi ustnej do stosunku, po czym dostała do indeksu 20 zł, i wiele, wiele innych. Wszystkie miały dziać się ‚we wcześniejszych latach’ na mojej uczelni. Potem okazywało się, że znajomi z innych miast twierdzą, że działo się to właśnie u nich…

Studenci mają też w zanadrzu wiele opowieści o swoich wyczynach po alkoholu i narkotykach. Najbardziej kultową jest chyba „misja na Marsa” – ja słyszałam, że działa się w Katowicach. Popularna jest też historia o studencie, który zrobił sobie pizzę z grzybkami halucynogennymi ale zamiast niego – zjadł ją jego ojciec, który wyszedł potem odśnieżać podwórko… w lipcu.

Emocje budzi również opowieść o współlokatorach z akademika, którzy gwałcili co noc swojego kolegę z pokoju, usypiając go chloroformem/herbatą z proszkami nasennymi. Ofiara domyśliła się dopiero, kiedy udała się z {bólem dupy} do lekarza.

Studenci to mają życie! Najlepsze że w każdym większym ośrodku akademickim dokładnie takie samo!

SZYMBORSKA NIE ZDAŁA MATURY Z SZYMBORSKIEJ

 
Tą historię wzięłam jako pewnik, przyznaję, nie chciało mi się sprawdzać źródła informacji, według której Wisława Szymborska miała zinterpretować swój własny wiersz zgodnie z maturalnymi standardami i okazało się… że nie zdałaby matury. To wydawało się więcej niż prawdopodobne, biorąc pod uwagę kosmiczne klucze odpowiedzi i sztywne wymagania komisji egzaminacyjnej.Tymczasem okazuje się, że ktoś zrobił sobie świetny dowcip, a pani Szymborska, nigdy nie brała w czymś takim udziału – plotkę zdementował oficjalnie jej sekretarz. Historia powstała być może na bazie podobnego wydarzenia, tylko z mniej znanym Jerzym Sosnowskim – jego felieton pojawił się w maturalnym arkuszu z 2009 r. Sosnowski został poproszony przez „Dziennik” o rozwiązanie zadania i miał z nim problemy, ale według oficjalnej punktacji dostałby za nie jakąś niewielką liczbę punktów.

 

ZBIERAJ NAKRĘTKI NA WÓZEK DLA DZIECKA

 
I ostatnia historia, bo mogłabym spędzić cały wieczór, notując je wszystkie. Na pewno większość z Was spotkała się ze zbiórkami nakrętek plastikowych – pojemniki wiszą w biurach, szkołach, marketach i gdzie się tylko da, czasem grupy znajomych organizują takie zbiórki na własną rękę. Po co? Jest to surowiec do recyklingu, jak puszki czy butelki, więc można dostać za niego pieniądze, które na pewno przekazane zostaną na kupno wózka dla niepełnosprawnego dziecka, albo na inny szczytny cel. Na pewno? Wystarczy przeprowadzić małe śledztwo w miejscach, gdzie wiszą pojemniki do zbiórek i zapytać, kto zbiera te nakrętki i po co – jak w tym artykule. Zwykle nikt nie wie nic konkretnego – ktoś komuś powiedział, ktoś gdzieś przeczytał, ale nie pamięta gdzie. Ogólnie cel jest charytatywny, a odkręcenie zakrętki i wrzucenie do pudełka to żaden wysiłek – i można poczuć, że jest się taką dobrą, dbającą o innych osobą!

Tymczasem patrząc realnie, kilogram plastiku z nakrętek wart jest ok. 0,70 zł. W niektórych szkołach, rękoma większości dzieciaków, w ciągu miesiąca zbierano ok… 100 kg.  Wysiłek wart zachodu? Niektóre takie akcje rzeczywiście kończyły się zakupem wózka, bo jakiś sponsor zdecydował się go ufundować, widząc zaangażowanie ludzi. Jest też chyba jedna całkiem oficjalna – zakretki.info. Inne zaś okazywały się sprytną podpuchą osób, chcących się nie narobić, a zarobić (na sprzedaży zebranych nakrętek). Jak donosi serwis atrapa (polecam, jest zabawa!), może to być również cwana akcja sortowni śmieci, której pracownicy dzięki manii zbierania nakrętek, nie musieli już ręcznie oddzielać ich od butelek i mieli łatwiejszą pracę.

***
Morał z historii jest taki,  jeśli zbierasz nakrętki, dowiedz się chociaż po co i dla kogo to robisz. Ale pamiętaj, że tak czy siak warto jest wrzucać do kosza zgniecioną, otwartą butelkę, a nie zakręconą, bo ta druga nastręcza kłopotów/pochłania więcej energii podczas recyklingu. Ot, jeden z niewielu pozytywnych skutków miejskich legend. No chyba, że ktoś weźmie sobie jeszcze do serca opowieści o tragediach na ślubie i pozostanie wierny & ostrożny, a student w obawie przed misją na Marsa, zamiast ćpać, zacznie się uczyć do egzaminu. Taka edukacyjna rola trolla.
Przyznajcie się teraz, na jaką urban legend daliście się kiedyś złapać?
Te wpisy również mogą Cię zainteresować

- BLOG I AUTOR -

Psychologia, świadomy lifestyle, a na dokładkę podróże... To znajdziesz na moim blogu. Chcesz zrozumieć siebie lepiej, odnaleźć się wśród ludzi - nie mogłeś lepiej trafić! A ja mam na imię Joanna - jeśli chcesz poznać mnie lepiej, kliknij tutaj.

- TU JESTEM -

           

- ARCHIWUM -