Kwiecień był dla mnie całkiem pozytywnym miesiącem, zważywszy na dwa długie weekendy jakie występowały w jego końcówce. Pomijam tu fakt choroby, która chwyciła mnie w swoje szpony wtedy akurat, kiedy już miałam chwalić się wszem i wobec swoją świetną odpornością, oraz stres na koniec miesiąca, kiedy przestałam odwlekać sprawę rozliczenia PIT-u i okazało się, że najpierw nie mogę żadnym sposobem wysłać deklaracji online, a potem – nawet wydrukować, żeby ją wysłać tradycyjnie. Ale w końcu – ostatniego dnia papier poleciał gołębiem do US. No cóż, w przyszłym roku… 
Poza tym w kwietniu odwiedziłam godnego zaufania trychologa i zmieniłam sposób postępowania ze swoimi włosami, przeczytałam 3,5 książki, znowu odwiedziłam lubuskie, kupiłam kilka rzeczy w kolorze czarnym (w sam raz na wiosnę…) plus zdecydowałam się opublikować dosyć osobisty wpis o tym, jak zmieniłam swoje życie zaczynając od sprzątania – po czym dostałam od kilku z Was sygnały, że to co przeczytałyście, w jakiś sposób Wam  pomogło (szczególnie dziękuję za maila Marty!). To był zdecydowanie największy z moich sukcesów blogowych w kwietniu. 
Dobra, koniec gadania. Obrazki.

***
Znacie to miejsce? Moje ulubione w Zielonej Górze. Dwa lata temu zrobiłam sobie takie samo zdjęcie. Może za kolejne dwa też sobie zrobię.

Staram się jak najczęściej pakować aparat do torebki i wyłapywać różne smaczki w miejskiej architekturze. Wystarczyło by na jednej ze starych kamienic odpadło trochę tynku i miałam okazję uwiecznić kawałek historii.
Po Zielonej Górze – małe miasteczko w lubuskim z uroczym rynkiem. Ma nawet swój zamek, fosę  i fragmenty murów obronnych. Kto zgadnie? 

Z tego zdjęcia  zrobionego w tym samym miejscu co powyżej, jestem wyjątkowo zadowolona. Senny klimat miasteczka w niedzielę, w porze mszy, pusta ulica, kolorowe – obdarte kamieniczki i dwóch małych chłopców wędrujących nie wiadomo dokąd.
Ponieważ mam manię poprawiania ludziom błędów, czasem nie mogę się powstrzymać, żeby nie uwiecznić przykładów kreatywnego podejścia do ortografii.  Hema, hemia, hemoglobina (a moja dusza laureata konkursów ortograficznych płacze gożkimi, żewnymi łzami).
Żeby odreagować stresy związane ze stanem znajomości języka w społeczeństwie, na łapach, twarzy i uciętych w tym kadrze stopach testowałam nawilżające płaty czegoś-tam marki Prestige (Świt Pharma). Przyznam, że uczucie przyłożenia mokrej szmaty na twarz jest naprawdę w jakiś pierwotny, niepojęty sposób relaksujące.  
Ma się to piękno… wewnętrzne, co nie?

Odgrzebane w starym aparacie którego się pozbywałam. Krótki, ciekawy artykulik w jakiejś gazecie. Coś jest w tych wszystkich opowieściach w stylu „moja babcia całe życie używała tylko kremu Nivea i wygląda świetnie”.
KULTURALNIE. Przeczytane dwie książki Bukowskiego Listonosz i Faktotum pochłonęłam z prawdziwą zachłannością. Od dziś Hank Chinaski staje się moim ulubionym bohaterem. Zaraz po Hanku Moodym. Dziennika Pilcha jakoś nie mogę skończyć. Momentami jest inspirujący, momentami przegadany. Chyba prędzej kupię kolejne pozycje Bukowskiego, niż dokończę ten dziennik. 
Starczy. 
Maj też zaczął się całkiem dobrze, a będzie jeszcze lepszy (tak sobie wmówiłam). Wy też sobie wmówcie, zwykle to działa. Widzimy się jutro na wtorlinkach, a w środę lub czwartek przy okazji trochę dłuższego wpisu.

PS – Ci, którzy podchodzą do Disqusa jak pies do jeża, mogą komentować wpis na moim facebooku, pod jego zapowiedzią ;)
A Ci, co chcą być na bieżąco z różnymi migawkami, mogą również zaglądać na mój instagram