To jeden z tych dni, kiedy mam 20 lat więcej. Od rana.

 

 

Nie mogę wstać i budzę się za późno, z bólem pleców, do tego po szybkim myciu i suszeniu mam spuszone włosy. Muszę już biec na tramwaj. Nie gapcie się na mnie dzisiaj, czytajcie swoje Metro. Słuchawki na uszy, kaptur na głowę. Jeszcze boli mnie gardło po przebytej grypie, nie mam ochoty nic jeść, ale i tak potrzebuję kawy. W łeb wziął mój plan jedzenia zdrowych śniadań w pracy przez przynajmniej 30 dni. W poniedziałek zacznę od nowa.
Praca. Rusza ten kołowrotek napędzany życzeniami klientów. Dziś ma być szybciej, ma być taniej. Więc musi być też byle jak. Kto może chcieć byle jak, byle taniej?! Wtedy przypominam sobie siebie sprzed dwóch lat, podczas zakupów w Biedronce. No dobra, wierzę. Teraz tylko jeden problem – ja nie umiem pisać byle jak! Taki absurd: im słabszy mam dzień, tym bardziej nie umiem lać wody… Piszę więc wolno i porządnie. Źle. Za wolno i za porządnie. Trafia mnie szlag, kiedy biuro zaczyna przypominać call center w wersji open space. Gadają wszyscy, gadają naraz. Jest za głośno, żeby myśleć nad bylejakością.
Co to za łut szczęścia, że otaczają mnie rozgadani i towarzyscy specjaliści od IT. Przecież w IT podobno pracują tylko antyspołeczne nerdy, czy nie tak? Nie tak. Wszystko nie tak. Słuchawki na uszy. Boli mnie głowa, boli mnie życie. Gdybym zamknęła oczy, zobaczyłabym karmazynowy przypływ. Narasta poziom wkurwienia, ukojenia nie daje nawet rozmowa przez telefon. Nie mam go ochoty słuchać, mam ochotę przewinąć naszą rozmowę do ‚pa, do wieczora’. Karcę się w myślach.Dzisiaj czwartek. Czwartkowe obiady. Gdzie dzisiaj jemy? Pizza? Tak. Może pizza uratuje ten dzień. Jasne. Jest śmiesznie mała, a ciasto gumowate. Czuję się napuchnięta pszenicą. Kiedy wreszcie przestanę jeść gluten? Nigdy mi nie służył.

Gadają, znowu gadają. Słuchawki. Muzyka. Nawet Arctic Monkeys się drą, zamiast śpiewać, Gus Gus w ogóle nie przynosi ulgi, a Blue October brzmi tak żałośnie, że wyłączam odtwarzacz. Wzdycham po raz szesnasty patrząc za okno, z którego widok przysłania reklamowa szmata. Nawet i przez jej cień widać, że leje. Dobra. Złość przepływa przeze mnie falami, ale zepsuł mi się piorunochron, który ma ją odprowadzać do powierzchni. Czerwień, purpura, karmazyn. Zaciskam pięści.

Za chwilę 16. Wysyłam to, co udało mi się dzisiaj z siebie wylać, pakuję torbę w której psuje się zatrzask i idę na przystanek. Za krótkie światło, za dużo ludzi. Wszyscy się gapią. Zmieńcie twarze! Och, ja wyglądam tak samo, zapomniałam. W tramwaju jak zwykle kilka osób tamuje ruch stojąc w przejściu, ktoś kieruje na mnie swoje alergie albo przeziębienie, ktoś non stop wpada mi na plecy. Siadam, dotykam ręką twarzy. Znowu zapomniałam, że jeszcze przed chwilą trzymałam się nią rurki, która miała na sobie już wszystko. God, why. Jadę zgarbiona jak emerytka i nawet nie próbuję stwarzać pozorów. Nie wysiadam pod domem, jeszcze przystanek dalej, na pocztę. Od tygodnia wożę z sobą list do wysłania.

W kolejce na poczcie tracę już kontakt z rzeczywistością. Bezmyślnie gapię się w ścianę i zapewne wyglądam jak roślina. Jak kapusta. Moja kolej. Znowu do tej wrednej babki, lokalne wcielenie PMS-u. O, zmieniła kolor włosów z myszowaty na rudy. Po raz pierwszy patrzy mi prosto w twarz, nie w portfel i wyraźnie odpowiada na dzień dobry. Głos ma jakiś taki… radosny? Jak nigdy, dodaje kilka słów od siebie poza urzędową formułką. Co się stało? Że te włosy, że wiosna? Życzy mi miłego dnia i uwaga, się uśmiecha. Uśmiecha, ona, podczas gdy ‚zjadłam cytrynę i przegryzłam aspiryną’ było dotąd podstawowym grymasem jej twarzy. I ten uśmiech trwa za długo, by zaliczyć go do kategorii przywidzeń. Wychodzę w takim szoku, że zapominam się zgarbić. Idę raźniej. I jakoś tak torba mniej mi ciąży, chociaż list nie ważył dużo. Deszcz już nie pada, za chwilę będę w domu. Przebieram się w wygodne i zapalam świeczkę o zapachu nirvanesque.
Nie muszę dziś robić obiadu ani sprzątać.
Wreszcie odpisuję na zaległe maile.
Jest… dobrze? Naprawdę?
Jest dobrze.