Pytanie z tytułu posta należy nadać tajemniczo-poufałym tonem, z charakterystycznym pochyleniem głowy ku rozmówcy i spojrzeniem z ukosa – zupełnie tak, jakbyśmy pytali kogoś o wyniki testu na chlamydię.


Zakładając bloga,  najpierw skupiałam się na tym, żeby dowiedziały się o nim inne blogerki [to taka dziwna prawidłowość, że największą część czytelników początkujących blogów stanowią zawsze inne blogerzy]. Przyszły pierwsze z nich, potem o blogu dowiedział się mój facet… a potem długo, długo nikt. Nie paliło mi się do tego, by wyznawać znajomym, że coś tam piszę o kosmetykach. No ja, o kosmetykach, bitch please, spójrzcie na moją twarz. Pewnie i tak by nie uwierzyli. Nie wiedziała też rodzina.

Potem blog robił się coraz mniej kosmetyczny, a po moim nieopatrznym zająknięciu się na ten temat,  o jego istnieniu dowiedzieli się współpracownicy. Trochę obciach, kiedy zajrzeli na moją listę things to do i zobaczyli punkt „wyrzeźbić uda i pośladki”. Może od tamtej pory nieco inaczej patrzyli na moje dolne partie, ale mniejsza o to.

Brat, kiedy zobaczył na Facebooku zdjęcie ze spotkania blogerek i usłyszał nazwę Króliczek Doświadczalny, rzucił mi tylko wymowne spojrzenie – taki ironiczny znak zapytania. Nie musiał artykułować słowa „serio?!”,  przekaz nastąpił drogą metafizyczną [żeby oddać sprawiedliwość, potem wciągnął się w czytanie].

Cała reszta świata, nieblogerscy znajomi na Facebooku, rodzice i przyszli teściowe, kuzynki i pociotki, nibyprzyjaciółki z podstawówki – nikt, słowem nikt nie zna adresu tego bloga.

DLACZEGO?

Nie ukrywam, myślę o coming-oucie. Niejednokrotnie wyobrażam sobie historyczny moment ujawnienia na prywatnym fejsie linka do Królika, a  tłem dźwiękowym mojej wizji jest pojedynczy ryk wuwuzeli (taka fanfara na miarę czasów). Jednak cały czas się przed tym powstrzymuję. Historii o hejtujących znajomych, którzy starali się zniszczyć dorobek blogerów, słyszałam wystarczająco wiele. A i wśród tych 200 moich pewnie znalazłyby się osoby, którymś w jakiś sposób podpadłam, które znają moje niechlubne historie z przeszłości i czują pokusę by ujawnić je światu, itd…

Już wśród tych nielicznych, którzy dzisiaj wiedzą o moim blogu, pojawia się niezbyt fajna tendencja: podczepianie się w rozmowach do treści, które tu opisywałam. A które czasami są kreacją na potrzeby tematu, albo ironią tak zaawansowaną, że sama zapominam, czy było to na serio, no wiesz jak jest.

Nie chcę przy każdym bardziej osobistym czy ostrzejszym poście myśleć, czy to jakoś wpłynie na mój wizerunek wśród znajomych w realu, czy mogę odkryć się ze swoją znajomością tego czy tamtego, opisać to czy inne wydarzenie z życia…

…ale z drugiej strony – chciałabym kiedyś móc swobodnie podpisać się imieniem i nazwiskiem pod tym blogiem, który, jakby nie było, jest moim wirtualnym dzieckiem. Dzieckiem rosnącym i puchnącym na karmie złożonej z tysięcy zapisanych znaków i setek głaszczących go obserwatorów. Dlaczego mam się go wstydzić i chować przed światem?

I TU PYTANIE. 

Czy warto ujawniać się nieblogowemu światu jako bloger? Jakie były Wasze wybory?
Uzasadnijcie czemu się ukrywacie, albo jakie były reakcje po Waszym wyjściu na świat.
Ciekawa jestem bardzo.

Do napisania tej notki natchnęła mnie historia przedstawiona u [Klaudii], potem u [Pauli], a przy okazji przypomniałam sobie posta mojego  ulubionego [blogowego małżeństwa]. Ale to nie wszystko. Przeczesując internet, odkryłam jeszcze więcej nieprzyjemnych wspomnień blogerów na ten temat. Nie napawa to raczej optymizmem i coś w tym jest, że odbiorcami blogerów są w większości osoby zupełnie nieznajome, wirtualne.