Wrocław, balkon rozświetlony jesiennym słońcem, 20-kilka stopni na liczniku. Siedzę sobie w krótkim rękawku i aż nierzeczywiste wydaje mi się, że jeszcze trzy dni temu, owinięta od stóp do głów w trekingowe, nieprzemakalne ubrania, przemierzałam Islandię. Kraj, który po zademonstrowaniu całego spektrum swoich czarów (i tych dobrych, i tych z kategorii black magic), sypnął mi na pożegnanie w twarz śniegiem i owiał lodowatym wiatrem. Wiedziałam że Islandia jest miejscem dziwnym, nietypowym. Spodziewałam się wielu odmienności. Ale… ale nie aż tylu!
Oto kilka rzeczy, które w Islandii zaskakują najbardziej.


1. WSZYSTKO!




Właściwie tak mogłabym rozpocząć i zakończyć ten temat, ale cóż byłby ze mnie za bloger? Rozwijając myśl przewodnią: w Islandii inne jest wszystko. Od krajobrazów, przez aurę, ludzi i ogólną atmosferę miejsca. Czuć to od pierwszej chwili, kiedy stawia się nogi na lotnisku i przeżywa szok termiczny (zwłaszcza jeśli przyleciało się tam latem lub wczesną jesienią). Kolejne zaskoczenie przychodzi podczas szerszego omiecenia wzrokiem horyzontu (który wydaje się nie kończyć), posmakowania powietrza, wody, pierwszego spotkania z mentalnością tamtejszych ludzi. Jeśli kiedyś wydawało mi się, że szok kulturowy przeżyłam w Stanach, to teraz to odszczekuję. Nawet pomimo tego, że dostrzegam pomiędzy tymi krajami pewne podobieństwa. Najwyraźniej izolacja tej wyspy od kontynentalnej Europy zrobiła swoje i pozwoliła na wytworzenie i utrzymanie tam całkiem innych zwyczajów – jakich, o tym w kolejnych punktach.


 

2. ZMIENNOŚĆ KRAJOBRAZU I POGODY


 


Takiej różnorodności krajobrazów na tak niewielkiej przestrzeni nie ma chyba nigdzie. Wystarczy przejechać kilkadziesiąt kilometrów, by poczuć się jak w zupełnie innym świecie – z górskich, stromych i zakurzonych dróg zjeżdża się do cichych zatok, z zielonych pastwisk pełnych owiec przenosi się do opustoszałych miejsc, gdzie nie tylko brak ludzi, zwierząt, ale nawet i roślin. Od majestatycznego wodospadu dzieli nas krok do pola geotermalnego śmierdzącego siarką, a niedaleko jeziora lodowcowego z fokami znajduje się najpiękniejsza plaża nad oceanem, raj dla surfera.


Zmienność dotyczy też oczywiście pogody. Pod tym względem przez większość wyjazdu mieliśmy spore szczęście, ale podczas 4 ostatnich dni zobaczyliśmy o co chodzi z oklepanym islandzkim powiedzeniem „jeśli nie podoba ci się tutaj pogoda, poczekaj 15 minut aż się zmieni” – nigdy nie byliśmy pewni czy zaraz nie zastanie nas deszcz, czy porywy wiatru nie utrudnią otwarcia drzwi, czy może słońce nie namaluje na niebie sto pięćdziesiątej tęczy tego dnia. Dlatego też praktycznie nie zdejmowaliśmy wodoodpornych, wiatroszczelnych, ciepłych ubrań, bez których ta podróż byłaby zdecydowanie mniej komfortowa i nie dotarlibyśmy w tak wiele miejsc.

Swoją drogą, czy wiecie, że na Islandii właściwie nie ma wiosny i jesieni? Są dwie pory roku, cieplejsza, i zimowa, chociaż nie wyróżnia się tu klimatycznego lata ani zimy (bo średnie temperatury pierwszego są zbyt niskie, a drugiej – zbyt wysokie). Na Islandii nie ma też burz – są sztormy. A jeśli wydaje Wam się, że silny wiatr, to taki, który wywraca na drugą stronę parasole – tam jest to jedynie wiaterek. Próbkę silniejszych wiatrów widać tutaj:


a z opowieści wiem też, że ich siła zimą potrafi przewrócić potężny pług śnieżny. Wiatr jest też jedną z częstszych przyczyn uszkodzeń wypożyczanych samochodów – jeśli ktoś ma pecha, wyrwie mu drzwi z zawiasów podczas otwierania.



3. ZAPACHY




Pierwszy kontakt z ciepłą wodą w islandzkich kranach może owocować pytaniem – czy w tych rurach coś umarło? Wiedziałam o tym, że woda podgrzewana jest geotermalnie, a skoro tak, to może zalatywać siarkowodorem. Nie wiedziałam tylko, że do tego stopnia. Z czasem oczywiście można się przyzwyczaić do pryszniców w takich oparach, jednak już zęby, do końca podróży, myliśmy w zimnej wodzie (która swoją drogą była też doskonała do picia, czysta i smaczniejsza niż wiele naszych mineralek; napełnialiśmy nią butelki na drogę).

Siarka bije po nosie też w wielu innych miejscach – w górach i na nizinach nie brakuje gorących źródeł czy dziur w ziemi tryskających dziwnymi wydzielinami o tym zapachu. W połączeniu z marsjańskim krajobrazem i wszechotaczającą parą tworzy to klimat przedsionka piekła.


 

4. ISLANDZKIE DROGI I KIEROWCY




Skoro odbywaliśmy roadtrip, to i wiele naszej uwagi przykuwali inni kierowcy oraz stan dróg. Sami przemieszczaliśmy się wypożyczoną Dacią Logan, w wersji kombi – chodziło o to, żeby samochód był osobowy, tani, ale miał trochę większą powierzchnię, bo początkowo planowaliśmy w nim spać (co jednak druga noc na wyspie skutecznie i boleśnie wybiła nam z głowy – o tym kiedy indziej). Ten model okazał się bardzo wytrzymały i niezawodny, biorąc pod uwagę to, jak intensywnie i w jakich warunkach go testowaliśmy.

Islandzkie drogi dzielą się na kilka rodzajów. Całą wyspę okala droga numer 1, licząca sobie ponad 1300 km. Przy niej znajduje się też jakieś 60% popularnych atrakcji turystycznych. Na praktycznie całej długości jest w bardzo dobrym stanie. Nie jest to autostrada, bo takich w Islandii nie ma w ogóle, ale ma odpowiednią szerokość i utwardzoną  nawierzchnię. Oprócz tego są drogi oznaczone numerami dwucyfrowymi i trzycyfrowymi – koło większych miejscowości utwardzone, dalej ziemne, w lepszym lub gorszym stanie, z licznymi kamieniami uderzającymi podczas jazdy w podwozie (co z początku było bardzo niepokojące i po zatrzymaniu zawsze sprawdzaliśmy, czy na lakierze nie ma żadnej rysy – musielibyśmy za nie słono zapłacić). Ostatni rodzaj to drogi z symbolem F, czyli górskie, na które nie można wjechać osobówką – jest to wręcz karalne. Przejadą tamtędy jedynie samochody z napędem 4×4, a i to nie zawsze (część otwarta jest tylko latem, lub, w zależności od pogody, na kilka tygodni w roku).

Do teraz czuję ścisk w żołądku, kiedy przypominam sobie jedną z trzycyfrowych dróg – ziemną, kamienistą, wijącą się serpentynami wokół fiordu na znacznej wysokości, oczywiście nie zabezpieczoną żadnymi barierkami i nie oświetloną (a jechaliśmy tam po zmierzchu i w deszczu). Jej szerokość pozwalała wyminąć się dwóm samochodom dosłownie na styk, i to przy dużym udziale dobrej woli i ostrożności obojga kierowców. Nie mniej ciekawie było na drogach 937 – 939 na środkowym zachodzie Islandii – zachwyt malowniczymi krajobrazami cały czas przeplatał się we mnie ze strachem o to, czy nie runiemy w przepaść (być może z pozycji pasażera wszystko wygląda znacznie groźniej, niż od strony kierowcy).

Na terenach miast w Islandii jeździ się max 50 km/h. To standard, ale na tych pustych, naprawdę dobrych drogach za miastem, na których mija się czasem dwa samochody w ciągu godziny, a czasem żadnego, nie można jechać więcej, niż 90 km/h. Wydawało nam się to dziwne, jednak miejscowi rzeczywiście się tego trzymali, jeździli bardzo… grzecznie, przepisowo, w razie czego chętnie zjeżdżali na bok. Być może ograniczenie to związane jest z faktem, że na drogi często wyskakują owce, a ich potrącenie może sprawić, że kierowca będzie musiał zapłacić za szkodę, zapewne znaczną kwotę, biorąc pod uwagę islandzką miłość do fauny i flory.

Ciekawostką są mosty na drogach – na tych dwu- i trzycyfrowych często są one szerokości jednego samochodu, najpierw przejeżdża ten, kto wjechał na niego pierwszy. Raz na jednej z dróg napotkaliśmy też drogę bez mostu – niestety, choć rzeka była dość płytka, z obawy przed zalaniem silnika musieliśmy zawracać.


 

5. CENY…



Ceny na Islandii są… iście skandynawskie. Spodziewaliśmy się, że będzie drogo, zabezpieczyliśmy odpowiednie kwoty na kontach, ale jednak każda cena podana w restauracjach, stacjach benzynowych czy sklepach, po przeliczeniu powodowała refleksję: czy na pewno jesteśmy tacy głodni? Oczywiście, to nie tak, że wszystkiego sobie żałowaliśmy i nie jedliśmy ciepłych posiłków – jedliśmy, ale kiedy w ramach lunchu zamawialiśmy w Subwayu najtańszą kanapkę za 30 zł, podczas gdy obecne tam nastolatki komponowały sobie obiady z kilku elementów, albo gdy za herbatkę z papierowego kubka na zaniedbanej stacji zapłaciliśmy po 12 zł na głowę, czuliśmy się jak biedacy, tak prostu.

Dla lepszego wyobrażenia kilka innych cen: 
– obiad w restauracji, jedno główne danie to koszt od 70 zł wzwyż na osobę,
– mała kawa w kawiarni w Reykjaviku – ok. 15 zł,
– mała herbata w plastikowym kubku na stacji paliw na odludziu – 12 zł,
– najprostszy hot dog na stacji gdzieś w małym mieście, bułka i parówka bez żadnych dodatków  – min. 10 zł,
– najtańszy sok pomarańczowy lub jabłkowy, 1 litr – 5 zł z groszami, ‚lepszy’ sok z malin i borówek, czy inne z większą zawartością owoców – 10 zł,
– Skyr (islandzki słynny jogurto-twarożek) – 4 zł za opakowanie wielkości standardowego jogurtu,
– ciemny chleb (około 10 kromek) – 12 zł,
– hakarl (islandzki zgniły rekin, charakterystyczny przysmak-postrach turystów), mrożony, 100 g w kawałkach – 30 zł,
– cały, mały grillowany kurczak na stoisku w supermarkecie – 42 zł (najtańsza opcja na obiad jaką znaleźliśmy na Islandii),
– islandzkie piwo Viking – 12 zł (i tak niedobre, nie polecam),
– wafelek Prince Polo, ulubieniec islandzkich dzieci i nie tylko – 3 zł.
Paliwo kosztuje obecnie ok. 5,9 zł/l.



Turyści z różnych stron świata, których podglądaliśmy w drodze, rozwiązywali problem wysokich cen tym, że mieli swoje zapasy albo gotowali różne rzeczy na kuchenkach turystycznych. Wiele wskazywało na to, że i dla Włochów, Niemców czy młodych Amerykanów było tam drogo – jeździli samochodami przystosowanymi do spania w środku, rozbijali namioty na kempingach, napełniali butelki po Coli wodą z kranu. Wiem też, że ci, którzy zostają na dłużej, próbują dumpster divingu (czy też freeganizmu), czyli wyławiania jedzenia z kontenerów przy sklepach, do których wrzucane są często rzeczy w 100% przydatne do jedzenia, a tylko wyglądające mniej reprezentatywnie lub w pogiętym opakowaniu.
My dla oszczędności na kolacjach i śniadaniach zabraliśmy trochę smarowideł typu Nutella, masło orzechowe, pasztet, czy… smalec (przy tamtym klimacie jak znalazł). Przydały się też śpiwory – nocleg w hostelu bez korzystania z ich pościeli i ręczników jest nieco tańszy. Zaoszczędziliśmy też na ubezpieczeniu samochodu, biorąc je nie od wypożyczalni, a od zewnętrznej firmy (prawie 10 razy taniej!).


6. GODZINY OTWARCIA 



Marzysz o świeżych bułeczkach o godzinie 7 rano? Albo chcesz zjeść coś ciepłego zjeżdżając z trasy po 22? Jeśli znajdujesz się poza największymi miastami, może Ci się nie udać. Nie mówię tylko o restauracjach i sklepach znajdujących się przy stacjach paliw (które same w sobie są najczęściej bezobsługowe). To dotyczy także supermarketów. Najpopularniejszy, Bonus, z wesołą świnią w logo, rozpoczyna pracę od 10 albo 11 i kończy ją po 18. W niedzielę nie masz tam czego szukać przed 12 w południe. Lepiej więc w zakupy zaopatrywać się na zapas, a wieczorami jeść tam, gdzie jest cokolwiek czynnego po drodze. Albo nie jeść wcale #sekretykuźniara.


7. UCZCIWOŚĆ, ŻYCZLIWOŚĆ BEZPIECZEŃSTWO



Pierwszej nocy, kiedy po wylądowaniu i odebraniu samochodu z wypożyczalni udaliśmy się do miejsca naszego noclegu, hostelu w Keflaviku, wewnątrz nie było nikogo. Zdezorientowani zadzwoniliśmy pod numer zapisany na kartce w recepcji – wesoły mężczyzna powiedział nam, że klucz do naszego pokoju znajduje się w skrzyneczce po lewo, mamy się rozgościć, a płatność zostanie ściągnięta z karty. Kolejnej nocy na miejsce odpoczynku również trafiliśmy dość późno, dla właściciela chyba zbyt późno. Był to mały drewniany domek, do którego klucze… tkwiły w drzwiach. Zapłacić mieliśmy rano. Kiedy przyszedł właściciel, okazało się, że nasze karty płatnicze nie chcą u niego zadziałać, więc na spokojnie odjechaliśmy prawie kilometr do bankomatu po gotówkę, nie zostawiając mu wcześniej ani żadnych swoich danych, ani dokumentów. Z takim podejściem – ufamy wam, zostawiamy wam całe nasze mieszkanie, spotykaliśmy się jeszcze kilkukrotnie.

W Islandii można czuć się naprawdę bezpiecznie. Nie ma problemu z zostawianiem całego swojego dobytku w samochodach, czy nawet poza nimi, jak robią np. ludzie na kempingach. Żaden Islandczyk niczego nie ukradnie. Istnieje większe prawdopodobieństwo, że coś zostanie zwiane przez wiatr czy zjedzone przez konia, niż ukradzione. Turyści też w większości wydają się stosować do tych zasad. Bardzo miła jest też obsługa i ludzie w sklepach – wielokrotnie proponowano nam przepuszczenie w kolejce z naszymi pojedynczymi rzeczami (inni robili naprawdę spore zakupy).


 

8. ISLANDZKA MORALNOŚĆ I POJĘCIE RODZINY 



O tych kwestiach dowiedziałam się od osoby, która mieszka na Islandii już siedem lat i którą miałam przyjemność poznać podczas tej podróży. No więc… uważam się za tolerancyjnego i liberalnego człowieka, ale przy Islandczykach mogę chyba uchodzić za konserwę. Skąd bierze się tam największy na świecie odsetek nieślubnych dzieci? Prawdopodobnie stąd, że niewiele par żyjących ze sobą nawet przez lata, decyduje się na małżeństwo. Czasem dopiero mając nastoletnie dzieci i pięćdziesiątkę za pasem dochodzą do wniosku „teraz już wiemy na pewno, że chcemy być razem” – i wybierają się do urzędu. Nie ma presji wiązania się na stałe, nie ma też presji wierności (oczywiście nie dotyczy to wszystkich). Pary potrafią wejść razem na imprezę, a wyjść z niej osobno, każde z innym towarzyszem. Potem wracają do siebie jakby nigdy nic. Niekiedy też wymieniają się tymi swobodami – dziś ty masz weekend, żeby się wyszaleć, w następnym tygodniu ja, a ty będziesz opiekował się dzieckiem. Grunt, żeby nikt nie czuł się skrzywdzony, wtedy można wszystko. Nie jest to nowość, która pojawiła się w tym pokoleniu, tak samo bawili się ich ojcowie i matki, a nawet dziadkowie i babki. To wszystko sprawia, że tak częstym widokiem są tam rodziny patchworkowe, wychowujące dzieci będące owocami dwóch czy trzech różnych związków. Nic też nie stoi na przeszkodzie, by później wszyscy ci ojcowie i matki razem z dziećmi spotykali się podczas świąt. Tradycyjnie rozumiana rodzina, jako związek dwojga ludzi + dzieci jest tam w odwrocie, ale zarówno dorośli, jak i islandzkie dzieci, według wszelkich rankingów należą do najszczęśliwszych ludzi na Ziemi. Wydaje się więc, że patrzenie na nich przyjętymi w Polsce kategoriami jest pozbawione sensu i to, co u nas oznaczałoby rozpad i patologię, tam jest… sprawdzonym sposobem na udane życie?



9. ODPORNOŚĆ NA ZIMNO



Podczas gdy my wędrowaliśmy po ulicach Reykjaviku zawinięci w trzy warstwy ubrań, w czapkach i kapturach nasuniętych na oczy, w tym samym czasie rodowici mieszkańcy tego miasta chodzili w rozpiętych, lekkich kurtkach, bez nakryć głowy, a zdarzało się, że do tych jesiennych rzeczy dobrane mieli… sandały. Z początku myślałam, że to po prostu kwestia przyzwyczajenia do takiego, a nie innego klimatu, przez co zimno nie jest tak odczuwalne, 25 stopni uznawane jest za męczący upał, a przy 17-20 miejska plaża w Reykjaviku pełna jest kąpiących i opalających się ludzi. To jednak nie jedyny ich sekret – okazuje się, że dzieci na Islandii od małego są hartowane zimnym powietrzem. Tak samo powszechne jak leżakowanie w naszych przedszkolach, jest u nich wstawianie wózków z dziećmi do pomieszczeń, w których otwarte są wszystkie okna. Albo wręcz zostawianie na zewnątrz, o ile nie ma deszczu czy silnych wiatrów. W tak niskich temperaturach dzieci sobie śpią, a potem – żadna pogoda im nie straszna.

Ktoś, kto mieszka na stałe na Islandii, zawsze z daleka pozna turystę, niezależnie od tego, jak wtapiałby się w tłum urodą – właśnie przez jego gruby ubiór.


10. PODEJŚCIE DO NATURY I ZIEMI



I jeszcze jedna rzecz, którą Islandczycy zaskarbili sobie moją sympatię. Każdy skrawek ziemi, na którym rośnie więcej niż kilka gatunków roślin i występuje parę rodzajów zwierząt, staje się parkiem narodowym. Za zniszczenie zieleni czy zanieczyszczenie wody przewidziane są surowe kary, ale to nie wszystko. W niektórych miejscach, na których nie ma nic, poza wulkaniczną ziemią, zabroniona jest jazda off road, żeby nie naruszać nawet jej.

Podczas naszego pobytu zdarzyło się akurat tak, że jakaś grupa turystów postanowiła pobawić się swoim wypasionym autem i kręciła kółka na podobnym terenie. Zauważył to jakiś Islandczyk, wezwał policję, która nałożyła na nich wysoką karę. Ale jakby tego było mało – dostali oni do rąk grabie i mieli przywrócić ziemi jej dawny kształt.

Nie wiem czy to chęć pozostawienia w spokoju elfów i trolli, które żyją sobie gdzieś tam w tych dzikich ostępach, czy prawdziwa miłość do natury, ale kiedy zestawiam to z naszymi zaśmieconymi lasami, czuję się zauroczona.


PS – każde zdjęcie po kliknięciu można powiększyć.